Idę przed siebie

E tam, rozchodzisz to
Mam nadzieję. Obtarcia przeszkadzają tylko trochę, ale opuchlizna mocno daje się we znaki.
800wm.jpeg
 
W nocy poprzedzającej marsz kładę się spać o 23. Powinienem od kilku dni stopniowo zmieniać godzinę w której idę spać na wcześniejszą. Budzę się wpół do czwartej i wiem, że już nie uda mi się zasnąć. Jestem mega zmęczony. Teoretycznie mam jeszcze półtorej godziny do alarmu ale myślami jestem jest na marszu. Po czterech i pół godzinach snu już wiem, że ten dzień nie będzie najłatwiejszy.

Przez myśl przechodzi mi aby wyruszyć z domu o piątej zamiast planowanej szóstej ale porzucam ten pomysł (czego koniec końców żałuję). Wyciągam jedzenie z lodówki, kończę pakowanie plecaka i wychodzę z domu. Zaraz po zamknięciu przechodzi mi przez myśl, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą czapki. Wracam po nią i jeszcze tego nie wiem, ale okazuje się to kluczowym wyborem. Gdy ponownie zamykam drzwi przypominam sobie, że nie zabrałem rękawic. Lenistwo bierze górę. Nie chce mi się ponownie wracać do pokoju. Ten wybór również będzie miał ogromny wpływ na całość doświadczenia.

Pierwsze kilometry idą łatwo. Trochę niepotrzebnie narzucam sobie szybkie tempo. Po piętnastu kilometrach ściągam czapke na której widać wyraźnie odznaczony szron od mojego potu. Jest zimno a czapka pozostanie mokra do końca marszu. Jest to niestety przekleństwo bawełny, która po tym wydarzeniu definitywnie znika z mojej garderoby na długie dystanse.

Wchodzę na pierwsze wzniesienie. Wieje i to mocno. Zakładam kurtkę którą przezornie wziąłem ze sobą i w myślach dziękuję, że jednak nie zostawiłem jej w domu. Przez kolejne kilka kilometrów mam skostniałe do bólu dłonie. Robię pierwszy postój na bułkę i gorącą herbatę. Herbata ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe okazuje się genialnym wyborem. Ściągam buty i skarpetki aby je wysuszyć i po 10 minutach zaczynam nierówną walkę ze sznurowadłami. Mam tak skostniałe palce, że nie jestem w stanie zawiązać butów. Ogrzewam dłonie przez kolejne kilka minut i z trudem wiąże buty. Czas iść dalej.

Pomijając przenikliwe zimno czuję się dość dobrze więc postanawiam zboczyć z trasy aby nadrobić kilka kilometrów. Przez kolejną godzinę pokonuję kilka wzniesień i dwukrotnie nieopatrznie zbaczam z trasy. Gdy zerkam na mapę okazuje się, że zatoczyłem koło i finalnie znajduje się w miejscu w którym postanowiłem zboczyć z trasy.
W międzyczasie jem kolejną bułkę którą popijam gorącą herbatą. Jestem dość mocno wychłodzony i to na tyle, że po kolejnych kilku kilometrach decyduję się na dłuższy postój gdzie jem gorący gulasz. Na stopach pojawiają się pierwsze pęcherze a skarpetki są bardzo wilgotne. Suszę stopy, nakładam plastry i zmieniam skarpety. Zauważam też, że pozornie wyleczony pęcherz wcale nie był w tak dobrym stanie.

Zerkam na pozostały prowiant. Przeszedłem jakieś 30 kilometrów. Do końca trasy pozostało mi jakieś drugie tyle a w plecaku mam tylko dwie bułki i około pół litra herbaty. Do tego troszkę orzechów i daktyli. Węglowodany w płynie prawie się skończyły. Nie jest to dobry prognostyk na dalszą trasę. Nie wziąłem pod uwagę tego, że podczas tak dużego zimna zapotrzebowanie na jedzenie (w tym przede wszystkim ciepłe jedzenie) będzie tak duże. Idę bocznymi ścieżkami więc nie ma sklepów, muszę więc mądrze rozdysponować pozostałe jedzenie.

Od tego momentu zaczyna się wewnętrzna walka. Bolą mnie stopy, jest zimno, mam skostniałe dłonie i mało jedzenia a do końca długa droga. Zakładając średnią prędkość na poziomie 4km/h mam do przejścia jeszcze ponad 5 godzin. Znów mylę trasę i muszę wracać pół kilometra. Zmieniam znowu skarpety jem trzecią bułkę i wtedy niespodziewanie wychodzi słońce. Pierwszy raz tego dnia. To diametralnie zmienia moje nastawienie. Jest cieplej, jaśniej i jakoś tak lżej.
Wszystko po to, aby za chwilkę uraczyć mnie trasą z piekła rodem. Oczom moim ukazuje się droga usłana kamieniami. Po jej obu stronach wrzosowiska uniemożliwiające przemieszczanie się. To okazuje się gwoździem do trumny moich stóp. Podeszwa nie jest przystosowana do tego typu terenu a ja nie mam innej możliwości jak kontynuacja trasy. Znacznie zwalniam. Na tyle, że pulsująca na telefonie kropka symbolizująca moje położenie sprawia wrażenie nieruchomej. Jakby tego było mało zaczyna się ściemniać i znowu zaczyna być zimno. Zbiera się wiatr.

Wkrótce po tym docieram do małej miejscowości co znacznie poprawia moje morale. Przez większość trasy szedłem bocznymi ścieżkami i rzadko kiedy widywałem ludzi. Szukam jakiegoś sklepu aby kupić coś do jedzenia, ale do najbliższego musiałbym zmienić kierunek i nadrabiać ekstra dwa kilometry. Rezygnuję z tego pomysłu. Zjadam ostatnią bułkę i kończę herbatę.Ponownie sprawdzam mapę i postanawiam zmienić końcową trasę ucinając kilka kilometrów. Jest już ciemno. Dobrze, że zabrałem ze sobą latarkę bowiem nowa trasa wiedzie najpierw przez las a następnie przez pola.

