Farsa generalnie nie do opisania. Cyrk na kółkach.
To dostosujmy teorię experta do mojej rzeczywistości, dla beki.
Jako, że wstaję ekstremalnie wcześnie rano i tak samo też ćwiczę - praktycznie po otworzeniu oczu wcinam śniadanie, które już jest przygotowane. W talerzu mam odważone płatki, dodatki, BIAŁKO !
Pierwszy posiłek (w dzień treningowy to de facto posiłek przedtreningowy) do 10 min od przebudzenia. Do treningu pozostaje jakieś 1,5 h...
Pan Expert Brawler zabrania korzystania z białka w proszku, bo klei jelita. Aha. No to trudno. To kurwa może będę jebał się tak:
zamiast spożyć w mig te 400 kcal i 20-25 g białeczka serwatkowego, to nie
będę stał w kuchni i będę sobie robił jajecznicę! albo będę sobie gotował jajka, albo będę sobie smażył rybę! może mięso będę poddawał obróbce termicznej? Nie no, jasne, zajebisty pomysł.
Albo opierdolę zimny twaróg od razu wyjęty z lodówki.
Każde rozwiązanie wybitnie dobre. Nic tylko dziękować za tę poradę medyczną, że białko serwatkowe to zło w najczystszej postaci.