Idę przed siebie

No to lecimy z podsumowaniem świątecznego marszu.

Wiedziałem już półtora miesiąca temu, że będę atakował taki dystans, gdy otrzymałem zielone światło od fizjoterapeuty na znaczne zwiększanie obciążeń (pokłosie złamania stawu skokowego 13.06.2025). Od tego momentu wróciłem do intensywnej pracy nad wzmocnieniem nóg, a także nad poprawą mobilności m. in. w biodrach. Skupiłem się też nad tym, by w ciągu każdego tygodnia utrzymywać dzienną średnią liczbę kroków na poziomie nie spadającym poniżej 10k.

Przejdźmy do rzeczy. Po raz pierwszy od paru lat postanowiłem przebić barierę 40 km podczas pojedynczego marszu. Na kilka dni przed przygotowywałem się tak, jak do długodystansowej jazdy rowerem. 2 dni przed zacząłem ładować węglowodany, żeby organizm miał co spalać. Przygotowałem sobie na trasę herbatę w termosach, izotoniki, elektrolity, a także dużo węglowodanów, żeby nie paść na trasie (tutaj wjechała klasyka, tj. żelki, ciasto z domu itd.). Oczywiście wziąłem buty za kostkę, które miałem już zachodzone. Spakowałem sobie też dwie pary skarpet na zmianę, żeby móc założyć suche po przejściu 20/30 km.

Wybrałem sprawdzoną trasę, którą robiłem pieszo i rowerem na wszystkie możliwe sposoby. Poza sezonem w rejonie Półwyspu Helskiego jest pusto i spokojnie, więc można bezproblemowo maszerować lub jechać rowerem. Wstałem przed 5, żeby ok. 6:30 wsiąść w pociąg z Gdańska Głównego i chwilę po 8 wylądować w Chałupach. Pogoda była przepiękna. Bezchmurne niebo, słońce, brak wiatru. Jedynym problemem był mróz. Temperatury tego dnia wahały się w okolicach -8/-4. Mimo tego, nie narzekałem. Od dawna chciałem doświadczyć dnia pełnego słońca i spędzić go w całości na powietrzu, więc starałem się cieszyć każdą chwilą słońca. To też pomagało mi w przejściu całego dystansu.

Kontynuując wątek warunków początkowych, wystąpił jeden zasadniczy problem. Całe wigilijne przedpołudnie przerzucałem ciężkie kartony i łaziłem non-stop, aż do spotkania z rodziną, przez co nie byłem w stanie wypocząć przed trasą. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że rodzina jest jedna i muszą być pewne priorytety ponad indywidualnymi fanaberiami.

Sama trasa szła mi przez długi czas bardzo dobrze. Po kilkunastu kilometrach zacząłem odczuwać lewy mięsień piszczelowy tylny. Było to do przewidzenia, ponieważ to właśnie on najbardziej mi osłabł przez wspomnianą wcześniej kontuzję. Nie był to jednak alarmujący ból, który by mnie zmusił do porzucenia marszu. Wszystko było pod kontrolą. Po prostu zwalniałem tempo marszu, gdy wchodziłem pod strome podejścia i gdy musiałem schodzić z góry. Na tej trasie nie ma może jakichś Himalajów, ale na odcinku Władysławowo - Osłonino trochę mniejszych górek jest.

Starałem się trzymać tempo na poziomie 5,5 km/h. Nie za szybkie, ale też i nie za wolne, żeby organizm mi się zbytnio nie schłodził. Postoje robiłem przede wszystkim przez konieczność zwiększenia wilgotności terenu. Przy tak niskiej temperaturze organizm się słabo poci, przez co całe ciepło oddaje z moczem.
Tu jest też cały pies pogrzebany - kurewsko łatwo jest się odwodnić na mrozie. Nawet łatwiej niż w upale, ponieważ nie czuje się tak bardzo pragnienia. W sumie cała ta trasa była moją nieustanną walką z koniecznością nawadniania się. Mój organizm po prostu nie chciał przyjmować tylu płynów ile powinien. Podobnie było z żarciem. Pod koniec już na chama wrzucałem sobie żelki do ust, żeby cokolwiek trafiało do mojego żołądka. Mimo to, starałem się raz na godzinę stanąć i coś przegryźć podczas postoju i zapić gorącą herbatą. Nie stawałem na dłużej niż 10 minut, żeby nie tracić temperatury.

Pierwsze problemy typowo zmęczeniowe dopadły mnie już po zachodzie słońca, gdy miałem w nogach ok. 35 km, jeśli dobrze pamiętam. Było to bezpośrednio skorelowane ze spadkiem temperatury powietrza, a także z koniecznością "wspinaczki" pod Kępę Oksywską. Nie ma tam jakiegoś gigantycznego przewyższenia czy wielkiej stromizny, ale nawet drobna stromizna potrafi dać w kość, mając taki dystans za sobą. Przyznam też, że odcinek Kosakowo - Gdynia Główna był dla mnie mordęgą. Szedłem wzdłuż ruchliwych ulic, gdzie był hałas i już nie było tak przyjemnie. Irytujące też były przejścia dla pieszych. Stanie na światłach mnie strasznie wybijało z rytmu na tym etapie. Na koniec też mi spadło tempo. Zmęczenie po 40 kilometrze było znacznie odczuwalne. W tym momencie czułem mięśnie piszczelowe w obu nogach, "czwórki", biodra, ale i brzuch oraz plecy.

Całość skończyłem na stacji Gdynia Główna, z której zjechałem SKMką do Gdańska. Problematyczne było przejście ok. kilometra po wyjściu z pociągu do domu. Biodra mi kompletnie zespawało. :beczka:

Dzisiaj czuję się dobrze. Zmęczony, lecz nie zajechany. Mięśnie mam styrane, ze stawami nie mam żadnych problemów. Warto też dodać, że przebranie skarpet w połowie trasy było gamechangerem. Bardzo dobrze też się sprawdziły buty. Trasę skończyłem z drobnymi bąblami na stopach, które nie były czymś, co znacznie utrudniło mi poruszanie się. Otarć brak.


Po przejściu tej trasy myślę, że w niedalekiej przyszłości będę w stanie przebić się przez barierę 50 kilometrów bez większych problemów. Kluczowy tutaj będzie odpoczynek przed wyjściem. Dzień przed po prostu posiedzę przy książce i się porozciągam, a nie będę przerzucał ciężkich przedmiotów czy robił jakichś intensywnych treningów. Do tego będę dokładniej pilnował nawodnienia. Wczoraj wlałem w siebie ok. 3-4 litry płynów na trasie, co było zdecydowanie zbyt małą ilością jak na taki dystans.

Ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolony. Nie myślałem, że pół roku po cholernie ciężkim urazie nogi będę w stanie przejść ~50 km.
 
No to lecimy z podsumowaniem świątecznego marszu.

Wiedziałem już półtora miesiąca temu, że będę atakował taki dystans, gdy otrzymałem zielone światło od fizjoterapeuty na znaczne zwiększanie obciążeń (pokłosie złamania stawu skokowego 13.06.2025). Od tego momentu wróciłem do intensywnej pracy nad wzmocnieniem nóg, a także nad poprawą mobilności m. in. w biodrach. Skupiłem się też nad tym, by w ciągu każdego tygodnia utrzymywać dzienną średnią liczbę kroków na poziomie nie spadającym poniżej 10k.

Przejdźmy do rzeczy. Po raz pierwszy od paru lat postanowiłem przebić barierę 40 km podczas pojedynczego marszu. Na kilka dni przed przygotowywałem się tak, jak do długodystansowej jazdy rowerem. 2 dni przed zacząłem ładować węglowodany, żeby organizm miał co spalać. Przygotowałem sobie na trasę herbatę w termosach, izotoniki, elektrolity, a także dużo węglowodanów, żeby nie paść na trasie (tutaj wjechała klasyka, tj. żelki, ciasto z domu itd.). Oczywiście wziąłem buty za kostkę, które miałem już zachodzone. Spakowałem sobie też dwie pary skarpet na zmianę, żeby móc założyć suche po przejściu 20/30 km.