Nierówne podłoże sprawia, że stopy czasami lądują w innej pozycji bezpośrednio uciskając na pęcherze i obtarcia. W tym momencie czułem już jakbym miał otwarte rany. Do tego wilgotne skarpety na nogach, których już nawet nie chciało mi się zmieniać. Po czterdziestu minutach marszu w całkowitej ciemności, gdzie gdy nie latarka to szedłbym pewnie z dwie godziny dochodzę do głównej drogi.

Przechodzę jeszcze z dwa kilometry. Sprawdzam mapę. Do końca trasy pozostało osiem kilometrów a ja nie jestem w stanie dalej iść ze względu na rozwalone i odbite stopy.
Kilkam "zakończ trasę" na zegarku i oddzielnej aplikacji na telefonie i dzwonię po pomoc techniczną. Zerkam na telefon na którym widzę przebyte 54 i pół kilometra. Całość trasy zajęła mi 13 godzin i 40 minut. Wsiadam do samochodu i po kilkunastu minutach biorę zasłużony prysznic.

- Misja została zaliczona. Moim minimum było 50km do zrobienia.

- Następnym razem planuję 65 kilometrów

- Znowu zdecydowanie za dużo przewyższeń i spadków co bardzo negatywnie wpływa na uszkodzone stopy. Na bardziej płaskim terenie myślę, że 60km było całkiem realne

- Po zmianie wkładek i skarpetek dochodzę do wniosku że problemem są buty. Bardzo słabo oddychają a podeszwa jest zdecydowanie zbyt cienka. Muszę kupić inny model przystosowany do takich odległości

- Pogoda ma ogromny wpływ na rodzaj jedzenia. Byłem głodny i brakowało mi ciepłych posiłków.

- Daktyle sprawdzają się idealnie. Na stałe trafiają do mojego jadłospisu podczas wędrówek

- Wróciłem z 1,5l wody. Zabrałem 3 ale ze względu na zimno nie pociłem się tyle i nie czułem pragnienia.

- Węglowodany zalewane woda w domu to zły pomysł. Następnym razem zabieram ze sobą żele energetyczne do testów.

- Dwie warstwy ubrań z poliestru zdały egzamin na sto procent. Super odprowadzanie wilgoci i mega szybko schną. Jestem z nich zadowolony

- Przez blisko pół trasy zmagałem się z trudnościami ale psychicznie dałem radę. Mentalnie jestem gotowy na długie dystanse.

- Priorytet na następne wyprawy to zadbać o stopy

- Waga plecaka na początku wyprawy oscylowala w okolicy 8kg a na końcu w okolicach 3,5 kg. Niby mała waga początkowa, ale brakuje mi w moim plecaku pasa biodrowego



- Pojemność plecaka również jest trochę za mała. Mam hikelite 18 ale na tego typu wyprawy gdzie pasuje zabrac kurtkę lepszy byłby w okolicach 22 litrów

- Bawełna to twój wróg. Tylko techniczne materiały

- Na zegarku z którego wrzucam dane jest mniejsza o dwa kilometry odległość, bo dwa razy zapomniałem wcisnąć "wznów" po przerwie na jedzenie. Odległość naliczana bez przerw jest z aplikacji Alltrails.

- Coś się stało z wykresem wzniesień. Oryginalny pokazuje najniższy poziom na -89 metrach a maksymalną wysokość na 269m co jest bzdurą. Po korekcji dane wracają do normy ale z jakiegoś względu cześć wykresu ulega znacznemu zniekształceniu.

- Następne bicie rekordu na początku lata aby dzień był znacznie dłuższy i żeby był czas na perfekcyjne dopasowanie obuwia. Teraz mam w planach krótsze wyprawy (ok 20 km) ale na znacznie bardziej zróżnicowanym terenie

Pozdro i dzięki dla wszystkich za słowa otuchy przed wyprawą. Zachęcam wszystkich do maszerowania. Jest to super forma spędzania wolnego czasu czy to z bliskimi czy to z samym sobą jeśli decydujecie się na wyprawy solo.


Odrobina słońca w końcowej fazie marszu


Noc. Dobrze, że zabrałem latarkę



DANE:
info z Alltrails. Dwa razy zapomniałem włączyć na zegarku koniec przerwy i dlatego pokazuje dwa kilometry mniej. Alltrails działało bez żadnej pauzy
Screenshot_2025-03-19-16-39-47-305_com.alltrails.alltrails-edit.jpg


Screenshot_2025-03-19-16-41-11-925_com.huami.watch.hmwatchmanager.jpg

Screenshot_2025-03-19-16-41-16-279_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Screenshot_2025-03-19-16-41-40-460_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg



Błędne dane co do wzniesień ale ukazujące zróżnicowanie terenu
Screenshot_2025-03-19-16-41-51-658_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Po kalibracji wysokości, ale z jakiegoś powodu nastąpiło zniekształcenie wykresu
Screenshot_2025-03-19-16-42-04-914_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg



Procentowy wykres przedstawiający zróżnicowanie terenu
Screenshot_2025-03-19-16-42-18-140_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg



Prędkości i czas na poszczególnych kilometrach
Screenshot_2025-03-19-16-42-47-722_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Screenshot_2025-03-19-16-43-04-817_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg

Screenshot_2025-03-19-16-43-15-199_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg



aha

 
W nocy poprzedzającej marsz kładę się spać o 23. Powinienem od kilku dni stopniowo zmieniać godzinę w której idę spać na wcześniejszą. Budzę się wpół do czwartej i wiem, że już nie uda mi się zasnąć. Jestem mega zmęczony. Teoretycznie mam jeszcze półtorej godziny do alarmu ale myślami jestem jest na marszu. Po czterech i pół godzinach snu już wiem, że ten dzień nie będzie najłatwiejszy.

Przez myśl przechodzi mi aby wyruszyć z domu o piątej zamiast planowanej szóstej ale porzucam ten pomysł (czego koniec końców żałuję). Wyciągam jedzenie z lodówki, kończę pakowanie plecaka i wychodzę z domu. Zaraz po zamknięciu przechodzi mi przez myśl, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą czapki. Wracam po nią i jeszcze tego nie wiem, ale okazuje się to kluczowym wyborem. Gdy ponownie zamykam drzwi przypominam sobie, że nie zabrałem rękawic. Lenistwo bierze górę. Nie chce mi się ponownie wracać do pokoju. Ten wybór również będzie miał ogromny wpływ na całość doświadczenia.

