Idę przed siebie

IMG-20250329-110507.jpg


Przerwa na suszenie skarpetek :)
 
Wstaję znów niewyspany. Przede mną najcięższe jak do tej pory wyzwanie a spałem niecałe pięć godzin. Przez pierwsze pół godziny leżę jeszcze w łóżku próbując się ogarnąć. Zwlekam się z wyra i dopiero zimny prysznic stawia mnie na nogi.
Na szybko wypijam szejka i pakuję jedzenie do plecaka z którego wyciągam kurtkę przeciwdeszczową, bo przecież prognoza pokazuje, że dziś ma być sucho. Nie ciśnie mnie na dwójkę a dziś zamierzam iść specyficzną trasą więc troche mnie to martwi.
O 5:10 wychodzę z domu. Niebo zaczyna się powoli przejaśniać i wiem już, że mogłem wyjść conajmniej godzinę wcześniej. Nic to. Czas wyruszać.
Po pół godzinie docieram do centrum miasta. Uwagę moją zwraca napierdalająca w klubie muzyka i żywe trupy ledwo stojące na nogach przed wejściem. Pogoda dopisuje, na słuchawkach leci muzyka i tak mijają mi pierwsze dwie godziny po upływie których robię
pierwszą przerwę.

Dość niespodziewanie zmienia się pogoda. Słońce zachodzi za chmurami i nie pokaże się już do końca wyprawy. Zaczyna wiąć, zakładam starą kurtkę przeciwwiatrową i rękawiczki. Na głowie mam inną już niż ostatnio czapkę, która sprawuje się znakomicie.
Bardzo specyficzna trasa którą idę oraz sobota sprawia, że na mojej trasie mijam niezliczone liczby ludzi. Część jedzie na rowerach, trochę osób biega a pozostali spacerują samotnie lub z psami. Zdecydowanie zbyt duży tłok jak dla mnie. Wolę jednak
badziej odludne tereny, które mają również dodatkowy plus. Można się odlać praktycznie wszędzie. Robiłem kilka podejść do wystawienia fujary i za każdym razem albo ktoś nadbiegał albo pojawiali się rowerzyści a nie miałem możliwości odbicia z trasy w
krzaki. Na szczęście dość szybko trafiam do pobliskiego miasta i dzięki uprzejmości Tesco wychodzę z pustym pęcherzem. Za sobą mam 35 kilometów, które pokonuje w szybkim tempie.
40 kilometrów przechodzę w czasie mniejszym niż osiem godzin, co jest bardzo dobrym wynikiem.

Wkrótce potem pojawiają się problemy. Mimo regularnych zmian skarpet nie mają one wystarczająco dużo czasu aby wyschnąć a ja zostawiam w domu zapasowe wkładki do butów. Moje postoje trwają ok 10 minut a to zdecydowanie za mało czasu aby wkładki wyschły.
O tego momentu podczas każdej przerwy i ściągniecia skarpet oczom moim ukazują się miejscami białe od wilgoci stopy. Pojawiają się pierwsze obtarcia i pęcherze. Zbyt szybkie tempo które sobie narzuciłem skutkuje nadwyrężeniem lewej stopy. W późniejszej
fazie marszu w momencie gdy miałem uniesioną stopę kilkukrotnie opadała ona bezwiednie. Dodatkowo zaczyna mnie cisnąć na dwójkę. Nie mam ochoty wracać się kilka kilometrów do Tesco, zaciskam więc zęby (i zwieracze odbytu :) ) i postanawiam kontynuować
trasę.

Uzmysławiam sobie, że wybór tej samej drogi "tam i z powrotem" był dużą pomyłką. Mam już dość tych ludzi mijanych na trasie, bolą mnie stopy i mam nieodparte uczucie, że może być nieciekawy incydent kałowy gdzieś na trasie. Dopada mnie ogromy kryzys
z którym walczę do końca trasy. Coraz częsciej zatrzymuję się choćby na kilka minut, ale po takiej przerwie potrzebuję kilkaset metrów aby wrócić do tej samej prędkości. Zaczyna padać.

Bardzo przydatne okazują się żele energetyczne, które nie obciążając układu pokarmowego dają mi dobry zastrzyk energii. Okazały się trafnym wyborem. Przyjmuję elektrolity i piję dużo wody.