Wybrałem sprawdzoną trasę, którą robiłem pieszo i rowerem na wszystkie możliwe sposoby. Poza sezonem w rejonie Półwyspu Helskiego jest pusto i spokojnie, więc można bezproblemowo maszerować lub jechać rowerem. Wstałem przed 5, żeby ok. 6:30 wsiąść w pociąg z Gdańska Głównego i chwilę po 8 wylądować w Chałupach. Pogoda była przepiękna. Bezchmurne niebo, słońce, brak wiatru. Jedynym problemem był mróz. Temperatury tego dnia wahały się w okolicach -8/-4. Mimo tego, nie narzekałem. Od dawna chciałem doświadczyć dnia pełnego słońca i spędzić go w całości na powietrzu, więc starałem się cieszyć każdą chwilą słońca. To też pomagało mi w przejściu całego dystansu.

Kontynuując wątek warunków początkowych, wystąpił jeden zasadniczy problem. Całe wigilijne przedpołudnie przerzucałem ciężkie kartony i łaziłem non-stop, aż do spotkania z rodziną, przez co nie byłem w stanie wypocząć przed trasą. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że rodzina jest jedna i muszą być pewne priorytety ponad indywidualnymi fanaberiami.

Sama trasa szła mi przez długi czas bardzo dobrze. Po kilkunastu kilometrach zacząłem odczuwać lewy mięsień piszczelowy tylny. Było to do przewidzenia, ponieważ to właśnie on najbardziej mi osłabł przez wspomnianą wcześniej kontuzję. Nie był to jednak alarmujący ból, który by mnie zmusił do porzucenia marszu. Wszystko było pod kontrolą. Po prostu zwalniałem tempo marszu, gdy wchodziłem pod strome podejścia i gdy musiałem schodzić z góry. Na tej trasie nie ma może jakichś Himalajów, ale na odcinku Władysławowo - Osłonino trochę mniejszych górek jest.

Starałem się trzymać tempo na poziomie 5,5 km/h. Nie za szybkie, ale też i nie za wolne, żeby organizm mi się zbytnio nie schłodził. Postoje robiłem przede wszystkim przez konieczność zwiększenia wilgotności terenu. Przy tak niskiej temperaturze organizm się słabo poci, przez co całe ciepło oddaje z moczem.
Tu jest też cały pies pogrzebany - kurewsko łatwo jest się odwodnić na mrozie. Nawet łatwiej niż w upale, ponieważ nie czuje się tak bardzo pragnienia. W sumie cała ta trasa była moją nieustanną walką z koniecznością nawadniania się. Mój organizm po prostu nie chciał przyjmować tylu płynów ile powinien. Podobnie było z żarciem. Pod koniec już na chama wrzucałem sobie żelki do ust, żeby cokolwiek trafiało do mojego żołądka. Mimo to, starałem się raz na godzinę stanąć i coś przegryźć podczas postoju i zapić gorącą herbatą. Nie stawałem na dłużej niż 10 minut, żeby nie tracić temperatury.

Pierwsze problemy typowo zmęczeniowe dopadły mnie już po zachodzie słońca, gdy miałem w nogach ok. 35 km, jeśli dobrze pamiętam. Było to bezpośrednio skorelowane ze spadkiem temperatury powietrza, a także z koniecznością "wspinaczki" pod Kępę Oksywską. Nie ma tam jakiegoś gigantycznego przewyższenia czy wielkiej stromizny, ale nawet drobna stromizna potrafi dać w kość, mając taki dystans za sobą. Przyznam też, że odcinek Kosakowo - Gdynia Główna był dla mnie mordęgą. Szedłem wzdłuż ruchliwych ulic, gdzie był hałas i już nie było tak przyjemnie. Irytujące też były przejścia dla pieszych. Stanie na światłach mnie strasznie wybijało z rytmu na tym etapie. Na koniec też mi spadło tempo. Zmęczenie po 40 kilometrze było znacznie odczuwalne. W tym momencie czułem mięśnie piszczelowe w obu nogach, "czwórki", biodra, ale i brzuch oraz plecy.

Całość skończyłem na stacji Gdynia Główna, z której zjechałem SKMką do Gdańska. Problematyczne było przejście ok. kilometra po wyjściu z pociągu do domu. Biodra mi kompletnie zespawało. :beczka:

Dzisiaj czuję się dobrze. Zmęczony, lecz nie zajechany. Mięśnie mam styrane, ze stawami nie mam żadnych problemów. Warto też dodać, że przebranie skarpet w połowie trasy było gamechangerem. Bardzo dobrze też się sprawdziły buty. Trasę skończyłem z drobnymi bąblami na stopach, które nie były czymś, co znacznie utrudniło mi poruszanie się. Otarć brak.


Po przejściu tej trasy myślę, że w niedalekiej przyszłości będę w stanie przebić się przez barierę 50 kilometrów bez większych problemów. Kluczowy tutaj będzie odpoczynek przed wyjściem. Dzień przed po prostu posiedzę przy książce i się porozciągam, a nie będę przerzucał ciężkich przedmiotów czy robił jakichś intensywnych treningów. Do tego będę dokładniej pilnował nawodnienia. Wczoraj wlałem w siebie ok. 3-4 litry płynów na trasie, co było zdecydowanie zbyt małą ilością jak na taki dystans.

Ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolony. Nie myślałem, że pół roku po cholernie ciężkim urazie nogi będę w stanie przejść ~50 km.
Pojebany.

:conorsalute:
 
No to lecimy z podsumowaniem świątecznego marszu.

Wiedziałem już półtora miesiąca temu, że będę atakował taki dystans, gdy otrzymałem zielone światło od fizjoterapeuty na znaczne zwiększanie obciążeń (pokłosie złamania stawu skokowego 13.06.2025). Od tego momentu wróciłem do intensywnej pracy nad wzmocnieniem nóg, a także nad poprawą mobilności m. in. w biodrach. Skupiłem się też nad tym, by w ciągu każdego tygodnia utrzymywać dzienną średnią liczbę kroków na poziomie nie spadającym poniżej 10k.

Przejdźmy do rzeczy. Po raz pierwszy od paru lat postanowiłem przebić barierę 40 km podczas pojedynczego marszu. Na kilka dni przed przygotowywałem się tak, jak do długodystansowej jazdy rowerem. 2 dni przed zacząłem ładować węglowodany, żeby organizm miał co spalać. Przygotowałem sobie na trasę herbatę w termosach, izotoniki, elektrolity, a także dużo węglowodanów, żeby nie paść na trasie (tutaj wjechała klasyka, tj. żelki, ciasto z domu itd.). Oczywiście wziąłem buty za kostkę, które miałem już zachodzone. Spakowałem sobie też dwie pary skarpet na zmianę, żeby móc założyć suche po przejściu 20/30 km.

Wybrałem sprawdzoną trasę, którą robiłem pieszo i rowerem na wszystkie możliwe sposoby. Poza sezonem w rejonie Półwyspu Helskiego jest pusto i spokojnie, więc można bezproblemowo maszerować lub jechać rowerem. Wstałem przed 5, żeby ok. 6:30 wsiąść w pociąg z Gdańska Głównego i chwilę po 8 wylądować w Chałupach. Pogoda była przepiękna. Bezchmurne niebo, słońce, brak wiatru. Jedynym problemem był mróz. Temperatury tego dnia wahały się w okolicach -8/-4. Mimo tego, nie narzekałem. Od dawna chciałem doświadczyć dnia pełnego słońca i spędzić go w całości na powietrzu, więc starałem się cieszyć każdą chwilą słońca. To też pomagało mi w przejściu całego dystansu.

Kontynuując wątek warunków początkowych, wystąpił jeden zasadniczy problem. Całe wigilijne przedpołudnie przerzucałem ciężkie kartony i łaziłem non-stop, aż do spotkania z rodziną, przez co nie byłem w stanie wypocząć przed trasą. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że rodzina jest jedna i muszą być pewne priorytety ponad indywidualnymi fanaberiami.

Sama trasa szła mi przez długi czas bardzo dobrze. Po kilkunastu kilometrach zacząłem odczuwać lewy mięsień piszczelowy tylny. Było to do przewidzenia, ponieważ to właśnie on najbardziej mi osłabł przez wspomnianą wcześniej kontuzję. Nie był to jednak alarmujący ból, który by mnie zmusił do porzucenia marszu. Wszystko było pod kontrolą. Po prostu zwalniałem tempo marszu, gdy wchodziłem pod strome podejścia i gdy musiałem schodzić z góry. Na tej trasie nie ma może jakichś Himalajów, ale na odcinku Władysławowo - Osłonino trochę mniejszych górek jest.