Pierwsze kilometry idą łatwo. Trochę niepotrzebnie narzucam sobie szybkie tempo. Po piętnastu kilometrach ściągam czapke na której widać wyraźnie odznaczony szron od mojego potu. Jest zimno a czapka pozostanie mokra do końca marszu. Jest to niestety przekleństwo bawełny, która po tym wydarzeniu definitywnie znika z mojej garderoby na długie dystanse.

Wchodzę na pierwsze wzniesienie. Wieje i to mocno. Zakładam kurtkę którą przezornie wziąłem ze sobą i w myślach dziękuję, że jednak nie zostawiłem jej w domu. Przez kolejne kilka kilometrów mam skostniałe do bólu dłonie. Robię pierwszy postój na bułkę i gorącą herbatę. Herbata ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe okazuje się genialnym wyborem. Ściągam buty i skarpetki aby je wysuszyć i po 10 minutach zaczynam nierówną walkę ze sznurowadłami. Mam tak skostniałe palce, że nie jestem w stanie zawiązać butów. Ogrzewam dłonie przez kolejne kilka minut i z trudem wiąże buty. Czas iść dalej.

Pomijając przenikliwe zimno czuję się dość dobrze więc postanawiam zboczyć z trasy aby nadrobić kilka kilometrów. Przez kolejną godzinę pokonuję kilka wzniesień i dwukrotnie nieopatrznie zbaczam z trasy. Gdy zerkam na mapę okazuje się, że zatoczyłem koło i finalnie znajduje się w miejscu w którym postanowiłem zboczyć z trasy.
W międzyczasie jem kolejną bułkę którą popijam gorącą herbatą. Jestem dość mocno wychłodzony i to na tyle, że po kolejnych kilku kilometrach decyduję się na dłuższy postój gdzie jem gorący gulasz. Na stopach pojawiają się pierwsze pęcherze a skarpetki są bardzo wilgotne. Suszę stopy, nakładam plastry i zmieniam skarpety. Zauważam też, że pozornie wyleczony pęcherz wcale nie był w tak dobrym stanie.

Zerkam na pozostały prowiant. Przeszedłem jakieś 30 kilometrów. Do końca trasy pozostało mi jakieś drugie tyle a w plecaku mam tylko dwie bułki i około pół litra herbaty. Do tego troszkę orzechów i daktyli. Węglowodany w płynie prawie się skończyły. Nie jest to dobry prognostyk na dalszą trasę. Nie wziąłem pod uwagę tego, że podczas tak dużego zimna zapotrzebowanie na jedzenie (w tym przede wszystkim ciepłe jedzenie) będzie tak duże. Idę bocznymi ścieżkami więc nie ma sklepów, muszę więc mądrze rozdysponować pozostałe jedzenie.

Od tego momentu zaczyna się wewnętrzna walka. Bolą mnie stopy, jest zimno, mam skostniałe dłonie i mało jedzenia a do końca długa droga. Zakładając średnią prędkość na poziomie 4km/h mam do przejścia jeszcze ponad 5 godzin. Znów mylę trasę i muszę wracać pół kilometra. Zmieniam znowu skarpety jem trzecią bułkę i wtedy niespodziewanie wychodzi słońce. Pierwszy raz tego dnia. To diametralnie zmienia moje nastawienie. Jest cieplej, jaśniej i jakoś tak lżej.
Wszystko po to, aby za chwilkę uraczyć mnie trasą z piekła rodem. Oczom moim ukazuje się droga usłana kamieniami. Po jej obu stronach wrzosowiska uniemożliwiające przemieszczanie się. To okazuje się gwoździem do trumny moich stóp. Podeszwa nie jest przystosowana do tego typu terenu a ja nie mam innej możliwości jak kontynuacja trasy. Znacznie zwalniam. Na tyle, że pulsująca na telefonie kropka symbolizująca moje położenie sprawia wrażenie nieruchomej. Jakby tego było mało zaczyna się ściemniać i znowu zaczyna być zimno. Zbiera się wiatr.

Wkrótce po tym docieram do małej miejscowości co znacznie poprawia moje morale. Przez większość trasy szedłem bocznymi ścieżkami i rzadko kiedy widywałem ludzi. Szukam jakiegoś sklepu aby kupić coś do jedzenia, ale do najbliższego musiałbym zmienić kierunek i nadrabiać ekstra dwa kilometry. Rezygnuję z tego pomysłu. Zjadam ostatnią bułkę i kończę herbatę.Ponownie sprawdzam mapę i postanawiam zmienić końcową trasę ucinając kilka kilometrów. Jest już ciemno. Dobrze, że zabrałem ze sobą latarkę bowiem nowa trasa wiedzie najpierw przez las a następnie przez pola.

Nierówne podłoże sprawia, że stopy czasami lądują w innej pozycji bezpośrednio uciskając na pęcherze i obtarcia. W tym momencie czułem już jakbym miał otwarte rany. Do tego wilgotne skarpety na nogach, których już nawet nie chciało mi się zmieniać. Po czterdziestu minutach marszu w całkowitej ciemności, gdzie gdy nie latarka to szedłbym pewnie z dwie godziny dochodzę do głównej drogi.

Przechodzę jeszcze z dwa kilometry. Sprawdzam mapę. Do końca trasy pozostało osiem kilometrów a ja nie jestem w stanie dalej iść ze względu na rozwalone i odbite stopy.
Kilkam "zakończ trasę" na zegarku i oddzielnej aplikacji na telefonie i dzwonię po pomoc techniczną. Zerkam na telefon na którym widzę przebyte 54 i pół kilometra. Całość trasy zajęła mi 13 godzin i 40 minut. Wsiadam do samochodu i po kilkunastu minutach biorę zasłużony prysznic.

- Misja została zaliczona. Moim minimum było 50km do zrobienia.

