No to lecimy z podsumowaniem świątecznego marszu.
Wiedziałem już półtora miesiąca temu, że będę atakował taki dystans, gdy otrzymałem zielone światło od fizjoterapeuty na znaczne zwiększanie obciążeń (pokłosie złamania stawu skokowego 13.06.2025). Od tego momentu wróciłem do intensywnej pracy nad wzmocnieniem nóg, a także nad poprawą mobilności m. in. w biodrach. Skupiłem się też nad tym, by w ciągu każdego tygodnia utrzymywać dzienną średnią liczbę kroków na poziomie nie spadającym poniżej 10k.
Przejdźmy do rzeczy. Po raz pierwszy od paru lat postanowiłem przebić barierę 40 km podczas pojedynczego marszu. Na kilka dni przed przygotowywałem się tak, jak do długodystansowej jazdy rowerem. 2 dni przed zacząłem ładować węglowodany, żeby organizm miał co spalać. Przygotowałem sobie na trasę herbatę w termosach, izotoniki, elektrolity, a także dużo węglowodanów, żeby nie paść na trasie (tutaj wjechała klasyka, tj. żelki, ciasto z domu itd.). Oczywiście wziąłem buty za kostkę, które miałem już zachodzone. Spakowałem sobie też dwie pary skarpet na zmianę, żeby móc założyć suche po przejściu 20/30 km.
Wybrałem sprawdzoną trasę, którą robiłem pieszo i rowerem na wszystkie możliwe sposoby. Poza sezonem w rejonie Półwyspu Helskiego jest pusto i spokojnie, więc można bezproblemowo maszerować lub jechać rowerem. Wstałem przed 5, żeby ok. 6:30 wsiąść w pociąg z Gdańska Głównego i chwilę po 8 wylądować w Chałupach. Pogoda była przepiękna. Bezchmurne niebo, słońce, brak wiatru. Jedynym problemem był mróz. Temperatury tego dnia wahały się w okolicach -8/-4. Mimo tego, nie narzekałem. Od dawna chciałem doświadczyć dnia pełnego słońca i spędzić go w całości na powietrzu, więc starałem się cieszyć każdą chwilą słońca. To też pomagało mi w przejściu całego dystansu.
Kontynuując wątek warunków początkowych, wystąpił jeden zasadniczy problem. Całe wigilijne przedpołudnie przerzucałem ciężkie kartony i łaziłem non-stop, aż do spotkania z rodziną, przez co nie byłem w stanie wypocząć przed trasą. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że rodzina jest jedna i muszą być pewne priorytety ponad indywidualnymi fanaberiami.
Sama trasa szła mi przez długi czas bardzo dobrze. Po kilkunastu kilometrach zacząłem odczuwać lewy mięsień piszczelowy tylny. Było to do przewidzenia, ponieważ to właśnie on najbardziej mi osłabł przez wspomnianą wcześniej kontuzję. Nie był to jednak alarmujący ból, który by mnie zmusił do porzucenia marszu. Wszystko było pod kontrolą. Po prostu zwalniałem tempo marszu, gdy wchodziłem pod strome podejścia i gdy musiałem schodzić z góry. Na tej trasie nie ma może jakichś Himalajów, ale na odcinku Władysławowo - Osłonino trochę mniejszych górek jest.
Starałem się trzymać tempo na poziomie 5,5 km/h. Nie za szybkie, ale też i nie za wolne, żeby organizm mi się zbytnio nie schłodził. Postoje robiłem przede wszystkim przez konieczność zwiększenia wilgotności terenu. Przy tak niskiej temperaturze organizm się słabo poci, przez co całe ciepło oddaje z moczem.
Tu jest też cały pies pogrzebany - kurewsko łatwo jest się odwodnić na mrozie. Nawet łatwiej niż w upale, ponieważ nie czuje się tak bardzo pragnienia. W sumie cała ta trasa była moją nieustanną walką z koniecznością nawadniania się. Mój organizm po prostu nie chciał przyjmować tylu płynów ile powinien. Podobnie było z żarciem. Pod koniec już na chama wrzucałem sobie żelki do ust, żeby cokolwiek trafiało do mojego żołądka. Mimo to, starałem się raz na godzinę stanąć i coś przegryźć podczas postoju i zapić gorącą herbatą. Nie stawałem na dłużej niż 10 minut, żeby nie tracić temperatury.
Pierwsze problemy typowo zmęczeniowe dopadły mnie już po zachodzie słońca, gdy miałem w nogach ok. 35 km, jeśli dobrze pamiętam. Było to bezpośrednio skorelowane ze spadkiem temperatury powietrza, a także z koniecznością "wspinaczki" pod Kępę Oksywską. Nie ma tam jakiegoś gigantycznego przewyższenia czy wielkiej stromizny, ale nawet drobna stromizna potrafi dać w kość, mając taki dystans za sobą. Przyznam też, że odcinek Kosakowo - Gdynia Główna był dla mnie mordęgą. Szedłem wzdłuż ruchliwych ulic, gdzie był hałas i już nie było tak przyjemnie. Irytujące też były przejścia dla pieszych. Stanie na światłach mnie strasznie wybijało z rytmu na tym etapie. Na koniec też mi spadło tempo. Zmęczenie po 40 kilometrze było znacznie odczuwalne. W tym momencie czułem mięśnie piszczelowe w obu nogach, "czwórki", biodra, ale i brzuch oraz plecy.
Całość skończyłem na stacji Gdynia Główna, z której zjechałem SKMką do Gdańska. Problematyczne było przejście ok. kilometra po wyjściu z pociągu do domu. Biodra mi kompletnie zespawało.
Dzisiaj czuję się dobrze. Zmęczony, lecz nie zajechany. Mięśnie mam styrane, ze stawami nie mam żadnych problemów. Warto też dodać, że przebranie skarpet w połowie trasy było gamechangerem. Bardzo dobrze też się sprawdziły buty. Trasę skończyłem z drobnymi bąblami na stopach, które nie były czymś, co znacznie utrudniło mi poruszanie się. Otarć brak.
Po przejściu tej trasy myślę, że w niedalekiej przyszłości będę w stanie przebić się przez barierę 50 kilometrów bez większych problemów. Kluczowy tutaj będzie odpoczynek przed wyjściem. Dzień przed po prostu posiedzę przy książce i się porozciągam, a nie będę przerzucał ciężkich przedmiotów czy robił jakichś intensywnych treningów. Do tego będę dokładniej pilnował nawodnienia. Wczoraj wlałem w siebie ok. 3-4 litry płynów na trasie, co było zdecydowanie zbyt małą ilością jak na taki dystans.
Ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolony. Nie myślałem, że pół roku po cholernie ciężkim urazie nogi będę w stanie przejść ~50 km.