Starałem się trzymać tempo na poziomie 5,5 km/h. Nie za szybkie, ale też i nie za wolne, żeby organizm mi się zbytnio nie schłodził. Postoje robiłem przede wszystkim przez konieczność zwiększenia wilgotności terenu. Przy tak niskiej temperaturze organizm się słabo poci, przez co całe ciepło oddaje z moczem.
Tu jest też cały pies pogrzebany - kurewsko łatwo jest się odwodnić na mrozie. Nawet łatwiej niż w upale, ponieważ nie czuje się tak bardzo pragnienia. W sumie cała ta trasa była moją nieustanną walką z koniecznością nawadniania się. Mój organizm po prostu nie chciał przyjmować tylu płynów ile powinien. Podobnie było z żarciem. Pod koniec już na chama wrzucałem sobie żelki do ust, żeby cokolwiek trafiało do mojego żołądka. Mimo to, starałem się raz na godzinę stanąć i coś przegryźć podczas postoju i zapić gorącą herbatą. Nie stawałem na dłużej niż 10 minut, żeby nie tracić temperatury.

Pierwsze problemy typowo zmęczeniowe dopadły mnie już po zachodzie słońca, gdy miałem w nogach ok. 35 km, jeśli dobrze pamiętam. Było to bezpośrednio skorelowane ze spadkiem temperatury powietrza, a także z koniecznością "wspinaczki" pod Kępę Oksywską. Nie ma tam jakiegoś gigantycznego przewyższenia czy wielkiej stromizny, ale nawet drobna stromizna potrafi dać w kość, mając taki dystans za sobą. Przyznam też, że odcinek Kosakowo - Gdynia Główna był dla mnie mordęgą. Szedłem wzdłuż ruchliwych ulic, gdzie był hałas i już nie było tak przyjemnie. Irytujące też były przejścia dla pieszych. Stanie na światłach mnie strasznie wybijało z rytmu na tym etapie. Na koniec też mi spadło tempo. Zmęczenie po 40 kilometrze było znacznie odczuwalne. W tym momencie czułem mięśnie piszczelowe w obu nogach, "czwórki", biodra, ale i brzuch oraz plecy.

Całość skończyłem na stacji Gdynia Główna, z której zjechałem SKMką do Gdańska. Problematyczne było przejście ok. kilometra po wyjściu z pociągu do domu. Biodra mi kompletnie zespawało. :beczka:

Dzisiaj czuję się dobrze. Zmęczony, lecz nie zajechany. Mięśnie mam styrane, ze stawami nie mam żadnych problemów. Warto też dodać, że przebranie skarpet w połowie trasy było gamechangerem. Bardzo dobrze też się sprawdziły buty. Trasę skończyłem z drobnymi bąblami na stopach, które nie były czymś, co znacznie utrudniło mi poruszanie się. Otarć brak.


Po przejściu tej trasy myślę, że w niedalekiej przyszłości będę w stanie przebić się przez barierę 50 kilometrów bez większych problemów. Kluczowy tutaj będzie odpoczynek przed wyjściem. Dzień przed po prostu posiedzę przy książce i się porozciągam, a nie będę przerzucał ciężkich przedmiotów czy robił jakichś intensywnych treningów. Do tego będę dokładniej pilnował nawodnienia. Wczoraj wlałem w siebie ok. 3-4 litry płynów na trasie, co było zdecydowanie zbyt małą ilością jak na taki dystans.

Ostatecznie jestem z siebie bardzo zadowolony. Nie myślałem, że pół roku po cholernie ciężkim urazie nogi będę w stanie przejść ~50 km.
Teraz bardzo solidna regeneracja, rozciąganie i suplementacja, dorzuć suple na odbudowę kolagenu. Dobra robota, gratulacje.

Ile czasu zajęło samo chodzenie?
 
Teraz bardzo solidna regeneracja, rozciąganie i suplementacja, dorzuć suple na odbudowę kolagenu. Dobra robota, gratulacje.

Ile czasu zajęło samo chodzenie?
Dałem sobie dzisiaj sporo snu. Najbliższą noc też planuję porządnie przespać. Rozciąganie wjechało, roller również. Czuję się dzisiaj lepiej niż zakładałem. Myślę, że w niedzielę będę już w 100% zregenerowany. Jednak wytrenowany organizm to fajna sprawa.

Samo chodzenie na trasie Chałupy - Gdynia Główna zajęło mi równo 9h.
 
Sezon deszczowy zakończony więc czas na treningi. Pierwszy z nich już za mną. Po kilkumiesięcznej przerwie zrobiłem 14km w 3 godziny.
1772933695368.png


Po dwóch godzinach miałem taki zjazd, że musiałem usiąść na 10 min, bo już centralnie odpływałem.

Wkurwia mnie ciągłe wyciąganie telefonu i sprawdzanie bieżącej lokalizacji oraz w którą stronę powinienem się kierować. Jest to na tyle uciążliwe, że zdecydowałem się na update smartwacha. Od końca 2023 mam Amazfit GTR3 i jestem z niego zadowolony. Dałem wówczas za niego 108 funtów i stosunek ceny do jakości jest genialny. Brakuje w nim jednak podlądu map.
Od tygodnia brałem pod uwagę zakup Garmina Epix 2 gen2 47mm, bo jest w tej chwili na promocji za 370 funtów. Kilka razy prawie go już kupiłem, jednak cena za dodatkowe mapy (wiadomo, że nie tylko, bo zmian jest ogrom, ale mi by wystarczyły mapy w moim obecnym) była zbyt duża. Z perspektywy tych kilku dni jestem zadowolony, że nie dokonałem tego zakupu. Dziś przyjdzie do mnie przesyłka z Amazfit Balance 2 i to właśnie on będzie mnie wspomagał w tegorocznym wyzwaniu 100km na raz.
Oczywiście zamierzam się dzielić swoimi opiniami na temat zegarka więc jak ktoś zainteresowany to zaglądajcie w ten temat od czasu do czasu.
 
1773089889907.png


Tu Szaba z Pułku Żelaznych Stóp. Melduję co następuje:

Po dwóch dniach przerwy zrobiłem dziś kolejne podejście, oczywiście jak zawsze na wyrost. Aktywność wybitnie trudna po kilkumiesięcznej przerwie. W większości ścieżki na przełaj zawalone błotem i sporo podejść. 750m przewyższeń to nie jest ekstremalny wysiłek, ale lekko też nie jest.

753 m / 22.17 km ≈ 34 m przewyższenia na km

1773090492613.png


Jeszcze specjalnie wziałem tylko jedną bułkę z masłem orzechowym, żeby przepalić organizm. Nawet nie było tak źle jeśli chodzi o głód, ale woda skończyła mi się wyjątkowo wcześnie i to jest poważne zaniedbanie z mojej strony.

Szedłem wolnym tempem. Trzeba powoli budować wytrzymałość a trasa też nie pozwalała na szybki marsz. Teraz dwa dni odpoczynku i 20km na względnie płaskim terenie.

A co do zegarka a konkretnie tych funkcji nawigowania to jest taki game changer, że nawet sobie tego tak nie wyobrażałem. Wygenerowałem plik GPX w Alltrails, przeniosłem na zegarek i aktywowałem opcję nawigacji z pliku. Zmieniłem ustawienia map aby nie były sztywno ustawione na północ tylko obracały się w zależności od tego w którym kierunku idę. W zegarku można ustawić różny stopień powiększenia mapy i po stosownych ustawieniach zerkam od czasu do czasu na sikor i widzę w którym kierunku mam podążać. Po zboczeniu z trasy zegarek wysyła alerty i pokazuje o ile metrów oddaliliśmy się od zaplanowanej ścieżki. Już na samym końcu wyprawy dostałem JEDNĄ wiadomość, że za X metrów trzeba będzie skręcić. Nie wiem dlaczego tylko jedna wiadomość, ale w zasadzie są one dla mnie zbędne, bo lubie rzucić okiem na mapę.
Dla osób, które aktywnie chodzą jest to wyjątkowe ułatwienie. Trzeba tylko pamiętać aby wygenerwać sobie wcześniej ścieżkę. Na freestyle nie szedłem, ale marsz i jednoczesne czytanie mapy i orientacja w terenie za bardzo wybijałoby z rytmu.
To jest to czego potrzebowałem.
A, zapomniałem wczoraj napisać o cenie. Dałem 240 funtów na promocji. Jestem mega zadowolony.
 