Od 45 kilometra o którym wspomniałem we wczorajszym wpisie odliczam każdy pojedyczny kilometr a chęć przerwania marszu jest silna jak nigdy. Patrzę pod nogi, bo ludzie wychodzący z psami na spacery w większości nie sprzątają po nich gówien, które co
jakiś czas niczym miny czają się na ścieżce. Zwracam też uwagę na poczucie wstydu właścicieli psów, którzy gdy biorą ciepłe jeszcze psie gówno do woreczka odwracają się do mnie plecami i takiej trwają nieruchomo w takiej pozycji tak długo jak jestem
przed nimi. Gdy tak idę zaczynam czuć właśnie taki obrzydliwy smród jaki czułem mijając te srające psy. Myślę sobie "jeszcze tego brakuje, żebym wdepnął w gówno" i trzykrotnie w krótkim okresie czasu sprawdzam podeszwy butów, które ku mojemu zdziwieniu
okazują się czyste. Wtedy dochodzi do mnie, że ten utrzymujący się smród to moje pierdy, które dobitnie przypominają mi, że nie jest ciekawie. Grubo.

W końcu wysiada mi prawa noga której nie jestem w stanie unieść. Wypycham ją przed siebie z biodra. W lewej stopie w miejscu łączenia się piszczela ze stopą również boli konkretnie. Przez myśl przechodzi mi, że mogę złapać poważną kontuzję.

Dochodzę do miasta. Tutaj wita mnie deszcz. Przemoczony kuśtykam do przodu. Zerkam na zegarek. Mam zrobione 63 kilometry. Bardzo chciałem zrobić 70, ale fizycznie nie daję rady. Na płaskim terenie może bym jeszcze zrobił z dwa kilometry, ale tutaj są
już górki i nie jestem w stanie iść. Wciskam "zakończ" na zegarku.

Co poszło nie tak:

1. Zdecydowanie zbyt szybkie tempo. Powinienem iść w okolicach 4,5km/h. Przyczyniła się do tego płaska trasa. Przez pierwsze 40km niemal leciałem.
2. Od ostatniego (54km) marszu zrobiłem tylko 12 kilometrów aby wyleczyć stopy. Myślę, że mięśnie mogły być nieco zastane przez te niemal dwa tygodnie.
3. Brak zbudowanej wytrzymałości. Długie dystanse robię dopiero od tego roku i każdy kolejny to był dość konkretny progres. Trzeba zwolnić.

Inne:

Wiatrówkę muszę nosić ze sobą non stop.
Spodnie kupione jakiś tydzień temu zdały egzamin celująco. Najlepsze spodnie do chodzenia jakie kiedykolwiek miałem.
Żele energetyczne są super. Mało ważą i zapewniają solidny zastrzyk energii.
Wczoraj na piętro wchodziłem na kolanach. Miałem problem aby wejść do wanny i ostatecznie odcięło mnie podczas oglądania filmu. Każdy krok to odczucie jakby skóra mi się miała oddzielić od stopy.

Na razie odpuszczam bicie rekordów. Jedynym pozytywnym uczuciem jest to, że dałem radę i sprawdziłem swoje granice. Cały marsz to konkretny wysiłek z zegarkiem w ręku. Poza tym, że zrobiłem ponad 60km nie czułem przyjemności podczas chodzenia.
Na kolejną wyprawę zabieram aparat i drona aby połączyć przyjemne z pożytecznym.
Za kilka miesięcy robię kolejny podjazd tym razem w wolniejszym tempem. Chciałbym zrobić 70km bo czuję, że było w zasięgu przy odpowiedniej taktyce i planowaniu.


nie czytam po napisaniu więc sorry za błędy. jestem dojechany

Screenshot_2025-03-30-15-28-54-293_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg




Screenshot_2025-03-30-15-29-35-935_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Screenshot_2025-03-30-15-29-51-050_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg

Screenshot_2025-03-30-15-30-01-822_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg




znowu coś się pokręciło
Screenshot_2025-03-30-15-30-12-609_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Screenshot_2025-03-30-15-30-26-501_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg


Screenshot_2025-03-30-15-30-40-905_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg

Screenshot_2025-03-30-15-30-53-023_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg

Screenshot_2025-03-30-15-31-05-117_com.huami.watch.hmwatchmanager-edit.jpg

widać zajazd na ostatnich kilometrach
 
Od 45 kilometra o którym wspomniałem we wczorajszym wpisie odliczam każdy pojedyczny kilometr a chęć przerwania marszu jest silna jak nigdy. Patrzę pod nogi, bo ludzie wychodzący z psami na spacery w większości nie sprzątają po nich gówien, które co
jakiś czas niczym miny czają się na ścieżce. Zwracam też uwagę na poczucie wstydu właścicieli psów, którzy gdy biorą ciepłe jeszcze psie gówno do woreczka odwracają się do mnie plecami i takiej trwają nieruchomo w takiej pozycji tak długo jak jestem
przed nimi. Gdy tak idę zaczynam czuć właśnie taki obrzydliwy smród jaki czułem mijając te srające psy. Myślę sobie "jeszcze tego brakuje, żebym wdepnął w gówno" i trzykrotnie w krótkim okresie czasu sprawdzam podeszwy butów, które ku mojemu zdziwieniu
okazują się czyste. Wtedy dochodzi do mnie, że ten utrzymujący się smród to moje pierdy, które dobitnie przypominają mi, że nie jest ciekawie. Grubo.

W końcu wysiada mi prawa noga której nie jestem w stanie unieść. Wypycham ją przed siebie z biodra. W lewej stopie w miejscu łączenia się piszczela ze stopą również boli konkretnie. Przez myśl przechodzi mi, że mogę złapać poważną kontuzję.

Dochodzę do miasta. Tutaj wita mnie deszcz. Przemoczony kuśtykam do przodu. Zerkam na zegarek. Mam zrobione 63 kilometry. Bardzo chciałem zrobić 70, ale fizycznie nie daję rady. Na płaskim terenie może bym jeszcze zrobił z dwa kilometry, ale tutaj są
już górki i nie jestem w stanie iść. Wciskam "zakończ" na zegarku.

Co poszło nie tak:

1. Zdecydowanie zbyt szybkie tempo. Powinienem iść w okolicach 4,5km/h. Przyczyniła się do tego płaska trasa. Przez pierwsze 40km niemal leciałem.
2. Od ostatniego (54km) marszu zrobiłem tylko 12 kilometrów aby wyleczyć stopy. Myślę, że mięśnie mogły być nieco zastane przez te niemal dwa tygodnie.
3. Brak zbudowanej wytrzymałości. Długie dystanse robię dopiero od tego roku i każdy kolejny to był dość konkretny progres. Trzeba zwolnić.

Inne:

Wiatrówkę muszę nosić ze sobą non stop.
Spodnie kupione jakiś tydzień temu zdały egzamin celująco. Najlepsze spodnie do chodzenia jakie kiedykolwiek miałem.
Żele energetyczne są super. Mało ważą i zapewniają solidny zastrzyk energii.
Wczoraj na piętro wchodziłem na kolanach. Miałem problem aby wejść do wanny i ostatecznie odcięło mnie podczas oglądania filmu. Każdy krok to odczucie jakby skóra mi się miała oddzielić od stopy.

Na razie odpuszczam bicie rekordów. Jedynym pozytywnym uczuciem jest to, że dałem radę i sprawdziłem swoje granice. Cały marsz to konkretny wysiłek z zegarkiem w ręku. Poza tym, że zrobiłem ponad 60km nie czułem przyjemności podczas chodzenia.
Na kolejną wyprawę zabieram aparat i drona aby połączyć przyjemne z pożytecznym.
Za kilka miesięcy robię kolejny podjazd tym razem w wolniejszym tempem. Chciałbym zrobić 70km bo czuję, że było w zasięgu przy odpowiedniej taktyce i planowaniu.
Po pierwsze, ogromnie gratuluję przejścia takiego dystansu! To już jest poziom kosmiczny! :applause:

Po drugie, odniosę się do części, którą wyciąłem z Twojej wypowiedzi. Wbrew pozorom wątek z psimi gównami jest kluczowy. To jest jeden z tych momentów, gdy mózg robi wszystko, żeby Cię zdemobilizować. Musisz mieć przygotowany na takie sytuacje swój indywidualny sposób.

