Tak zasadniczo, to wydaje mi się, że jednostronna "tresura" dzieci to objaw współczesnych czasów (czyli jak zdecydowana większość zjawisk w Polsce, to pokłosie PRL). Wystarczy spojrzeć na edukację kulturalną. Dzisiaj uważa się, że chłopak tańczący w balecie jest "pedałem", sto lat temu prawie każdy mężczyzna usytuowany w wyższych warstwach społecznych miał kontakt z baletem. Tak samo śpiew, na lekcjach muzyki w szkole (które swoją drogą są prowadzone w koszmarny sposób) dziewczynki radośnie pośpiewują, a chłopaki burczą coś pod nosem, a jak wielkim skandalem jest, jak nauczyciel poprosi chłopaka o śpiew solo. 100 lat temu zupełną normą było, że każdy mężczyzna wyżej usytuowany potrafił śpiewać. Nie trzeba dalej szukać, na lekcjach plastyki dziewczynki malują sobie obrazki, a chłopaki rysują jakieś bohomazy złożone z dwóch kresek, bo malowanie jest niemęskie. A ile jest wielkich malarzy w stosunku do malarek?
Zasada ta działa również w drugą stronę, dzisiaj dziewczynki nie uczestniczą w lekcjach w-f bo mają wieczny okres, podczas gdy 100 lat temu chętnie brały udział w grach i zabawach towarzyskich.
Słowem, może jest tak, że podział na męskość i żeńskość czynności, to teoria narodzona dość niedawno, wcześniej ten podział wynikał z naturalnych predyspozycji obydwu płci (nawet nie można mówić, by był on jakoś zdefiniowany), a dzisiaj wynika on z przekonań.
Jeśli tak jest, to wszystkie teorie genderyzmu i im podobne dyrdymały wynikają nie z realnego świata, ale są upośledzoną reakcją społeczeństwa na wytworzony wzorzec. Co śmieszniejsze, wzorzec został wytworzony przez skrajnie lewicowe środowiska, a teraz te same środowiska starają się go przewartościować, podczas gdy środowisko prawicowe nadal postuluje powrót do naturalnej oceny podziałów płciowych, czyli by wynikały one z predyspozycji płci (albo może przede wszystkim konkretnego człowieka), a nie z ustalonych zasad.