View attachment 142368

Tu Szaba z Pułku Żelaznych Stóp. Melduję co następuje:

Po dwóch dniach przerwy zrobiłem dziś kolejne podejście, oczywiście jak zawsze na wyrost. Aktywność wybitnie trudna po kilkumiesięcznej przerwie. W większości ścieżki na przełaj zawalone błotem i sporo podejść. 750m przewyższeń to nie jest ekstremalny wysiłek, ale lekko też nie jest.

753 m / 22.17 km ≈ 34 m przewyższenia na km

View attachment 142369

Jeszcze specjalnie wziałem tylko jedną bułkę z masłem orzechowym, żeby przepalić organizm. Nawet nie było tak źle jeśli chodzi o głód, ale woda skończyła mi się wyjątkowo wcześnie i to jest poważne zaniedbanie z mojej strony.

Szedłem wolnym tempem. Trzeba powoli budować wytrzymałość a trasa też nie pozwalała na szybki marsz. Teraz dwa dni odpoczynku i 20km na względnie płaskim terenie.

A co do zegarka a konkretnie tych funkcji nawigowania to jest taki game changer, że nawet sobie tego tak nie wyobrażałem. Wygenerowałem plik GPX w Alltrails, przeniosłem na zegarek i aktywowałem opcję nawigacji z pliku. Zmieniłem ustawienia map aby nie były sztywno ustawione na północ tylko obracały się w zależności od tego w którym kierunku idę. W zegarku można ustawić różny stopień powiększenia mapy i po stosownych ustawieniach zerkam od czasu do czasu na sikor i widzę w którym kierunku mam podążać. Po zboczeniu z trasy zegarek wysyła alerty i pokazuje o ile metrów oddaliliśmy się od zaplanowanej ścieżki. Już na samym końcu wyprawy dostałem JEDNĄ wiadomość, że za X metrów trzeba będzie skręcić. Nie wiem dlaczego tylko jedna wiadomość, ale w zasadzie są one dla mnie zbędne, bo lubie rzucić okiem na mapę.
Dla osób, które aktywnie chodzą jest to wyjątkowe ułatwienie. Trzeba tylko pamiętać aby wygenerwać sobie wcześniej ścieżkę. Na freestyle nie szedłem, ale marsz i jednoczesne czytanie mapy i orientacja w terenie za bardzo wybijałoby z rytmu.
To jest to czego potrzebowałem.
A, zapomniałem wczoraj napisać o cenie. Dałem 240 funtów na promocji. Jestem mega zadowolony.
To co piszesz to robi wrażenie jak na taki smartwach w tej cenie. Ja mam garmin instinct 2 i jestem z niego zadowolony bateria miesiąc GPS jest z tym, że brak map i tego mi brakuje. Mogę iść tylko po kropkach. Będę planował coś zmienić kiedyś właśnie żeby były mapy. Powiedz tam samo nic się nie klika przez przypadek? W wodzie jak się zachowuje? Preferuje zegarek z funkcją smart niż smartwach, ale uwzględnić cenę i funkcje to mogę się przełamać. Działa to wszytko bez telefonu czy trzeba mieć ciągle internet włączony.? Ja za swój garmin dałem 800 zł ale jak patrzę ceny sprzętu po 3 tyś. no tyle to nigdy nie dam a tu 1200zl to cena bardzo dobra.
 
To co piszesz to robi wrażenie jak na taki smartwach w tej cenie. Ja mam garmin instinct 2 i jestem z niego zadowolony bateria miesiąc GPS jest z tym, że brak map i tego mi brakuje. Mogę iść tylko po kropkach. Będę planował coś zmienić kiedyś właśnie żeby były mapy. Powiedz tam samo nic się nie klika przez przypadek? W wodzie jak się zachowuje? Preferuje zegarek z funkcją smart niż smartwach, ale uwzględnić cenę i funkcje to mogę się przełamać. Działa to wszytko bez telefonu czy trzeba mieć ciągle internet włączony.? Ja za swój garmin dałem 800 zł ale jak patrzę ceny sprzętu po 3 tyś. no tyle to nigdy nie dam a tu 1200zl to cena bardzo dobra.

Dziś jest dopiero pierwszy dzień w którym z niego korzystam, więc ciężko mi się wypowiedzieć. Nic mi się samo nie klikało.
Mapy mam ściągnięte bezpośrednio na zegarek więc w tym przypadku internet nie jest potrzebny. Do wszystkich innych funkcji potrzebujesz mieć aktywne połączenie zegarka z telefonem przez bluetooth.
- aktualizacja pogody
-wykonywanie i odbieranie połączeń telefonicznych. W tym przypadku w tle musi cały czas być włączona aplikacja ZEPP
- transfer danych z marszu do telefonu

Chyba jedynym przypadkiem w którym byś potrzebował internet z telefonu to gdybyś chciał korzystać z aplikacji Zepp Flow. Jest to takie AI. Możesz zapytać o coś i dostaniesz odpowiedź na zegarek, ale tu już potrzebujesz jakieś minimalne ilości danych z internetu.
Nie mam pojęcia jak zachowuje się w wodzie. Więc tu Ci nie pomogę. Tylko takie coś na szybko znalazłem


Na te 6 godzin marszu z GPS ustawionym na jak największą dokładność i przy dość częstym zerkaniu na mapy, baterie mam teraz 80%. Odbyłem też jedną kilkuminutową rozmowe przez zegarek żeby przetestować jakość.
 
Dziś jest dopiero pierwszy dzień w którym z niego korzystam, więc ciężko mi się wypowiedzieć. Nic mi się samo nie klikało.
Mapy mam ściągnięte bezpośrednio na zegarek więc w tym przypadku internet nie jest potrzebny. Do wszystkich innych funkcji potrzebujesz mieć aktywne połączenie zegarka z telefonem przez bluetooth.
- aktualizacja pogody
-wykonywanie i odbieranie połączeń telefonicznych. W tym przypadku w tle musi cały czas być włączona aplikacja ZEPP
- transfer danych z marszu do telefonu

Chyba jedynym przypadkiem w którym byś potrzebował internet z telefonu to gdybyś chciał korzystać z aplikacji Zepp Flow. Jest to takie AI. Możesz zapytać o coś i dostaniesz odpowiedź na zegarek, ale tu już potrzebujesz jakieś minimalne ilości danych z internetu.
Nie mam pojęcia jak zachowuje się w wodzie. Więc tu Ci nie pomogę. Tylko takie coś na szybko znalazłem


Na te 6 godzin marszu z GPS ustawionym na jak największą dokładność i przy dość częstym zerkaniu na mapy, baterie mam teraz 80%. Odbyłem też jedną kilkuminutową rozmowe przez zegarek żeby przetestować jakość.

Dzięki, popatrzę też jakieś recenzje a YT
 
elo (2)fg.png



BUAHAHAHAHAHAH dobra klikbejtowa miniatura? To co? Zaczynam kariere jutubera hahahahah

Nigdy nie byłem tak zajechany jak wczoraj. Przemieliło mnie do spodu.

Wstałem rano sprawdziłem pogodę i postanowiłem wyruszyć o pustym żołądku, bo: "coś się kupi w sklepie i zje po drodze". Do plecaka pakuję powerbank, lekka kurtkę przeciwwiatrową, termos z litrem herbaty i 2 litry wody do bukłaka. Trasa na zegarku ustawiona - wychodzę.

