Ogarnąłem wreszcie Splinter Cell: Blacklist. Wszystko full na poziomie perfekcjonista (oprócz misji 4E, bo do nich konieczna jest kooperacja a nie lubię grać przez sieć, chyba że ze znajomymi). Ale tyle szpanu, teraz do rzeczy;)
Co do samej gry: więcej, ładniej, lepiej - to tak w skrócie. Nie spodziewałem się rewolucji, i rzeczywiście takowej nie ma. Już jakiś czas temu pisałem, że może się zdarzyć, że mechanika gry będzie cały czas lepsza w leciwym już MGS4. I faktycznie tak jest! Gra daje nam niby kilka sposobów przejścia etapu, ale w bardzo małym zakresie, podczas gdy w pozycji Kojimy miejscami (miejscami, bo przez sporą część gry podąża się również • korytarzami • ) można zaznać całkiem dużo otwartego świata. Tu tego nie ma - a szkoda.
W zasadzie jestem wielkim fanem całej serii, więc nie ma rzeczy, które by mnie jakoś zawiodły - nawet przejście gry w • trybie szturmowca • było do zaakceptowania, choć z wiadomym grymasem zniesmaczenia na twarzy;) Choć gdy się bardziej sprawię przyjrzeć, to jedna rzecz mnie rozczarowała. Zbyt duża ilość • akrobacji • kiedy chcemy przejść grę jako duch. Zamiast rozwiązać to fajnie, że gracz musi namęczyć się, lawirując między strażnikami i czekając na odpowiedni moment by przemknąć się niezauważonym - co występuje w grze również - w wielu miejscach można ominąć strażników zapierniczając przez połowę misji po gzymsie lub podczepionym na rurze u sufitu - nie tędy droga. Co to jest, komandos czy jakiś Prince of Persia?
Wykonanie super, akcje Fishera z karambitowym nożem - poezja. Aż miło patrzeć jak krew tryska. • Killing in motion • także na duży plus, fajne motywy, choć mogłoby być ich nieco więcej rodzajów. Wybór wyposażenia do każdej misji na plus - nie jakiś duży, ale sympatyczny.
Aha, największy zonk gry a prawie bym o nim zapomniał! - postać Fishera. Żeby tak zbezcześcić jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci świata gier, to trzeba być specem! Już nawet pal licho, że zrezygnowano z fantastycznego Michaela Ironside • a - nowy aktor nie jest najgorszy. Ale żeby lekko siwiejącego agenta, kolesia w sile wieku, z bagażem doświadczeń - balansującego na granicy emerytury, zamienić na • mr. nobody • ? - bo tak teraz wygląda Fisher, jak chłopek z reklamy mydła. Niby twardy, niby wszystko w porządku ale dziesięć minut po odłożeniu gry na półkę nie pamiętasz jego twarzy. Duży minus.
Podsumowując grało mi się super, w prywatnej oceniaczce daję 9 - choć jedno oczko w górę dodaję z automatu, bo to Splinter Cell;) Teraz nieco przerwy i zakupię The Last of Us • a potem już tylko MGS5 - i tu spodziewam się rewolucji, i to niemałej!