Wstaję o 7 i zaczynam przygotowania. Zagrzać zupę i zalać termos herbaty. W międzyczasie wypijam szejka i po raz ostatni przeglądam mapę. Biorę prysznic, ubieram się i pakuje plecak. Dzień wcześniej nie chciało mi się iść do sklepu więc czekają mnie jeszcze małe zakupy. O godzinie 8:30 opuszczam dom.
Kupuję mały prowiant po czym kieruje się na trasę. Pogoda jest piękna. Zimno, ale świeci słońce. To jeden z cieplejszych dni w tym roku.
Pierwsze kilometry i zaczyna się robić gorąco więc ściągam koszule, ale z jakiegoś powodu pocę się jak w saunie. Dobrze, że wziąłem husteczki to mam czym przecierać czoło. Przez ostanie kilka dni piłem bardzo dużo wody - może to dlatego. Pocić (i to bardzo) będę się przez pierwsze kilometry. Postanawiam robić odpoczynki co godzinę na kilka minut. Podczas drugiej przerwy ściągam już buty i skarpety aby od samego początku zapewnić stopom odpoczynek. Jem kanapkę popijając herbatą i wyruszam dalej.
Po trzech godzinach marszu opuszczam zaludnione tereny i witam się z górkami i wrzosowiskami. Pierwsze podejście pokonuję za szybko co przekłada się na ból zgięcia stopy. Obawiam się czy nie nadwyrezylem jakiegoś ścięgna i robię odpoczynek. Na szczęście okazuje się że mimo bólu po kilku kilometrach wszystko się normuje. Co chwila popijam wodę. Idę dość szybkim krokiem. Po około 4 godzinach mam zrobione 20km i jestem w pełni sił.
I wtedy dochodzę to tego diabelskiego wzniesienia. Wchodzę, ale nie mogę złapać oddechu. Duże stopnie, które bardziej przypominają mi drabinę niż schodki. Po dojsciu na szczyt siadam ledwo oddychając. Zjadam zupę i ruszam w dalszą trasę. Zaczynam czuć pęcherz i bolą mnie nogi od tej wspinaczki.
Na szczęście zupa okazuje się doskonałym pomysłem, bo dostaje od niej ogromny przypływ energii. Następne dziesięć kilometrów nie sprawia żadnych problemów a ja czuję się jakbym dopiero zaczynał marsz. Postanawiam zrezygnować z przerwy i odpoczywam dopiero na 30 kilometrze. Nie zaleczony pęcherz daje się coraz bardziej we znaki. Gdy myślę, że do końca trasy będę szedł już utwardzoną drogą okazuje się, że zaznaczyłem inna ścieżkę. Wracam się aby znowu skierować swe kroki na polne ścieżki.
Idzie się bardzo powoli. Ścieżki są błotniste a kamienie śliskie. Trzeba uważać. Tak idę przez kolejne trzy kilometry. W końcu dochodzę do drogi. Prawa stopa boli a na lewej zaczynają powstawać pęcherze. Mam zwykłe plastry. Naklejam je i wyruszam dalej. Dochodzę do kolejnego podejścia które sprawia wrażenie niemal pionowego. Znów ogromne stopnie a za nimi wąska ścieżka dosłownie zalana błotem. Muszę uważać na każdy krok, bo błoto spokojnie przykrywa buta. W końcu udaje mi się wyjść na suchą ścieżkę. Ostanie przejście przez pole i docieram do normalnej drogi. W tym momencie zapada już zmrok. Zerkam na mapę i przede mną jest jeszcze jedna trasą przez pola ale ze względu na mrok decyduje się iść chodnikiem. Do domu mam jakieś 7 kilometrów, które pokonuje na automacie. Nie jestem głodny, jestem zmęczony ale nie bardzo natomiast okrutnie bolą mnie stopy. Każdy krok wydaje się jakbym chodził po betonie na boso.
W końcu po 11 godzinach docieram do domu. Zmęczony ale szczęśliwy.
View attachment 123120
View attachment 123121
View attachment 123122
View attachment 123123
Postanowiłem przejść trasę z pęcherzem, który nie był do końca zaleczony. To przełożyło się na ból w pewnym etapie trasy jak i również na innym układaniu stopy. To z kolei spowodowało powstawanie kolejnych obtarć i pęcherzy.
Suma wzniesień 1500 metrów to zdecydowanie za dużo na tym etapie jeśli chodzi o bicie rekordów na odległość.
Skłonny jestem stwierdzić, że z wyleczonymi stopami i na płaskiej trasie robię te 50 kilometrów i to bez zbytniego zajeżdżania.
Miałem za mało szybko przyswajalnych węgli. Na następną trasę albo zabieram proszek z domu albo kupuje żele energetyczne.
Kupiłem wkładki do butów. Będą testowane jak wyleczę stopy.
Za dużo czasu spędzałem na robieniu zdjęć. Super jest zrobić sobie pamiątki ale w tym samym momencie mija nam czas, który można spożytkować na marszu.
Nie miałem skarpet na zmianę przez co musiałem suszyć swoje.
Mam jeszcze kilka spostrzeżeń, ale to może na następny raz.
Założony cel został zrealizowany pomimo przeciwności losu. Wyprawę oceniam na udaną
Over