Po mniej więcej godzinie zbliżam się do sklepu i w tym samym czasie zaczyna bardzo mocno wiać. Piach z ulic i chodników wpada mi do oczu i ust. Być może zakup okularów to całkiem dobry pomysł na przyszłość. Robię zakupy i wracam na trasę. Pół godziny później docieram na małego lasku w którym postanawiam zrobić przerwę na jedzenie. Wieje już tak, że mam problem ze zrobieniem kanapek. Jem, zawijam mandżur i w drogę.
Dosłownie 5 minut później zaczyna padać deszcz. Rano, gdy sprawdzałem pogodę zapowiadali dwa przelotne deszcze. Co prawda trochę później, no ale przynajmniej przejściowe. Profilaktycznie zakładam pokrowiec na plecak, który to pozostanie założony już do końca trasy.
Idę dalej. Wieje coraz mocniej, ale przynajmniej przestało padać. Robie podejście pod sporą górkę na szczycie której oczom moim ukazuje się mało stado takich skurwysynów


sdsddd.png


Gdyby jeszcze była opcja aby je ominąć z bezpiecznej odległości to może bym się zastanawiał. Niestety nie ma takiej opcji a ja omijam krowy i konie szerokim łukiem. Zawracam więc i pierwszy raz tego dnia dość znacząco zbaczam z trasy. Dojście do punktu "za krowami" zajmuje mi kilkadziesiąt minut. Dodając do tego zmarnowany czas samego podejścia pod to stado robi się ponad godzina w plecy i kilka extra kilometrów. Sama trasa jest wymagająca. Dosyć zróżnicowany teren i większość ścieżek przebiegających przez pola pełne błota.
W końcu ponownie znajduję się na zaplanowanej ścieżce. Podjazd pod górkę na szczycie której wita mnie najpierw wiatr o takiej mocy, że momentami mnie cofa, a następnie ściana deszczu. Zanim jeszcze zaczęło padać wyciągam telefon aby sprawdzić pogodę, bo z tego co pamiętam to zapowiadali tylko dwa przelotne deszcze a nie huragan. Oczom moim ukazuje się ostrzeżenie "yellow wind warning". Albo rano tego jakoś nie zauważyłem co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, albo ostrzeżenie zostało wydane dosłownie kilka godzin temu. Dziś jak sprawdzałem informację to wyczytałem, że wiatr osiągał prędkość 55 mil na godzinę i było to odczuwalne.

To nie wiatr jednak był tego dnia moim największym wrogiem ale ściana deszczu. Na sobie miałem dość przewiewne spodnie i kurtkę przeciwwiatrową. Żadne z tych ubrań nie jest wodoodporne co poskutkowało bardzo mocnym przemoczeniem. Po kilkunastu minutach ulewa ustaje a bardzo mocny wiatr podsusza ubrania. Przede mną kolejny szlak na którym pasą się konie z dwoma źrebakami. Po raz kolejny robię obejście i wchodzę do największego lasku jakiego do tej pory tu widziałem. Wiatr wieje bardzo mocno. Kilka metrów przede mną centralnie na lini mojego marszu spada gałąź. Nie jakaś olbrzymia, ale tak na oko z 2-3 kilogramy. Gdyby tak spadła na głowe to na stówę bym to mocno poczuł.
Nie zawracam i idę pośród kołyszących się drzew. Duże i błotniste podejścia skutecznie utrudniają marsz. Pada co chwilę, raz mocniej, raz słabiej.

Wychodzę lasu i chwilę po tym zaczyna już nieustannie napierdalać deszczem. Mam mokre majty, które coraz to mocniej obcierają pachwiny. Buty już też przemokły i czuję, że mam pęcherze. Mówię do siebie, że mam już dość, zerkam na mapę a tu jeszcze kawał drogi do zrobienia. Kolejne kilka górek - przejście przez pole i napis na furtce.


dfg.jpg


Myślę "kurwa to jakiś żart" ale jestem już tak zajechany, że nie ma opcji o kolejnym odwrocie. Decyduję się na przejście. Na szczęscie na polu nie ma żadnego byka (poza mną oczywiście hłe hłe). Mam już dość błota i niepewności. Nadrabiam kolejne kilometry aby dojść do drogi i iść chodnikiem. W końcu docieram do miasteczka i widzę w oddali dworzec autobusowy. Do domu mam jeszcze 2h. Jestem mokry, głodny, zmęczony i jest ciemno. Postanawiam jednak, że jeszcze te dwie godziny dam radę iść... kilka minut później odzyskuję logiczne myślenie i wracam na dworzec. Czekam 20 minut na autobus i wracam do domu. W międzyczasie mam taki zjazd, że myślę, że za chwilę zemdleję. Przeoczam kilka przystanków blisko mojego domu i wysiadam na głównym dworcu. Nie ruszam się już przez kilkadziesiąt minut przez to temperatura ciała spada konkretnie. Na miejscu dosłownie mnie telepie z zimna. Idę jak najszybszym krokiem aby się ogrzać i po kilkunastu minutach jestem w końcu w domu.

Wyruszenie bez śniadania, bo jakoś to będzie było głupotą. Tak samo zresztą jak liczenie na to, że podczas trasy zrobię sobie coś do jedzenia. W domu mam jakieś żele energetyczne, które zawsze powinienem ze są brać w razie czego. Od teraz już zawsze będe miał solidny zapas przy sobie.
Pogoda oraz zwierzęta namieszały w moich planach. Tego akurat nie mogłem przewidzieć, jednak teraz wiem, że należy to również brać pod uwagę i być może nawet trzeba wcześniej zaprojektować sobie z dwie alternatywne drogi.

Ten marsz był trudniejszy niż 63 kilometry, które zrobiłem rok temu. To był test mojej wytrzymałości na chwilę obecną.


hghjghj.jpeg


Długość trasy to 25 kilometrów. Bardzo solidne przewyższenia, co w połączeniu z mocnym wiatrem i deszczem zaowocowało zajechaniem.
Kilka dni odpoczynku i robię 15km na płaskim terenie.
peace
 
Last edited:
View attachment 142563


BUAHAHAHAHAHAH dobra klikbejtowa miniatura? To co? Zaczynam kariere jutubera hahahahah

Nigdy nie byłem tak zajechany jak wczoraj. Przemieliło mnie do spodu.

Wstałem rano sprawdziłem pogodę i postanowiłem wyruszyć o pustym żołądku, bo: "coś się kupi w sklepie i zje po drodze". Do plecaka pakuję powerbank, lekka kurtkę przeciwwiatrową, termos z litrem herbaty i 2 litry wody do bukłaka. Trasa na zegarku ustawiona - wychodzę.

Po mniej więcej godzinie zbliżam się do sklepu i w tym samym czasie zaczyna bardzo mocno wiać. Piach z ulic i chodników wpada mi do oczu i ust. Być może zakup okularów to całkiem dobry pomysł na przyszłość. Robię zakupy i wracam na trasę. Pół godziny później docieram na małego lasku w którym postanawiam zrobić przerwę na jedzenie. Wieje już tak, że mam problem ze zrobieniem kanapek. Jem, zawijam mandżur i w drogę.
Dosłownie 5 minut później zaczyna padać deszcz. Rano, gdy sprawdzałem pogodę zapowiadali dwa przelotne deszcze. Co prawda trochę później, no ale przynajmniej przejściowe. Profilaktycznie zakładam pokrowiec na plecak, który to pozostanie założony już do końca trasy.
Idę dalej. Wieje coraz mocniej, ale przynajmniej przestało padać. Robie podejście pod sporą górkę na szczycie której oczom moim ukazuje się mało stado takich skurwysynów


View attachment 142620

Gdyby jeszcze była opcja aby je ominąć z bezpiecznej odległości to może bym się zastanawiał. Niestety nie ma takiej opcji a ja omijam krowy i konie szerokim łukiem. Zawracam więc i pierwszy raz tego dnia dość znacząco zbaczam z trasy. Dojście do punktu "za krowami" zajmuje mi kilkadziesiąt minut. Dodając do tego zmarnowany czas samego podejścia pod to stado robi się ponad godzina w plecy i kilka extra kilometrów. Sama trasa jest wymagająca. Dosyć zróżnicowany teren i większość ścieżek przebiegających przez pola pełne błota.
W końcu ponownie znajduję się na zaplanowanej ścieżce. Podjazd pod górkę na szczycie której wita mnie najpierw wiatr o takiej mocy, że momentami mnie cofa, a następnie ściana deszczu. Zanim jeszcze zaczęło padać wyciągam telefon aby sprawdzić pogodę, bo z tego co pamiętam to zapowiadali tylko dwa przelotne deszcze a nie huragan. Oczom moim ukazuje się ostrzeżenie "yellow wind warning". Albo rano tego jakoś nie zauważyłem co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, albo ostrzeżenie zostało wydane dosłownie kilka godzin temu. Dziś jak sprawdzałem informację to wyczytałem, że wiatr osiągał prędkość 55 mil na godzinę i było to odczuwalne.

