Że mimo masy urazów, genetycznych schorzeń które mam to główną przyczyną nieszczęścia jestem ja sam. Nieważne jak bardzo bym się starał, nie dość że los nie dał mi dużo szczęścia do wyboru, to jak mam ten wybór i mogę wybrać dobrze, to jednak zrobię "uczciwie" i sam zasabotuje swoje szczęście. Dosłownie nie znam większego niedojeba niż ja i mój mózg. Mam nieustannie dość sam siebie, jestem jednocześnie maszyną napędzającą do robienia wszystkiego i zapierdalającą, a jednocześnie sabotującą jakąkolwiek pracę. Nawet nie wiem jak to wytłumaczyć i to już mnie dodatkowo wkurwia, bo raz przeczytałem to co pisze i to jest kompletnie bez sensu i nie wytłumaczyłem nic, a nic o co mi chodzi, bo też mógłbym pisać elaboraty na każdy temat, a jednocześnie jak jakieś jebane dziecko tiktoka gubię myśl po dwóch pełnych zdaniach. I tak było od zawsze, od kiedy pamiętam, a to były czasy kiedy Małysz skakał w Predazzo, a nie powstał tiktok. I znowu się spowiadam, ja pierdolę... Jebać mnie, chciałbym to napisać w sposób depresyjny i samokrytyczny, ale pisząc to odruchowo widzę wszystkie gify z pudzianem w głowie. KURWAAAAA!!!.