- Następnym razem planuję 65 kilometrów

- Znowu zdecydowanie za dużo przewyższeń i spadków co bardzo negatywnie wpływa na uszkodzone stopy. Na bardziej płaskim terenie myślę, że 60km było całkiem realne

- Po zmianie wkładek i skarpetek dochodzę do wniosku że problemem są buty. Bardzo słabo oddychają a podeszwa jest zdecydowanie zbyt cienka. Muszę kupić inny model przystosowany do takich odległości

- Pogoda ma ogromny wpływ na rodzaj jedzenia. Byłem głodny i brakowało mi ciepłych posiłków.

- Daktyle sprawdzają się idealnie. Na stałe trafiają do mojego jadłospisu podczas wędrówek

- Wróciłem z 1,5l wody. Zabrałem 3 ale ze względu na zimno nie pociłem się tyle i nie czułem pragnienia.

- Węglowodany zalewane woda w domu to zły pomysł. Następnym razem zabieram ze sobą żele energetyczne do testów.

- Dwie warstwy ubrań z poliestru zdały egzamin na sto procent. Super odprowadzanie wilgoci i mega szybko schną. Jestem z nich zadowolony

- Przez blisko pół trasy zmagałem się z trudnościami ale psychicznie dałem radę. Mentalnie jestem gotowy na długie dystanse.

- Priorytet na następne wyprawy to zadbać o stopy

- Waga plecaka na początku wyprawy oscylowala w okolicy 8kg a na końcu w okolicach 3,5 kg. Niby mała waga początkowa, ale brakuje mi w moim plecaku pasa biodrowego



- Pojemność plecaka również jest trochę za mała. Mam hikelite 18 ale na tego typu wyprawy gdzie pasuje zabrac kurtkę lepszy byłby w okolicach 22 litrów

- Bawełna to twój wróg. Tylko techniczne materiały

- Na zegarku z którego wrzucam dane jest mniejsza o dwa kilometry odległość, bo dwa razy zapomniałem wcisnąć "wznów" po przerwie na jedzenie. Odległość naliczana bez przerw jest z aplikacji Alltrails.

- Coś się stało z wykresem wzniesień. Oryginalny pokazuje najniższy poziom na -89 metrach a maksymalną wysokość na 269m co jest bzdurą. Po korekcji dane wracają do normy ale z jakiegoś względu cześć wykresu ulega znacznemu zniekształceniu.

- Następne bicie rekordu na początku lata aby dzień był znacznie dłuższy i żeby był czas na perfekcyjne dopasowanie obuwia. Teraz mam w planach krótsze wyprawy (ok 20 km) ale na znacznie bardziej zróżnicowanym terenie

Pozdro i dzięki dla wszystkich za słowa otuchy przed wyprawą. Zachęcam wszystkich do maszerowania. Jest to super forma spędzania wolnego czasu czy to z bliskimi czy to z samym sobą jeśli decydujecie się na wyprawy solo.


Odrobina słońca w końcowej fazie marszu


Noc. Dobrze, że zabrałem latarkę



DANE:
info z Alltrails. Dwa razy zapomniałem włączyć na zegarku koniec przerwy i dlatego pokazuje dwa kilometry mniej. Alltrails działało bez żadnej pauzy
View attachment 123781

View attachment 123790
View attachment 123789

View attachment 123788


Błędne dane co do wzniesień ale ukazujące zróżnicowanie terenu
View attachment 123787

Po kalibracji wysokości, ale z jakiegoś powodu nastąpiło zniekształcenie wykresu
View attachment 123786


Procentowy wykres przedstawiający zróżnicowanie terenu
View attachment 123785


Prędkości i czas na poszczególnych kilometrach
View attachment 123784

View attachment 123783
View attachment 123782


aha


Po pierwsze to zwiększ masę a po drugie to gratulacje
 
Po pierwsze to zwiększ masę a po drugie to gratulacje
Nie no co Ty mordo jest ok. Złe słońce było wiesz, cień tak dziwnie padł. Mordo. Normalnie łapa nabita. To pewnie przez telefon bo starym Poco robiłem. Nie no ja to mięśnie mam. Chiński badziew nie robi dobrych zdjęć. Właśnie dojebałem na siłowni domowej ketlem 100 powtórzeń. Youtube mi chujowo skompresował film i tak się może wydaje. Biceps siedzi jak trzeba. Może monitor masz źle skalibrowany
 
Nie no co Ty mordo jest ok. Złe słońce było wiesz, cień tak dziwnie padł. Mordo. Normalnie łapa nabita. To pewnie przez telefon bo starym Poco robiłem. Nie no ja to mięśnie mam. Chiński badziew nie robi dobrych zdjęć. Właśnie dojebałem na siłowni domowej ketlem 100 powtórzeń. Youtube mi chujowo skompresował film i tak się może wydaje. Biceps siedzi jak trzeba. Może monitor masz źle skalibrowany
Gdyby była masa to by nie było zimno.
 
W nocy poprzedzającej marsz kładę się spać o 23. Powinienem od kilku dni stopniowo zmieniać godzinę w której idę spać na wcześniejszą. Budzę się wpół do czwartej i wiem, że już nie uda mi się zasnąć. Jestem mega zmęczony. Teoretycznie mam jeszcze półtorej godziny do alarmu ale myślami jestem jest na marszu. Po czterech i pół godzinach snu już wiem, że ten dzień nie będzie najłatwiejszy.

Przez myśl przechodzi mi aby wyruszyć z domu o piątej zamiast planowanej szóstej ale porzucam ten pomysł (czego koniec końców żałuję). Wyciągam jedzenie z lodówki, kończę pakowanie plecaka i wychodzę z domu. Zaraz po zamknięciu przechodzi mi przez myśl, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą czapki. Wracam po nią i jeszcze tego nie wiem, ale okazuje się to kluczowym wyborem. Gdy ponownie zamykam drzwi przypominam sobie, że nie zabrałem rękawic. Lenistwo bierze górę. Nie chce mi się ponownie wracać do pokoju. Ten wybór również będzie miał ogromny wpływ na całość doświadczenia.

Pierwsze kilometry idą łatwo. Trochę niepotrzebnie narzucam sobie szybkie tempo. Po piętnastu kilometrach ściągam czapke na której widać wyraźnie odznaczony szron od mojego potu. Jest zimno a czapka pozostanie mokra do końca marszu. Jest to niestety przekleństwo bawełny, która po tym wydarzeniu definitywnie znika z mojej garderoby na długie dystanse.

