"
Prigożyn wygłaszał kolejne przemówienia, których poziomu buty i arogancji nie powstydziłby się Mussolini, a kolejne odrzutowce (rosyjskiej produkcji, bo do zagranicznych nie ma części) bogaczy z tej stolicy pryskały na lewo i prawo (
nawet najbliższy przyjaciel Putina od judo, lubiący przedstawiać się jako twardziel Arkadij Rotenberg zawinął się do Baku). Całość, gdyby nie tragiczna, była co najmniej żałosna, a momentami po prostu śmieszna.
Zginęli jednak ludzie. Najemnicy z Grupy Wagnera zabili rosyjskich żołnierzy: pilotów śmigłowców i samolotów. Nikt się pewnie nie dowie, ile osób w tych korkach na autostradach zginęło lub zostało rannych, kto zginął w licznych strzelaninach. Sam Prigożyn został oskarżony o zdradę, groziła mu śmierć.
I co? I nic. W zamian za to, że Prigożyn nie będzie już zagrażał władzy Putina,
może wyjechać z kraju, a za śmierć ludzi i zdradę po prostu nie odpowie. Kto zapłaci za zniszczone drogi? A za wypadki, odwołane imprezy, zniszczone przez puczystów mienie?
A za zburzone budynki jak zbombardowane zakłady remontowe czołgów w Woroneżu? Nie ma problemu. Nic się nie stało, można się rozejść.
Z drugiej strony mamy najemników z Grupy Wagnera,
wystawionych przez wielkiego obrońcę i do dziś ich szefa. Nie żałuję ich, bo to mordercy i bandyci, ale z ich perspektywy układ Prigożyna z Kremlem jest szokiem. Piszą o tym na Telegramie —
poszli za Prigożynem ratować ojczyznę przed korupcją i niekompetencją i właśnie zostali sami w obliczu zemsty Putina. To też obrazek jak z bananowej republiki, gdzie każdy lider buntu sprzeda swoich ludzi za willę za granicą.
A zemsta Putina będzie, bo musi być. Lider bananowej republiki rządzi tylko tak długo, jak długo jego wrogowie się go boją. Widok żołnierzy minujących drogi do Moskwy i Prigożyna besztającego generałów z Moskwy nie buduje wizerunku mocnego cara.
Pierwszego dnia inwazji Rosji na Ukrainę prezydent Wołodymyr Zełenski pokazał się na kijowskiej ulicy, by nikt nie miał wątpliwości, że nie uciekł. Putin zniknął. Trudno o bardziej wyrazistą różnicę.
Nie mam żadnej wątpliwości, że dni Prigożyna są policzone. Jak to bywa w mafii, Putin dla własnego dobra nie może swemu kucharzowi wybaczyć upokorzenia.
Prigożyn nie będzie bezpieczny na Białorusi i zapewne wkrótce wyniesie się dalej. Do końca życia, bez względu na to, ile czasu mu zostało, będzie musiał bardzo uważać na to, kto mu podaje herbatę.
Jego ludzie będą tępieni jak szczury, a Grupa Wagnera przejdzie do przeszłości. Wojskowi też się zemszczą na puczystach — naprawdę trudno jest dziś być rosyjskim oficerem, który dokładnie 16 miesięcy temu przechodził granicę z Ukrainą, trzymając w plecaku galowy mundur, a teraz musiał kopać rowy na przedmieściach Moskwy. Rosjanie mieli zdobyć Kijów w trzy dni i to im się nie udało, ale w jeden dzień prawie zajęli Moskwę.
Putin wychodzi z tej historii bardzo osłabiony.
Nie sądzę, by wojskowi mu zapomnieli tych upokorzeń i dzisiejszej śmierci żołnierzy, za których nikt — przynajmniej oficjalnie — nie odpowie.
"