To nie wiatr jednak był tego dnia moim największym wrogiem ale ściana deszczu. Na sobie miałem dość przewiewne spodnie i kurtkę przeciwwiatrową. Żadne z tych ubrań nie jest wodoodporne co poskutkowało bardzo mocnym przemoczeniem. Po kilkunastu minutach ulewa ustaje a bardzo mocny wiatr podsusza ubrania. Przede mną kolejny szlak na którym pasą się konie z dwoma źrebakami. Po raz kolejny robię obejście i wchodzę do największego lasku jakiego do tej pory tu widziałem. Wiatr wieje bardzo mocno. Kilka metrów przede mną centralnie na lini mojego marszu spada gałąź. Nie jakaś olbrzymia, ale tak na oko z 2-3 kilogramy. Gdyby tak spadła na głowe to na stówę bym to mocno poczuł.
Nie zawracam i idę pośród kołyszących się drzew. Duże i błotniste podejścia skutecznie utrudniają marsz. Pada co chwilę, raz mocniej, raz słabiej.

Wychodzę lasu i chwilę po tym zaczyna już nieustannie napierdalać deszczem. Mam mokre majty, które coraz to mocniej obcierają pachwiny. Buty już też przemokły i czuję, że mam pęcherze. Mówię do siebie, że mam już dość, zerkam na mapę a tu jeszcze kawał drogi do zrobienia. Kolejne kilka górek - przejście przez pole i napis na furtce.


View attachment 142622

Myślę "kurwa to jakiś żart" ale jestem już tak zajechany, że nie ma opcji o kolejnym odwrocie. Decyduję się na przejście. Na szczęscie na polu nie ma żadnego byka (poza mną oczywiście hłe hłe). Mam już dość błota i niepewności. Nadrabiam kolejne kilometry aby dojść do drogi i iść chodnikiem. W końcu docieram do miasteczka i widzę w oddali dworzec autobusowy. Do domu mam jeszcze 2h. Jestem mokry, głodny, zmęczony i jest ciemno. Postanawiam jednak, że jeszcze te dwie godziny dam radę iść... kilka minut później odzyskuję logiczne myślenie i wracam na dworzec. Czekam 20 minut na autobus i wracam do domu. W międzyczasie mam taki zjazd, że myślę, że za chwilę zemdleję. Przeoczam kilka przystanków blisko mojego domu i wysiadam na głównym dworcu. Nie ruszam się już przez kilkadziesiąt minut przez to temperatura ciała spada konkretnie. Na miejscu dosłownie mnie telepie z zimna. Idę jak najszybszym krokiem aby się ogrzać i po kilkunastu minutach jestem w końcu w domu.

Wyruszenie bez śniadania, bo jakoś to będzie było głupotą. Tak samo zresztą jak liczenie na to, że podczas trasy zrobię sobie coś do jedzenia. W domu mam jakieś żele energetyczne, które zawsze powinienem ze są brać w razie czego. Od teraz już zawsze będe miał solidny zapas przy sobie.
Pogoda oraz zwierzęta namieszały w moich planach. Tego akurat nie mogłem przewidzieć, jednak teraz wiem, że należy to również brać pod uwagę i być może nawet trzeba wcześniej zaprojektować sobie z dwie alternatywne drogi.

Ten marsz był trudniejszy niż 63 kilometry, które zrobiłem rok temu. To był test mojej wytrzymałości na chwilę obecną.


View attachment 142623

Długość trasy to 25 kilometrów. Bardzo solidne przewyższenia, co w połączeniu z mocnym wiatrem i deszczem zaowocowało zajechaniem.
Kilka dni odpoczynku i robię 15km na płaskim terenie.
peace
Odnośnie tego jedzenia i picia to "a nie mówiłem?" ale wiem, że dawno temu pisałem i możesz nie pamiętać :jarolaugh:
 
View attachment 142563


BUAHAHAHAHAHAH dobra klikbejtowa miniatura? To co? Zaczynam kariere jutubera hahahahah

Nigdy nie byłem tak zajechany jak wczoraj. Przemieliło mnie do spodu.

Wstałem rano sprawdziłem pogodę i postanowiłem wyruszyć o pustym żołądku, bo: "coś się kupi w sklepie i zje po drodze". Do plecaka pakuję powerbank, lekka kurtkę przeciwwiatrową, termos z litrem herbaty i 2 litry wody do bukłaka. Trasa na zegarku ustawiona - wychodzę.

Po mniej więcej godzinie zbliżam się do sklepu i w tym samym czasie zaczyna bardzo mocno wiać. Piach z ulic i chodników wpada mi do oczu i ust. Być może zakup okularów to całkiem dobry pomysł na przyszłość. Robię zakupy i wracam na trasę. Pół godziny później docieram na małego lasku w którym postanawiam zrobić przerwę na jedzenie. Wieje już tak, że mam problem ze zrobieniem kanapek. Jem, zawijam mandżur i w drogę.
Dosłownie 5 minut później zaczyna padać deszcz. Rano, gdy sprawdzałem pogodę zapowiadali dwa przelotne deszcze. Co prawda trochę później, no ale przynajmniej przejściowe. Profilaktycznie zakładam pokrowiec na plecak, który to pozostanie założony już do końca trasy.
Idę dalej. Wieje coraz mocniej, ale przynajmniej przestało padać. Robie podejście pod sporą górkę na szczycie której oczom moim ukazuje się mało stado takich skurwysynów


View attachment 142620

Gdyby jeszcze była opcja aby je ominąć z bezpiecznej odległości to może bym się zastanawiał. Niestety nie ma takiej opcji a ja omijam krowy i konie szerokim łukiem. Zawracam więc i pierwszy raz tego dnia dość znacząco zbaczam z trasy. Dojście do punktu "za krowami" zajmuje mi kilkadziesiąt minut. Dodając do tego zmarnowany czas samego podejścia pod to stado robi się ponad godzina w plecy i kilka extra kilometrów. Sama trasa jest wymagająca. Dosyć zróżnicowany teren i większość ścieżek przebiegających przez pola pełne błota.
W końcu ponownie znajduję się na zaplanowanej ścieżce. Podjazd pod górkę na szczycie której wita mnie najpierw wiatr o takiej mocy, że momentami mnie cofa, a następnie ściana deszczu. Zanim jeszcze zaczęło padać wyciągam telefon aby sprawdzić pogodę, bo z tego co pamiętam to zapowiadali tylko dwa przelotne deszcze a nie huragan. Oczom moim ukazuje się ostrzeżenie "yellow wind warning". Albo rano tego jakoś nie zauważyłem co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, albo ostrzeżenie zostało wydane dosłownie kilka godzin temu. Dziś jak sprawdzałem informację to wyczytałem, że wiatr osiągał prędkość 55 mil na godzinę i było to odczuwalne.

To nie wiatr jednak był tego dnia moim największym wrogiem ale ściana deszczu. Na sobie miałem dość przewiewne spodnie i kurtkę przeciwwiatrową. Żadne z tych ubrań nie jest wodoodporne co poskutkowało bardzo mocnym przemoczeniem. Po kilkunastu minutach ulewa ustaje a bardzo mocny wiatr podsusza ubrania. Przede mną kolejny szlak na którym pasą się konie z dwoma źrebakami. Po raz kolejny robię obejście i wchodzę do największego lasku jakiego do tej pory tu widziałem. Wiatr wieje bardzo mocno. Kilka metrów przede mną centralnie na lini mojego marszu spada gałąź. Nie jakaś olbrzymia, ale tak na oko z 2-3 kilogramy. Gdyby tak spadła na głowe to na stówę bym to mocno poczuł.
Nie zawracam i idę pośród kołyszących się drzew. Duże i błotniste podejścia skutecznie utrudniają marsz. Pada co chwilę, raz mocniej, raz słabiej.

Wychodzę lasu i chwilę po tym zaczyna już nieustannie napierdalać deszczem. Mam mokre majty, które coraz to mocniej obcierają pachwiny. Buty już też przemokły i czuję, że mam pęcherze. Mówię do siebie, że mam już dość, zerkam na mapę a tu jeszcze kawał drogi do zrobienia. Kolejne kilka górek - przejście przez pole i napis na furtce.