Wchodzę na pierwsze wzniesienie. Wieje i to mocno. Zakładam kurtkę którą przezornie wziąłem ze sobą i w myślach dziękuję, że jednak nie zostawiłem jej w domu. Przez kolejne kilka kilometrów mam skostniałe do bólu dłonie. Robię pierwszy postój na bułkę i gorącą herbatę. Herbata ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe okazuje się genialnym wyborem. Ściągam buty i skarpetki aby je wysuszyć i po 10 minutach zaczynam nierówną walkę ze sznurowadłami. Mam tak skostniałe palce, że nie jestem w stanie zawiązać butów. Ogrzewam dłonie przez kolejne kilka minut i z trudem wiąże buty. Czas iść dalej.

Pomijając przenikliwe zimno czuję się dość dobrze więc postanawiam zboczyć z trasy aby nadrobić kilka kilometrów. Przez kolejną godzinę pokonuję kilka wzniesień i dwukrotnie nieopatrznie zbaczam z trasy. Gdy zerkam na mapę okazuje się, że zatoczyłem koło i finalnie znajduje się w miejscu w którym postanowiłem zboczyć z trasy.
W międzyczasie jem kolejną bułkę którą popijam gorącą herbatą. Jestem dość mocno wychłodzony i to na tyle, że po kolejnych kilku kilometrach decyduję się na dłuższy postój gdzie jem gorący gulasz. Na stopach pojawiają się pierwsze pęcherze a skarpetki są bardzo wilgotne. Suszę stopy, nakładam plastry i zmieniam skarpety. Zauważam też, że pozornie wyleczony pęcherz wcale nie był w tak dobrym stanie.

Zerkam na pozostały prowiant. Przeszedłem jakieś 30 kilometrów. Do końca trasy pozostało mi jakieś drugie tyle a w plecaku mam tylko dwie bułki i około pół litra herbaty. Do tego troszkę orzechów i daktyli. Węglowodany w płynie prawie się skończyły. Nie jest to dobry prognostyk na dalszą trasę. Nie wziąłem pod uwagę tego, że podczas tak dużego zimna zapotrzebowanie na jedzenie (w tym przede wszystkim ciepłe jedzenie) będzie tak duże. Idę bocznymi ścieżkami więc nie ma sklepów, muszę więc mądrze rozdysponować pozostałe jedzenie.

Od tego momentu zaczyna się wewnętrzna walka. Bolą mnie stopy, jest zimno, mam skostniałe dłonie i mało jedzenia a do końca długa droga. Zakładając średnią prędkość na poziomie 4km/h mam do przejścia jeszcze ponad 5 godzin. Znów mylę trasę i muszę wracać pół kilometra. Zmieniam znowu skarpety jem trzecią bułkę i wtedy niespodziewanie wychodzi słońce. Pierwszy raz tego dnia. To diametralnie zmienia moje nastawienie. Jest cieplej, jaśniej i jakoś tak lżej.
Wszystko po to, aby za chwilkę uraczyć mnie trasą z piekła rodem. Oczom moim ukazuje się droga usłana kamieniami. Po jej obu stronach wrzosowiska uniemożliwiające przemieszczanie się. To okazuje się gwoździem do trumny moich stóp. Podeszwa nie jest przystosowana do tego typu terenu a ja nie mam innej możliwości jak kontynuacja trasy. Znacznie zwalniam. Na tyle, że pulsująca na telefonie kropka symbolizująca moje położenie sprawia wrażenie nieruchomej. Jakby tego było mało zaczyna się ściemniać i znowu zaczyna być zimno. Zbiera się wiatr.

Wkrótce po tym docieram do małej miejscowości co znacznie poprawia moje morale. Przez większość trasy szedłem bocznymi ścieżkami i rzadko kiedy widywałem ludzi. Szukam jakiegoś sklepu aby kupić coś do jedzenia, ale do najbliższego musiałbym zmienić kierunek i nadrabiać ekstra dwa kilometry. Rezygnuję z tego pomysłu. Zjadam ostatnią bułkę i kończę herbatę.Ponownie sprawdzam mapę i postanawiam zmienić końcową trasę ucinając kilka kilometrów. Jest już ciemno. Dobrze, że zabrałem ze sobą latarkę bowiem nowa trasa wiedzie najpierw przez las a następnie przez pola.

Nierówne podłoże sprawia, że stopy czasami lądują w innej pozycji bezpośrednio uciskając na pęcherze i obtarcia. W tym momencie czułem już jakbym miał otwarte rany. Do tego wilgotne skarpety na nogach, których już nawet nie chciało mi się zmieniać. Po czterdziestu minutach marszu w całkowitej ciemności, gdzie gdy nie latarka to szedłbym pewnie z dwie godziny dochodzę do głównej drogi.

Przechodzę jeszcze z dwa kilometry. Sprawdzam mapę. Do końca trasy pozostało osiem kilometrów a ja nie jestem w stanie dalej iść ze względu na rozwalone i odbite stopy.
Kilkam "zakończ trasę" na zegarku i oddzielnej aplikacji na telefonie i dzwonię po pomoc techniczną. Zerkam na telefon na którym widzę przebyte 54 i pół kilometra. Całość trasy zajęła mi 13 godzin i 40 minut. Wsiadam do samochodu i po kilkunastu minutach biorę zasłużony prysznic.

- Misja została zaliczona. Moim minimum było 50km do zrobienia.

- Następnym razem planuję 65 kilometrów

- Znowu zdecydowanie za dużo przewyższeń i spadków co bardzo negatywnie wpływa na uszkodzone stopy. Na bardziej płaskim terenie myślę, że 60km było całkiem realne

- Po zmianie wkładek i skarpetek dochodzę do wniosku że problemem są buty. Bardzo słabo oddychają a podeszwa jest zdecydowanie zbyt cienka. Muszę kupić inny model przystosowany do takich odległości

- Pogoda ma ogromny wpływ na rodzaj jedzenia. Byłem głodny i brakowało mi ciepłych posiłków.

- Daktyle sprawdzają się idealnie. Na stałe trafiają do mojego jadłospisu podczas wędrówek

- Wróciłem z 1,5l wody. Zabrałem 3 ale ze względu na zimno nie pociłem się tyle i nie czułem pragnienia.

