Mam zgoła inne wyobrażenie o stanie i przyszłości polskiej armii niż to, co serwuje się nam w optymistycznych analizach. Kupujemy sprzęt na wojnę, która już minęła, budując obraz potęgi, który przy bliższym poznaniu okazuje się kolosem na glinianych nogach. Miliony i miliardy wydawane na czołgi Abrams, śmigłowce Apache czy rakiety Patriot PAC-3 to inwestycje w wojsko typu amerykańskiego – nastawione na drogie doktryny, a nie na naszą obecną specyfikę. Choć nasza współczesna doktryna musi opierać się przede wszystkim na obronie własnego terytorium, to defensywa nie oznacza braku możliwości odpowiedzi. Potrzebujemy zdolności do kontrataku i rażenia celów na terytorium wroga, ale musimy to robić za pomocą środków tanich i masowych, a nie kosztownych zabawek, na które nas po prostu nie stać.
Dzisiejsze pole bitwy brutalnie weryfikuje starą szkołę wojny. Rządzi na nim pole dronowe, wojna radioelektroniczna oraz tanie, precyzyjne środki rażenia i amunicja krążąca. Strzelanie rakietą za 15 milionów złotych do drona wartego 15–20 tysięcy to absurd ekonomiczny, który doprowadzi nas do bankructwa w pierwszym miesiącu konfliktu. Zresztą potwierdzają to same ćwiczenia, gdzie ukraińska grupa operatorów dronów w warunkach symulowanych bez problemu rozbiła amerykański batalion – zarówno w natarciu, jak i w obronie. To nie ciężki pancerz, a domena dronowa i skuteczna ochrona pasma decydują dziś o przetrwaniu.
Poleganie wyłącznie na dostawach z USA to ślepy zaułek. Amerykański przemysł produkuje zaledwie około 800 rakiet Patriot rocznie i ma ogromny problem ze skalowaniem produkcji, a co więcej, Amerykanie nie chcą dzielić się kluczowymi technologiami ani z nami, ani z Ukrainą. W razie realnego kryzysu sprzętu i amunicji wystarczy nam na 2-3 miesiące intensywnych walk. Co potem? Zostaniemy z zakazanymi „pozwoleniami na użycie”, bo jak widzieliśmy na przykładzie Niemiec i USA blokujących Ukrainę, w kluczowym momencie sojusznicy nakładają kagańce polityczne na zasięg i celność naszych uderzeń.
Nasz największy kapitał to czynnik ludzki – polscy żołnierze mają serce do walki, ogromną mobilizację i hart ducha. Jednak sama odwaga nie zastąpi systemowego szkolenia i rezerw. Obecnie średnia wieku rezerwisty sięga 40–50 lat. Jeśli dojdzie do pełnoskalowej mobilizacji, bez przywrócenia obowiązkowego, nowoczesnego poboru nastawionego na specjalizacje, w punktach mobilizacyjnych spotkamy się jak na imieninach u cioci. Równie słabo wyglądamy w innych domenach. Posiadamy garść nowoczesnych samolotów, ale w warunkach braku nasycenia obroną przeciwlotniczą krótkiego i średniego zasięgu, ich baza może przestać istnieć w pierwszych godzinach. Z kolei Marynarka Wojenna od lat istnieje głównie na papierze i wymaga natychmiastowej redefinicji roli na Bałtyku.
Musimy odrzucić naiwność w polityce zagranicznej. Państwa nie mają przyjaciół – mają wyłącznie interesy. Z Ukrainą łączy nas trudna historia i liczne napięcia gospodarczo-społeczne, ale na poziomie wojskowym to od nich powinniśmy czerpać całą wiedzę o współczesnym polu walki. Ukraińcy płacą krew za naukę, jak walczyć z Rosją, i bezmyślnością byłoby z tej wiedzy nie korzystać. Zamiast czekać na łaskę Waszyngtonu czy Brukseli, Polska musi postawić na autonomiczne pakiety bezpieczeństwa i regionalne sojusze na Flance Wschodniej. Budowa bloku obronnego opartego na Polsce, Ukrainie, państwach skandynawskich ze Szwecją na czele, krajach bałtyckich, a w szerszym wymiarze strategicznym także Turcji, daje nam realną siłę odstraszania i niezależność.
Podsumowując, polska armia jest obecnie przereklamowana w przekazie medialnym. Mamy wspaniałych ludzi, ale kupujemy wojsko z obrazka, nieprzygotowane na realia nasyconego dronami, taniego w środkach, lecz okrutnego konfliktu wyniszczającego. Czas zejść na ziemię, postawić na własną produkcję amunicji, tanie drony uderzeniowe i rozpoznawcze, powszechne szkolenie rezerw i twardy realizm geostrategiczny.