View attachment 142622

Myślę "kurwa to jakiś żart" ale jestem już tak zajechany, że nie ma opcji o kolejnym odwrocie. Decyduję się na przejście. Na szczęscie na polu nie ma żadnego byka (poza mną oczywiście hłe hłe). Mam już dość błota i niepewności. Nadrabiam kolejne kilometry aby dojść do drogi i iść chodnikiem. W końcu docieram do miasteczka i widzę w oddali dworzec autobusowy. Do domu mam jeszcze 2h. Jestem mokry, głodny, zmęczony i jest ciemno. Postanawiam jednak, że jeszcze te dwie godziny dam radę iść... kilka minut później odzyskuję logiczne myślenie i wracam na dworzec. Czekam 20 minut na autobus i wracam do domu. W międzyczasie mam taki zjazd, że myślę, że za chwilę zemdleję. Przeoczam kilka przystanków blisko mojego domu i wysiadam na głównym dworcu. Nie ruszam się już przez kilkadziesiąt minut przez to temperatura ciała spada konkretnie. Na miejscu dosłownie mnie telepie z zimna. Idę jak najszybszym krokiem aby się ogrzać i po kilkunastu minutach jestem w końcu w domu.

Wyruszenie bez śniadania, bo jakoś to będzie było głupotą. Tak samo zresztą jak liczenie na to, że podczas trasy zrobię sobie coś do jedzenia. W domu mam jakieś żele energetyczne, które zawsze powinienem ze są brać w razie czego. Od teraz już zawsze będe miał solidny zapas przy sobie.
Pogoda oraz zwierzęta namieszały w moich planach. Tego akurat nie mogłem przewidzieć, jednak teraz wiem, że należy to również brać pod uwagę i być może nawet trzeba wcześniej zaprojektować sobie z dwie alternatywne drogi.

Ten marsz był trudniejszy niż 63 kilometry, które zrobiłem rok temu. To był test mojej wytrzymałości na chwilę obecną.


View attachment 142623

Długość trasy to 25 kilometrów. Bardzo solidne przewyższenia, co w połączeniu z mocnym wiatrem i deszczem zaowocowało zajechaniem.
Kilka dni odpoczynku i robię 15km na płaskim terenie.
peace
Gratuluję wyniku w ciężkich warunkach! :applause:
Zrób sobie porządną regenerację po takiej akcji.
Czy robiłeś ładowanie węglowodanami 48h przed startem? To potrafi znacząco pomóc w takim wysiłku.
 
Gratuluję wyniku w ciężkich warunkach! :applause:
Zrób sobie porządną regenerację po takiej akcji.
Czy robiłeś ładowanie węglowodanami 48h przed startem? To potrafi znacząco pomóc w takim wysiłku.
Dzięki. Nie ładowałem się węglami. Chciałem spróbować jak wypadnie marsz z ograniczonym jedzeniem. W sumie to od kilku dni jem dużo mniej aby pobudzić spalanie tkanki tłuszczowej. Nie wiem na ile ma to przełożenie w rzeczywistości, ale pomyślałem, że jak będę na deficycie kalorycznym to siłą rzeczy organizm zacznie pobierać energię z tłuszczu. Czy tak jest nie wiem, ale zdecydowanie na aż tak duży wysiłek nie będę już szedł na glodniaka. A na dłuższe marsze zdecydowanie spróbuję tego ładowania przed, bo też wyczytałem, że jest to polecane.
 
Dzięki. Nie ładowałem się węglami. Chciałem spróbować jak wypadnie marsz z ograniczonym jedzeniem. W sumie to od kilku dni jem dużo mniej aby pobudzić spalanie tkanki tłuszczowej. Nie wiem na ile ma to przełożenie w rzeczywistości, ale pomyślałem, że jak będę na deficycie kalorycznym to siłą rzeczy organizm zacznie pobierać energię z tłuszczu. Czy tak jest nie wiem, ale zdecydowanie na aż tak duży wysiłek nie będę już szedł na glodniaka. A na dłuższe marsze zdecydowanie spróbuję tego ładowania przed, bo też wyczytałem, że jest to polecane.
Niestety w sportach wytrzymałościowych odpowiednie jedzenie, nawodnienie i uzupełnianie węgli są absolutnie kluczowe. Tak samo zwykła woda potrafi wpływać niekorzystnie podczas wielogodzinnego wysiłku, ponieważ rozrzedza elektrolity i przyspiesza pojawienie się tzw. "bomby".
Ja ostatnio spartoliłem nawodnienie na zwykłej 100-kilometrówce rowerem, przez co dostałem głupiego i niepotrzebnego kryzysu wytrzymałościowego w okolicach 90 kilometra. Po prostu w pewnym momencie przestałem pilnować cyklicznego uzupełniania elektrolitów i jeb - zaczynam siadać na samej końcówce. Weszły tylko 2L płynów z planowanych 3L i efekt się pojawił natychmiastowo.
 
apdejty

sdsddad.jpeg


Najpierw zrobiłem 3.6km w drodze do sklepu a następnie dość spokojnym tempem pękło 18.6. Pogoda dopisała, teren też w miarę płaski co przełożyło się na fajny marsz.
Jakiś czas temu kupiłem, bokserki aby zapobiegać obtarciom, ale zakup okazał się nietrafiony. Trochę olałem temat i te 18km zrobiłem na bawełnianej bieliźnie. Jaja się pocą, bielizna nasiąka co skutkuje obtarciami pachwin, które nie dość, że wolno się goją to powodują ogromny dyskomfort. Dziś kupiłem trzy pary Danish Endurance z długimi nogawkami. Mam nadzieję, że te już sprawdzą się na trasie.
Następnie będę się rozglądał za drugą parą spodni i co najważniejsze - butów. Wybiorę się do pobliskiego miasta i odwiedzę sklep z butami dla biegaczy i tam będę polował na coś odpowiedniego.

Dziś, a w zasadzie to już wczoraj zrobiłem te 6km na maksymalnym tempie. Suma przewyższeń 111 metrów, godzina i trzy minuty. Spociłem się dość mocno.

W dalszej perspektywie zakładam zrzucenie wagi. Mam 103kg teraz i chciałbym zjechać do tych 95.

Aha i jeszcze kupiłem taki masażer
dfsdfw322.png


Używam codziennie. Bardzo fajnie rozbija mięśnie. Dałem 20 funtów
nara
 
Fajny pomysł, coś takiego naprawdę motywuje do ruszenia się z domu. Ja też chętnie dołączę, bo lubię chodzić, a jak jest jakaś „rywalizacja”, to od razu chce się więcej. Na start u mnie bez szału, ale zawsze coś:


Dziś zrobione: 6 km
Ogólnie przebyte: 6 km


Myślę, że warto też dopisywać, gdzie się chodziło, bo czasem można się zainspirować trasami innych. No i fajnie byłoby robić jakieś małe podsumowania co tydzień, żeby zobaczyć progres. Zobaczymy, jak to się rozkręci, ale zapowiada się całkiem spoko inicjatywa.
 
Fajny pomysł, coś takiego naprawdę motywuje do ruszenia się z domu. Ja też chętnie dołączę, bo lubię chodzić, a jak jest jakaś „rywalizacja”, to od razu chce się więcej. Na start u mnie bez szału, ale zawsze coś:


Dziś zrobione: 6 km
Ogólnie przebyte: 6 km


Myślę, że warto też dopisywać, gdzie się chodziło, bo czasem można się zainspirować trasami innych. No ice casino pl https://icecasino.kongres-sbn.pl/ i fajnie byłoby robić jakieś małe podsumowania co tydzień, żeby zobaczyć progres. Zobaczymy, jak to się rozkręci, ale zapowiada się całkiem spoko inicjatywa.
Dobry start, 6 km to wcale nie jest mało, szczególnie na początek. Też mi się podoba pomysł z dopisywaniem tras, bo można odkryć nowe miejsca i trochę urozmaicić chodzenie, a nie kręcić się ciągle w kółko.
U mnie dziś trochę więcej, bo miałem czas się przejść dłużej:
Dziś zrobione: 9 km
Ogólnie przebyte: 9 km
Fajnie byłoby faktycznie robić jakieś tygodniowe podsumowania, bo wtedy lepiej widać progres i łatwiej się zmotywować. Zobaczymy, jak inni się wkręcą, ale zapowiada się całkiem przyjemna rywalizacja.
 