Jest jednak pewien schemat z tym związany, który się składa z kilku etapów:
1. Identyfikacja kryzysu - ja w takim momencie mówię do siebie "O żesz ty chuju. Wiem, że teraz ze mną sobie lecisz".
2. Przekierowanie skupienia na coś pozytywnego - Ja staram się wtedy docenić cokolwiek co mi się rzuci w oczy, np. piękne drzewo, stado ptaków na niebie i mówię sobie do siebie prosta formułkę "ale zajebiste widoki".
3. Próba pogłębienia myślenia o tym - dalej robię to co w poprzednim punkcie, ale staram się sobie opisywać w głowie zjawisko, które mi się spodobało.
Kluczowy w tym wszystkim jest pierwszy punkt i świadomość tego, że natłumienie negatywnych odczuć względem otoczenia, przez które się idzie, to gra własnego mózgu, który da się skontrolować.

A i warto też znaleźć sposób na odciągnięcie myśli od patrzenia na zegarek. To oczywiście jest prostsze, jeśli dobrze czujesz swój organizm i umiesz kontrolować tempo marszu na wyczucie oraz gdy znasz trasę na pamięć. Przerabiałem to na długodystansowych trasach rowerem i wtedy po prostu przekręcałem fizycznie licznik ekranem do dołu. Zegarek też przekręcałem na drugą stronę. Dzięki temu mózg nie był nieustannie katowany ŚWIADOMOŚCIĄ LICZB (:kawulpokapoka:).

Dodatkowo rzeczywiście lepsze dla mózgu są pętle lub po prostu trasy o zróżnicowanym krajobrazie. Jest wtedy po prostu łatwiej.
Jeszcze raz gratulacje! Życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia! :conorsalute:
 
Ja jestem w wojsku na dobrowolnej od 17 marca i codziennie dzień w dzień robimy od 25 do 32km w tych jebanych ciężkich trzewikach, z bronią, maską, ładownicą, w hełmie i mundurze. Jestem dokładnie w kawalerii powietrznej, wojska aerodynamiczne, czerwone berety i mamy wyśrubowane normy z WFu. Jak ktoś robi pompki zamiast drążka to ma damską ksywę. Jeszcze 10 dni :rofl:
 
Ja jestem w wojsku na dobrowolnej od 17 marca i codziennie dzień w dzień robimy od 25 do 32km w tych jebanych ciężkich trzewikach, z bronią, maską, ładownicą, w hełmie i mundurze. Jestem dokładnie w kawalerii powietrznej, wojska aerodynamiczne, czerwone berety i mamy wyśrubowane normy z WFu. Jak ktoś robi pompki zamiast drążka to ma damską ksywę. Jeszcze 10 dni :rofl:
I ważę 110kg, jestem najcięższy z 50 osób…
 
Ja jestem w wojsku na dobrowolnej od 17 marca i codziennie dzień w dzień robimy od 25 do 32km w tych jebanych ciężkich trzewikach, z bronią, maską, ładownicą, w hełmie i mundurze. Jestem dokładnie w kawalerii powietrznej, wojska aerodynamiczne, czerwone berety i mamy wyśrubowane normy z WFu. Jak ktoś robi pompki zamiast drążka to ma damską ksywę. Jeszcze 10 dni :rofl:
Po co poszedles na dobrowolna?
 
Żeby walczyć z ruskimi
:boystop:
Za Bucze!
Z nudów i braku zajęcia, przeżyć przygodę i poznać fajne osoby, mam gościa w drużynie i pokoju co grał 16 lat w rugby i miał mistrza Polski, drugi stoi od 22 lat na bramkach w Łódzkich klubach, trzeci robi salta i chodzi na rękach, piąty to strażak i gość od roboty w lesie i na wsi, szósty piłkarz, siódmy to ja. Ogólnie same kozaki. Do przysięgi nie podchodzę i rezygnuje w ostatnim tygodniu i spadam do cywila. 28 kwietnia wyjeżdżam na 5 miesięcy ba półwysep Helski.
 
Zacząłem powoli te treningi na nogi.
Wspięcia na palcach mimo tego, że łydki mam mocne, ale zawsze jakoś wzmocni się stopa od tego. W jednej serii robię 40 i tak trzy razy dziennie.

Poza tym przysiady. To jak mi kolana strzelają to jakaś masakra. Od dziecka miałem z nimi problem jednak po tym ostatnim marszu jak już miałem zajechane nogi postanowiłem kontynuować. Robię 20 przysiadów rano i 20 wieczorem. Muszę wzmocnić czworoglowe.
 
Back
Top