Ja nie bardzo rozumiem o co wy kaman. Ja bym sie uznal raczej za slabego katolika, chrzescijanina, czasem blizej mi do ateisty.
Mimo to na kwestie nauka vs Bog patrze tak: wielkosc Boga (jesli istnieje!) moze wyrazac sie w tym, ze stworzyl swiat wraz z komplementarnymi zasadami wg ktorych ten swiat dziala. W ten sposob, by mimo poznawania jego natury - a przeciez nie jestesmy idiotami i bedziemy kroczek po kroczku wiedzieli coraz wiecej - zawsze byla granica nauki, za ktora nie ma definitywnej odpowiedzi, dlaczego jest jak jest. Kazda odpowiedz zrodzi nastepne pytanie, taka jest nauka.
Gdzie jest granica? Kiedys byl nia horyzont (plaska? okragla?), potem uklad sloneczny, bla, bla... Teraz to chyba teoria wielkiego wybuchu, bo tu nauka - poki co - nie ma mozliwosci weryfikowania hipotez.
Wiara pozostanie wiara, wlasnie dlatego ze nia jest, a nie dowodem. Natomiast jakiekolwiek odkrycia z definicji nie udowadniaja braku Boga.
Stephen Hawking - polecam cokolwiek spod jego szyldu, pozwala chwilowo zrozumiec rzeczy zawile - ostatnio dosc wyraznie opowiadal sie za swiatem bez Boga, bo wg niego, na podstawie jego matematyczno-fizycznych analiz, poczatek swiata nie musial miec impulsu zewnetrznego i mogl rozpoczac sie spontanicznie, cokolwiek to oznacza. Dla mnie to nie juz nauka a metafizyka - ale co tam.
Inna sprawa jest to, ze
@Mort ogranicza moc Boga do stworzenia swiata bez naukowego sensu, tj. tu se sypne meteorami, tu dam kwazara, a tam machne ludzi.
Jest wiec margines wiary w nauce, i margines nauki w wierze.
Nie czaje o co ta klotnia,