Jak dobrac buty mam 43 numer wysokie podbicie i szeroka stope ?Na razie mam zamiar chodzic po płaskim
 
Fajny pomysł, coś takiego naprawdę motywuje do ruszenia się z domu. Ja też chętnie dołączę, bo lubię chodzić, a jak jest jakaś „rywalizacja”, to od razu chce się więcej. Na start u mnie bez szału, ale zawsze coś:


Dziś zrobione: 6 km
Ogólnie przebyte: 6 km


Myślę, że warto też dopisywać, gdzie się chodziło, bo czasem można się zainspirować trasami innych. No i fajnie byłoby robić jakieś małe podsumowania co tydzień, żeby zobaczyć progres. Zobaczymy, jak to się rozkręci, ale zapowiada się całkiem spoko inicjatywa.
Dobry start, 6 km to wcale nie jest mało, szczególnie na początek. Też mi się podoba pomysł z dopisywaniem tras, bo można odkryć nowe miejsca i trochę urozmaicić chodzenie, a nie kręcić się ciągle w kółko.
U mnie dziś trochę więcej, bo miałem czas się przejść dłużej:
Dziś zrobione: 9 km
Ogólnie przebyte: 9 km
Fajnie byłoby faktycznie robić jakieś tygodniowe podsumowania, bo wtedy lepiej widać progres i łatwiej się zmotywować. Zobaczymy, jak inni się wkręcą, ale zapowiada się całkiem przyjemna rywalizacja.
nie przelogowałeś się :siara:
 
Fajny pomysł, coś takiego naprawdę motywuje do ruszenia się z domu. Ja też chętnie dołączę, bo lubię chodzić, a jak jest jakaś „rywalizacja”, to od razu chce się więcej. Na start u mnie bez szału, ale zawsze coś:


Dziś zrobione: 6 km
Ogólnie przebyte: 6 km


Myślę, że warto też dopisywać, gdzie się chodziło, bo czasem można się zainspirować trasami innych. No i fajnie byłoby robić jakieś małe podsumowania co tydzień, żeby zobaczyć progres. Zobaczymy, jak to się rozkręci, ale zapowiada się całkiem spoko inicjatywa.

Dobry start, 6 km to wcale nie jest mało, szczególnie na początek. Też mi się podoba pomysł z dopisywaniem tras, bo można odkryć nowe miejsca i trochę urozmaicić chodzenie, a nie kręcić się ciągle w kółko.
U mnie dziś trochę więcej, bo miałem czas się przejść dłużej:
Dziś zrobione: 9 km
Ogólnie przebyte: 9 km
Fajnie byłoby faktycznie robić jakieś tygodniowe podsumowania, bo wtedy lepiej widać progres i łatwiej się zmotywować. Zobaczymy, jak inni się wkręcą, ale zapowiada się całkiem przyjemna rywalizacja.

nie przelogowałeś się :siara:
:juanlaugh:
 
WhatsApp Image 2026-03-26 at 18.58.51 (1).jpeg


Bardzo fajny marsz. Zadziwiająco dobre tempo biorąc pod uwagę, że jakoś specjalnie się nie spieszyłem. Mało przewyższeń, ale spora część trasy zrobiona na chodnikach.
Spodenki zdały egzamin chociaż kilka razy łapały mi włosy z nóg. Nic nie przebija spodenek 5.11 które kupiłem z dekadę temu i które cały czas są w perfekcyjnym stanie, pewnie dlatego, że korzystam z nich tylko podczas długich marszów.
Mega pozytywne zaskoczenie skarpetami z Aliexpress. Chyba faktycznie wykonane są z wełny merino, bo komfort chodzenia był na innym poziomie. Zero trzymania wilgoci przez całe 5 godzin.
Nie czuję zmęczenia więc 28 kolejna wyprawa, bo muszę zrobić pewien challenge w tym miesiącu a dni coraz mniej.
Pozdro

edit: Mam nadzieję, że przez te kilka miesięcy spadnie mi trochę waga, bo czuję, że mnie to ogranicza lekko. Mam 104kg. Pewnie dodatkowe 4-5 to ubrania plecak i woda. Chciałbym zrobić jakieś 93 kilosy.
 
View attachment 143506

Bardzo fajny marsz. Zadziwiająco dobre tempo biorąc pod uwagę, że jakoś specjalnie się nie spieszyłem. Mało przewyższeń, ale spora część trasy zrobiona na chodnikach.
Spodenki zdały egzamin chociaż kilka razy łapały mi włosy z nóg. Nic nie przebija spodenek 5.11 które kupiłem z dekadę temu i które cały czas są w perfekcyjnym stanie, pewnie dlatego, że korzystam z nich tylko podczas długich marszów.
Mega pozytywne zaskoczenie skarpetami z Aliexpress. Chyba faktycznie wykonane są z wełny merino, bo komfort chodzenia był na innym poziomie. Zero trzymania wilgoci przez całe 5 godzin.
Nie czuję zmęczenia więc 28 kolejna wyprawa, bo muszę zrobić pewien challenge w tym miesiącu a dni coraz mniej.
Pozdro

edit: Mam nadzieję, że przez te kilka miesięcy spadnie mi trochę waga, bo czuję, że mnie to ogranicza lekko. Mam 104kg. Pewnie dodatkowe 4-5 to ubrania plecak i woda. Chciałbym zrobić jakieś 93 kilosy.
Planki, dużo wody, do tego ogranicz węgle i ładuj je w większych ilościach tylko przed marszami. Sprawdź sobie w necie/sklepach styl fast&light, jest sporo ciuchów i sprzętu specjalnie pod to, zwłaszcza górskiego. Można obniżyć ilość kg do niewielkiej ilości. Btw zważ ile nosisz na sobie, zdziwisz się. Pamiętaj że zrzucanie kg to nie więcej niż 4kg/mc, Inaczej atakuje Efekt jojo. Robiąc je po minucie czy dwóch dziennie i pilnując michy, zrzucisz taką ilość kg w około 2-3 miesiące.
 
Planki, dużo wody, do tego ogranicz węgle i ładuj je w większych ilościach tylko przed marszami. Sprawdź sobie w necie/sklepach styl fast&light, jest sporo ciuchów i sprzętu specjalnie pod to, zwłaszcza górskiego. Można obniżyć ilość kg do niewielkiej ilości. Btw zważ ile nosisz na sobie, zdziwisz się. Pamiętaj że zrzucanie kg to nie więcej niż 4kg/mc, Inaczej atakuje Efekt jojo. Robiąc je po minucie czy dwóch dziennie i pilnując michy, zrzucisz taką ilość kg w około 2-3 miesiące.
Chujowszej rady dietetycznej dawno nie czytałem. Pozdrawiam.
 
Planki, dużo wody, do tego ogranicz węgle i ładuj je w większych ilościach tylko przed marszami. Sprawdź sobie w necie/sklepach styl fast&light, jest sporo ciuchów i sprzętu specjalnie pod to, zwłaszcza górskiego. Można obniżyć ilość kg do niewielkiej ilości. Btw zważ ile nosisz na sobie, zdziwisz się. Pamiętaj że zrzucanie kg to nie więcej niż 4kg/mc, Inaczej atakuje Efekt jojo. Robiąc je po minucie czy dwóch dziennie i pilnując michy, zrzucisz taką ilość kg w około 2-3 miesiące.
Jak jestes gruba swinia taka na prawde dojebana smalcem to mozna nawet 20 kilo schudnac w miecha. Znam takie osoby, sam jak zmienilem robote gdzie musialem duzo chodzic schudlem ze 130 na 110 w miech. Byłem w chuj mlodszy a jak jeszcze wrocilem do fajek to poł roku i wazylem 85. Bez zadnych diet itp. choc ja jak pale to moge nie jesc plus pilem duzo czerwonej herbaty. Samo chodzenie styknie bo nakreci metabolizm reszta to juz tylko wzmocnienie miesni. Żeby mi sie chcialo tak jak kiedys :P Ale wroce bo kiedys lubiłem duzo chodzic.
 
Back
Top