- Węglowodany zalewane woda w domu to zły pomysł. Następnym razem zabieram ze sobą żele energetyczne do testów.

- Dwie warstwy ubrań z poliestru zdały egzamin na sto procent. Super odprowadzanie wilgoci i mega szybko schną. Jestem z nich zadowolony

- Przez blisko pół trasy zmagałem się z trudnościami ale psychicznie dałem radę. Mentalnie jestem gotowy na długie dystanse.

- Priorytet na następne wyprawy to zadbać o stopy

- Waga plecaka na początku wyprawy oscylowala w okolicy 8kg a na końcu w okolicach 3,5 kg. Niby mała waga początkowa, ale brakuje mi w moim plecaku pasa biodrowego



- Pojemność plecaka również jest trochę za mała. Mam hikelite 18 ale na tego typu wyprawy gdzie pasuje zabrac kurtkę lepszy byłby w okolicach 22 litrów

- Bawełna to twój wróg. Tylko techniczne materiały

- Na zegarku z którego wrzucam dane jest mniejsza o dwa kilometry odległość, bo dwa razy zapomniałem wcisnąć "wznów" po przerwie na jedzenie. Odległość naliczana bez przerw jest z aplikacji Alltrails.

- Coś się stało z wykresem wzniesień. Oryginalny pokazuje najniższy poziom na -89 metrach a maksymalną wysokość na 269m co jest bzdurą. Po korekcji dane wracają do normy ale z jakiegoś względu cześć wykresu ulega znacznemu zniekształceniu.

- Następne bicie rekordu na początku lata aby dzień był znacznie dłuższy i żeby był czas na perfekcyjne dopasowanie obuwia. Teraz mam w planach krótsze wyprawy (ok 20 km) ale na znacznie bardziej zróżnicowanym terenie

Pozdro i dzięki dla wszystkich za słowa otuchy przed wyprawą. Zachęcam wszystkich do maszerowania. Jest to super forma spędzania wolnego czasu czy to z bliskimi czy to z samym sobą jeśli decydujecie się na wyprawy solo.


Odrobina słońca w końcowej fazie marszu


Noc. Dobrze, że zabrałem latarkę



DANE:
info z Alltrails. Dwa razy zapomniałem włączyć na zegarku koniec przerwy i dlatego pokazuje dwa kilometry mniej. Alltrails działało bez żadnej pauzy
View attachment 123781

View attachment 123790
View attachment 123789

View attachment 123788


Błędne dane co do wzniesień ale ukazujące zróżnicowanie terenu
View attachment 123787

Po kalibracji wysokości, ale z jakiegoś powodu nastąpiło zniekształcenie wykresu
View attachment 123786


Procentowy wykres przedstawiający zróżnicowanie terenu
View attachment 123785


Prędkości i czas na poszczególnych kilometrach
View attachment 123784

View attachment 123783
View attachment 123782


aha


Super się to czyta, a pamiętam ile w takich marszach jest pracy mentalnej tak na prawdę (to też jest świetne jak człowiek może być sam ze sobą, dowiedzieć się więcej). Daaawaj dalej! Masz parę w tych kopytach, teraz tylko usprawnianie wszystkiego i radocha z kolejnych kilometraży. Miałem taki pomysł by z huskym dłuższe kilometry polecieć z bytowaniem w terenie, ale jeszcze musimy się dotrzeć.
 
Fajnie, też wolę chodzić, niż biegać.
Dwa tipki:
1. Jak suszysz buty, to wyciągaj wkładki i buty stawiaj piętą ku górze. To działa jak komin, para musi odparować w górę.
2. Do bukłaka z wodą możesz wrzucić trochę izo, albo innego mefedronu. Lepiej pić wodę plus, niż samą wodę. ;)

Czekam na kolejne relacje ze spacerów. :conorwalk:
 
W nocy poprzedzającej marsz kładę się spać o 23. Powinienem od kilku dni stopniowo zmieniać godzinę w której idę spać na wcześniejszą. Budzę się wpół do czwartej i wiem, że już nie uda mi się zasnąć. Jestem mega zmęczony. Teoretycznie mam jeszcze półtorej godziny do alarmu ale myślami jestem jest na marszu. Po czterech i pół godzinach snu już wiem, że ten dzień nie będzie najłatwiejszy.

Przez myśl przechodzi mi aby wyruszyć z domu o piątej zamiast planowanej szóstej ale porzucam ten pomysł (czego koniec końców żałuję). Wyciągam jedzenie z lodówki, kończę pakowanie plecaka i wychodzę z domu. Zaraz po zamknięciu przechodzi mi przez myśl, że dobrym pomysłem będzie zabranie ze sobą czapki. Wracam po nią i jeszcze tego nie wiem, ale okazuje się to kluczowym wyborem. Gdy ponownie zamykam drzwi przypominam sobie, że nie zabrałem rękawic. Lenistwo bierze górę. Nie chce mi się ponownie wracać do pokoju. Ten wybór również będzie miał ogromny wpływ na całość doświadczenia.

Pierwsze kilometry idą łatwo. Trochę niepotrzebnie narzucam sobie szybkie tempo. Po piętnastu kilometrach ściągam czapke na której widać wyraźnie odznaczony szron od mojego potu. Jest zimno a czapka pozostanie mokra do końca marszu. Jest to niestety przekleństwo bawełny, która po tym wydarzeniu definitywnie znika z mojej garderoby na długie dystanse.

Wchodzę na pierwsze wzniesienie. Wieje i to mocno. Zakładam kurtkę którą przezornie wziąłem ze sobą i w myślach dziękuję, że jednak nie zostawiłem jej w domu. Przez kolejne kilka kilometrów mam skostniałe do bólu dłonie. Robię pierwszy postój na bułkę i gorącą herbatę. Herbata ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe okazuje się genialnym wyborem. Ściągam buty i skarpetki aby je wysuszyć i po 10 minutach zaczynam nierówną walkę ze sznurowadłami. Mam tak skostniałe palce, że nie jestem w stanie zawiązać butów. Ogrzewam dłonie przez kolejne kilka minut i z trudem wiąże buty. Czas iść dalej.

