Wojna to dobra okazja, żeby się pokłócić. Sobota.
Czekając na więcej potwierdzonych informacji z frontu, popełniłem taki esej.
Najazd Rosji na Ukrainę obudził w nas strategów wojskowych. Czas jest taki, że od pewnego czasu w debacie publicznej toczyła się wymiana zdań o tym jak powinna wyglądać polska armia. Na to jeszcze nałożyła się ustawa o obronie ojczyzny. Tak więc chcąc nie chcąc media wypluwają z siebie analityków, strategów, polityków i żołnierzy, którzy forsują swoje wizje Wojska Polskiego. Nawet jak to Ciebie średnio interesuję, to zainteresuję Cię już wkrótce, gdy będziesz się zastanawiał nad podatkami.
Poniżej przedstawię gdzie biegnie główna oś sporu i co się wiąże z popieraniem danej opcji. Kontekst jest taki, że to Rosja (być może z pomocą Białorusi) nas atakuję w sposób konwencjonalny. Najogólniej pisząc, pierwsza frakcja postuluje za wysoką liczebnością wojska, gotowego w ramach maksymalnie nastogodzinnej mobilizacji stawić czoło pełnemu rozwinięciu sił rosyjskich. To już są setki tysięcy rosyjskich żołnierzy czekających na granicy polsko-białoruskiej. I jak to prezes PiS zapowiedział 300 tysięcy naszych żołnierzy. To jest wielka liczba, którą trzeba opłacić, nakarmić i wyposażyć, ale o tym jeszcze będzie później.
Żeby doszło do takiej sytuacji, w której Rosja decyduje się na klasyczny wjazd pod Warszawę to najpierw musi zgromadzić batalionowe grupy taktyczne. Ich formowanie i przemarsz na punkty wyjścia do ataku trwa. Pokazała to wojna na Ukrainie, że zgromadzenie sił zabiera kilka miesięcy i zwraca na siebie uwagę. Zaskoczyć mogą rakiety z Kalingradu, czy pociski manewrujące odpalone z samolotów krążących kilkaset kilometrów od naszej granicy. Ale nie kilkaset tysięcy żołnierzy rozstawionych od Brześcia do Grodna, którzy muszą jeść, srać, manewrować, gadać przez chińskie radiostacje Baofeng. Ślad węglowy ta zgraja zostawia taki, że z kosmosu to będzie widać. Brzmi śmiesznie, ale to ważne bo to daje nam czas na mobilizację.
Teraz przechodzimy do frakcji numer dwa. Ta frakcja mówi, że Polska ma być elementem w układance NATO, która zostanie zmontowana, w momencie wykrycia ruchów rosyjskich. Nasze siły mogą być komponentem spełniającym określoną rolę w danym rodzaju wojsk, albo komponentem, który ma określoną rolę w teatrze działań wojennych (np. spowolnienie marszu rosyjskiego). Tracimy pewną suwerenność obronną, ale w końcu jesteśmy w NATO. Sojusz pokazał, na przykładzie Ukrainy że potrafi reagować adekwatnie do zagrożenia państwa członkowskiego. Od miesiąca rozmieszczane są na całej ścianie wschodniej wojska sojuszu i są to poważne ilości.
Frakcja numer jeden w to nie wierzy. „Umiesz liczyć, licz na siebie” - to jest motto, które wyznacza , że w każdym rodzaju wojsk (powietrze, ziemia, woda) możemy stawić opór. Owszem jesteśmy w NATO i będzie świetnie jak sojusz nas wesprze, ale czy z nim, czy bez stawiamy mur na Bugu i przechodzimy do kontrataku odbijając Kowno. Polska armia ma zdolność samowystarczalności.
Frakcja numer dwa mówi, że to pułapka w rozumowaniu ponieważ: Jeśli Rosja zdecyduje się na nas najechać konwencjonalnie to ich możliwości mobilizacyjne w tak wysokim stopniu przewyższają nasze, że nigdy jej nie dorównamy. Poza tym utrzymanie trzystu tysięcznej armii to jest tak wysoki koszt, że może zahamować rozwój kraju w innych dziedzinach. Zwłaszcza, że zmienia się wyposażenie. Statystyczny żołnierz to już nie jeden kałasznikow i kurtka typu waciak, a pełno gadżetów, szpejów, optyki i elektroniki. To kosztuje. Te Javeliny, którymi wszyscy się zachwycają i chcą dać je każdemu żołnierzowi Wojsk Obrony Terytorialnej to koszt ok 400 000 złotych.
Frakcja numer jeden w tym momencie zaczyna wyzywać frakcję numer dwa od ruskich onuc i zdrajców. Pojawia się wątek niemiecki, żydowski, żołnierze wyklęci i Pierwsza Brygada. I można zakopać dyskusję.
Z popiołów podnosi się ręka. To przedstawiciel frakcji trzeciej chce zabrać głos. Zwraca uwagę na kilka spraw. Po pierwsze konflikt na Ukrainie pokazał, że ważna jest wysoka liczba żołnierzy pod bronią na tu i teraz, ale większe znaczenie ma możliwość mobilizacji drugiego i trzeciego rzutu. Żołnierz w cywilu (w zależności od rodzaju wojsk) traci swoje kompetencje w przeciągu kilku lat. Dlatego trzeba dbać o szkolenia i nowe roczniki, które wejdą do systemu mobilizacji. Jest coś takiego jak demografia i jakość życia. W dalszej perspektywie może być bardzo ciężko utrzymać pod bronią panów między 20 a 40 rokiem życia w armii. Nawet nie chodzi o pieniądze, a o to, że nie będzie (z różnych względów) chętnych. Plany obrony jednak będą uwzględniać pełne obłożenie etatów. I tu się sypie obrona, bo po prostu będzie brakowało ujętych w planach ludzi.
Technologicznie nigdy nie będziemy w pełni gotowi, by odpowiedzieć na każdej płaszczyźnie Rosji. W pewnych dziedzinach mamy takie zaległości, że ślepe ściganie się jest bezsensowne. Więc kalkulując budżet przez najbliższe dziesięć lat już można stwierdzić, że jeśli kupimy jakieś rakiety do samolotów F-35 to braknie nam kasy na artylerię rakietową dalekiego zasięgu. Jeśli zwodujemy okręty podwodne projektu Orka to pewnie nie ogarniemy samolotów wczesnego ostrzegania AWACS. Musimy wybierać, bo wszystkiego nie ogarniemy. Więc skazani jesteśmy na bycie klockami w puzzlach NATO. Ogólnikowo, my damy czołgi, Litwa drony rozpoznawcze, a Czesi nurków morskich do minowania portu w Primorsku.
I ostatni wniosek. Rosja też wyciągnie wnioski. To będzie trwało kilka lat. Ale już tak źle przygotowana do kolejnej wojny nie przystąpi (chociaż, to stan umysłu więc...). Trzeba więc założyć, że poprawi wszystkie błędy jakie popełniła, a to pokazuję, że w konwencjonalnym konflikcie armia wystawiona przez 144 miliony mieszkańców Rosji będzie musiała się zmierzyć z armią wystawioną przez blisko 40 milionową Polskę. To po prostu w excelu się nie zgadza, dlatego w planach obrony należy uwzględnić NATO (być może Ukrainę jeśli wygra i odbuduję się) i to nie jako dodatki, tylko ważne elementy naszej strategii.