Pomijając przenikliwe zimno czuję się dość dobrze więc postanawiam zboczyć z trasy aby nadrobić kilka kilometrów. Przez kolejną godzinę pokonuję kilka wzniesień i dwukrotnie nieopatrznie zbaczam z trasy. Gdy zerkam na mapę okazuje się, że zatoczyłem koło i finalnie znajduje się w miejscu w którym postanowiłem zboczyć z trasy.
W międzyczasie jem kolejną bułkę którą popijam gorącą herbatą. Jestem dość mocno wychłodzony i to na tyle, że po kolejnych kilku kilometrach decyduję się na dłuższy postój gdzie jem gorący gulasz. Na stopach pojawiają się pierwsze pęcherze a skarpetki są bardzo wilgotne. Suszę stopy, nakładam plastry i zmieniam skarpety. Zauważam też, że pozornie wyleczony pęcherz wcale nie był w tak dobrym stanie.

Zerkam na pozostały prowiant. Przeszedłem jakieś 30 kilometrów. Do końca trasy pozostało mi jakieś drugie tyle a w plecaku mam tylko dwie bułki i około pół litra herbaty. Do tego troszkę orzechów i daktyli. Węglowodany w płynie prawie się skończyły. Nie jest to dobry prognostyk na dalszą trasę. Nie wziąłem pod uwagę tego, że podczas tak dużego zimna zapotrzebowanie na jedzenie (w tym przede wszystkim ciepłe jedzenie) będzie tak duże. Idę bocznymi ścieżkami więc nie ma sklepów, muszę więc mądrze rozdysponować pozostałe jedzenie.

Od tego momentu zaczyna się wewnętrzna walka. Bolą mnie stopy, jest zimno, mam skostniałe dłonie i mało jedzenia a do końca długa droga. Zakładając średnią prędkość na poziomie 4km/h mam do przejścia jeszcze ponad 5 godzin. Znów mylę trasę i muszę wracać pół kilometra. Zmieniam znowu skarpety jem trzecią bułkę i wtedy niespodziewanie wychodzi słońce. Pierwszy raz tego dnia. To diametralnie zmienia moje nastawienie. Jest cieplej, jaśniej i jakoś tak lżej.
Wszystko po to, aby za chwilkę uraczyć mnie trasą z piekła rodem. Oczom moim ukazuje się droga usłana kamieniami. Po jej obu stronach wrzosowiska uniemożliwiające przemieszczanie się. To okazuje się gwoździem do trumny moich stóp. Podeszwa nie jest przystosowana do tego typu terenu a ja nie mam innej możliwości jak kontynuacja trasy. Znacznie zwalniam. Na tyle, że pulsująca na telefonie kropka symbolizująca moje położenie sprawia wrażenie nieruchomej. Jakby tego było mało zaczyna się ściemniać i znowu zaczyna być zimno. Zbiera się wiatr.

Wkrótce po tym docieram do małej miejscowości co znacznie poprawia moje morale. Przez większość trasy szedłem bocznymi ścieżkami i rzadko kiedy widywałem ludzi. Szukam jakiegoś sklepu aby kupić coś do jedzenia, ale do najbliższego musiałbym zmienić kierunek i nadrabiać ekstra dwa kilometry. Rezygnuję z tego pomysłu. Zjadam ostatnią bułkę i kończę herbatę.Ponownie sprawdzam mapę i postanawiam zmienić końcową trasę ucinając kilka kilometrów. Jest już ciemno. Dobrze, że zabrałem ze sobą latarkę bowiem nowa trasa wiedzie najpierw przez las a następnie przez pola.

Nierówne podłoże sprawia, że stopy czasami lądują w innej pozycji bezpośrednio uciskając na pęcherze i obtarcia. W tym momencie czułem już jakbym miał otwarte rany. Do tego wilgotne skarpety na nogach, których już nawet nie chciało mi się zmieniać. Po czterdziestu minutach marszu w całkowitej ciemności, gdzie gdy nie latarka to szedłbym pewnie z dwie godziny dochodzę do głównej drogi.

Przechodzę jeszcze z dwa kilometry. Sprawdzam mapę. Do końca trasy pozostało osiem kilometrów a ja nie jestem w stanie dalej iść ze względu na rozwalone i odbite stopy.
Kilkam "zakończ trasę" na zegarku i oddzielnej aplikacji na telefonie i dzwonię po pomoc techniczną. Zerkam na telefon na którym widzę przebyte 54 i pół kilometra. Całość trasy zajęła mi 13 godzin i 40 minut. Wsiadam do samochodu i po kilkunastu minutach biorę zasłużony prysznic.

- Misja została zaliczona. Moim minimum było 50km do zrobienia.

- Następnym razem planuję 65 kilometrów

- Znowu zdecydowanie za dużo przewyższeń i spadków co bardzo negatywnie wpływa na uszkodzone stopy. Na bardziej płaskim terenie myślę, że 60km było całkiem realne

- Po zmianie wkładek i skarpetek dochodzę do wniosku że problemem są buty. Bardzo słabo oddychają a podeszwa jest zdecydowanie zbyt cienka. Muszę kupić inny model przystosowany do takich odległości

- Pogoda ma ogromny wpływ na rodzaj jedzenia. Byłem głodny i brakowało mi ciepłych posiłków.

- Daktyle sprawdzają się idealnie. Na stałe trafiają do mojego jadłospisu podczas wędrówek

- Wróciłem z 1,5l wody. Zabrałem 3 ale ze względu na zimno nie pociłem się tyle i nie czułem pragnienia.

- Węglowodany zalewane woda w domu to zły pomysł. Następnym razem zabieram ze sobą żele energetyczne do testów.

- Dwie warstwy ubrań z poliestru zdały egzamin na sto procent. Super odprowadzanie wilgoci i mega szybko schną. Jestem z nich zadowolony

- Przez blisko pół trasy zmagałem się z trudnościami ale psychicznie dałem radę. Mentalnie jestem gotowy na długie dystanse.

- Priorytet na następne wyprawy to zadbać o stopy

- Waga plecaka na początku wyprawy oscylowala w okolicy 8kg a na końcu w okolicach 3,5 kg. Niby mała waga początkowa, ale brakuje mi w moim plecaku pasa biodrowego



- Pojemność plecaka również jest trochę za mała. Mam hikelite 18 ale na tego typu wyprawy gdzie pasuje zabrac kurtkę lepszy byłby w okolicach 22 litrów

- Bawełna to twój wróg. Tylko techniczne materiały

- Na zegarku z którego wrzucam dane jest mniejsza o dwa kilometry odległość, bo dwa razy zapomniałem wcisnąć "wznów" po przerwie na jedzenie. Odległość naliczana bez przerw jest z aplikacji Alltrails.

- Coś się stało z wykresem wzniesień. Oryginalny pokazuje najniższy poziom na -89 metrach a maksymalną wysokość na 269m co jest bzdurą. Po korekcji dane wracają do normy ale z jakiegoś względu cześć wykresu ulega znacznemu zniekształceniu.

- Następne bicie rekordu na początku lata aby dzień był znacznie dłuższy i żeby był czas na perfekcyjne dopasowanie obuwia. Teraz mam w planach krótsze wyprawy (ok 20 km) ale na znacznie bardziej zróżnicowanym terenie

Pozdro i dzięki dla wszystkich za słowa otuchy przed wyprawą. Zachęcam wszystkich do maszerowania. Jest to super forma spędzania wolnego czasu czy to z bliskimi czy to z samym sobą jeśli decydujecie się na wyprawy solo.


Odrobina słońca w końcowej fazie marszu


Noc. Dobrze, że zabrałem latarkę



DANE:
info z Alltrails. Dwa razy zapomniałem włączyć na zegarku koniec przerwy i dlatego pokazuje dwa kilometry mniej. Alltrails działało bez żadnej pauzy
View attachment 123781

View attachment 123790
View attachment 123789

View attachment 123788


Błędne dane co do wzniesień ale ukazujące zróżnicowanie terenu
View attachment 123787

Po kalibracji wysokości, ale z jakiegoś powodu nastąpiło zniekształcenie wykresu
View attachment 123786


Procentowy wykres przedstawiający zróżnicowanie terenu
View attachment 123785


Prędkości i czas na poszczególnych kilometrach
View attachment 123784

View attachment 123783
View attachment 123782


aha


Zamiast brać wszystko z poliestru zainwestuj w wełne meriono, dobrze odprowadza wilgoć, a wełna nawet jak jest mokra to i tak "grzeje". Powodzenia :conorsalute:
 
Gratulacje.

Ja polecam posłuchać rozmów z Piotrem Krzyżowskim. To ten wariat, co zdobył Lhotse i Everest jeden szczyt po drugim bez większego odpoczynku. Chyba w rozmowie u Przemka Górczyka opisywał swoje przygotowania, treningi itd. W ramach przygotowań robi właśnie jakieś długie marsze w górach w nocy w kilkunasto stopniowym mrozie. Mógłbyś od niego podłapać kilka myczków.
 
Fajnie, też wolę chodzić, niż biegać.
Dwa tipki:
1. Jak suszysz buty, to wyciągaj wkładki i buty stawiaj piętą ku górze. To działa jak komin, para musi odparować w górę.
2. Do bukłaka z wodą możesz wrzucić trochę izo, albo innego mefedronu. Lepiej pić wodę plus, niż samą wodę. ;)

Czekam na kolejne relacje ze spacerów. :conorwalk:
Ognisko rozpalić i można sobie na kijkach wysuszyć właśnie w ten sposób jak to opisujesz. Warto to wszystko z takim bytowaniem w terenie połączyć.

Zamiast brać wszystko z poliestru zainwestuj w wełne meriono, dobrze odprowadza wilgoć, a wełna nawet jak jest mokra to i tak "grzeje". Powodzenia :conorsalute:
Potwierdzam. Merino na prawdę się sprawdza, a właśnie testuję "cienką" czapkę z Brubecka - jest na prawdę rewelacja bo grzeję, oddycha i wilgoć odprowadza. Dobry sprzęt faktycznie pomaga.
 
Moje ostatnie zakupy:


Kilka dni temu dodałem do koszyka i zapomniałem. Dziś przez przypadek wszedłem na stronę i akurat było na promocji. XL było już wyprzedane, ale ta jedna sztuka wisząca u mnie w koszyku była dostępna. Trochę szkoda, że bez kaptura.
Zabieram ze sobą na następną wyprawę


Mam już taki jeden jednak podczas ostaniego marszu ilośc ciepłego jedzenia okazała się zbyt mała. Miałem jeszcze do wyboru 710ml, ale to już zbyt dużo aby zjeść na raz a czas potrzebny na zjedzenie połowy spowoduje wychłodzenie pozostałej zawartości. Nie wiem jak będzie wyglądało zapotrzebowanie na ciepłe posiłki w lecie, ale nawet jeśli będzie niskie to będę go używał jako dodatkowy termos na jesień i zimę.
Bardzo dobry termos. Dobrze trzyma ciepło i ma łyżeczkę w zestawie


Lekkie spodnie, rozciągliwy materiał, kilka kieszonek, ściskacze w nogawkach. Wydają się super komfortowe. Zabieram je na następną podróż

Jeszcze muszę tylko jakieś dobre obuwie kupić i jestem gotowy na wyzwania.

W tym tygodniu ma padać. Jak tylko się wypogodzi robię podejście na 65-70km. Tym razem wyznaczyłem już w miarę płaską trasę. Wyjście o 4 i powrót o 20.
 
Jutro atak na 65-70km. Na testy zabieram nowe spodnie i żele energetyczne. Więcej jedzenia niż ostatnio i dwa gramy elektrolitów. Jak nie będzie pęcherzy na stopach to powinienem dać radę.
Niby płaska trasa więc powinno być łatwiej. W miarę możliwości będą apdejty.
 
Jutro atak na 65-70km. Na testy zabieram nowe spodnie i żele energetyczne. Więcej jedzenia niż ostatnio i dwa gramy elektrolitów. Jak nie będzie pęcherzy na stopach to powinienem dać radę.
Niby płaska trasa więc powinno być łatwiej. W miarę możliwości będą apdejty.
Trzymam kciuki! :bleed:
 
Back
Top