Uzależnienia #bezhashtagaaleprawiezy

Waporyzator – co to jest i dlaczego powinieneś go mieć!

Aromaterapia to sprawdzony od dziesiątek lat sposób na walkę z wieloma dolegliwościami. Działa łagodnie i jest bezpieczna. I choć wielu z nas kojarzy się z babcinymi metodami, to doświadczenia kolejnych pokoleń pokazują, że mało który alternatywny sposób leczenia, czy relaksacji może jej dorównać skutecznością. Dziś dzięki waporyzacji korzystanie z ziół staje jeszcze zdrowsze, dyskretniejsze i bardziej oszczędne. Sprawdźmy, co to jest waporyzator, jak działa i dlaczego koniecznie trzeba go kupić?
Aromaterapia to prosty i niedrogi sposób na poprawę samopoczucia i nastroju. Wiele osób korzystających z tej formy ziołolecznictwa zauważa również konkretne korzyści dla zdrowia. W ostatnich latach pojawiała się na rynku oferta urządzeń, które pozwalają na znacznie efektywniejsze czerpanie energii z ziół zarówno w celach leczniczych, jak i relaksacyjnych. Mowa o waporyzatorach (vaporizerach), których efektywności nie da się porównać z żadnym dotychczas znanym sposobem używania ziół. Zarówno tradycyjne palenie, parzone napary, czy nalewki z ziół nie zapewniają tylu tak wyraźnych doznań jak vaporizer.

Waporyzator – jak się go używa?

Podczas palenia przy pomocy vaporizera zioła ulegają waporyzacji, czyli procesowi, w którym do pary przedostają się wszystkie aktywne substancje zawarte w ziołach. W trakcie palenia nie dochodzi jednak do zapłonu. Nie ma więc dymu, substancji smolistych, popiołu. Ma to oczywiście konkretny wymiar oszczędnościowy – dzięki braku samoistnego spalania waporyzacja jest dużo ekonomiczniejsza, niż tradycyjne palenie. Szczególnie, jeśli wykorzystamy pozostałości ziół w domowych wypiekach. Ponieważ zioła nie są spalane, smak użytej mieszanki nie jest w najmniejszym stopniu zakłócony. Wręcz przeciwnie. Uzyskana w taki sposób para jest łagodna, przyjemna i nie drażni gardła. Waporyzatory to 100% przyjemności i pełnia smaku.
„Taki sposób aromaterapii jest bardzo wygodny. Urządzenia są różnej wielkości, tak że np. używanie waporyzatora jest również możliwe w podróży, czy na spacerze. Małe vaporizery bez problemu mieszczą się w torbie, czy plecaku. Modele do użytku domowego są większe, ale w efekcie zyskujemy znacznie większą moc i efektywność urządzenia.Otoczenie w żaden sposób nie doświadcza zapachu, co przy tradycyjnym paleniu nie jest zaletą. Nie wszyscy domownicy mają ochotę na wdychanie intensywnych oparów, a przy waporyzacji problem ten po prostu przestaje istnieć. Para jest wdychana przez użytkownika przez ustnik (waporyzatory przenośne), albo wężyk lub balonik (waporyzatory stacjonarne).

Waporyzacja dla zdrowia i relaksu

Waporyzacja daje możliwość odkrycia znanych od lat ziół na nowo. Dostępnych mieszanek można używać do leczenia i w profilaktyce wielu popularnych schorzeń. Vaporizer pomaga na migrenę. Można używać waporyzatora przeciw atakom kaszlu, czy przy astmie.
Bardziej zaawansowani użytkownicy chętnie eksperymentują ze składem wkładów do vaporizera i tworzą własne mieszanki o unikalnym działaniu i smaku. Co można wrzucić do waporyzatora?? Rumianek, chmiel, tymianek, mięta pieprzowa, mech islandzki, babka lancetowata, waleriana, melisa to tylko kilka przykładów ziół używanych do waporyzacji. Od jakiego wieku waporyzatory są dostępne? Z reguły bawią się nimi osoby pełnoletnie.
Eksperymenty z waporyzowaniem ziół w waporyzatorze potrafią być bardzo wciągające, na tyle, że wokół waporyzatorów gromadzą się ludzie zainteresowani zabawą i niebanalnymi przeżyciami. Przy konkursach i pokazach wydmuchiwania pary z vaporizera cały świat genialnie bawi się na domówkach. Do tego najlepiej nadają się waporyzatory, które generują gęstą i intensywną parę przypominającą tą z tradycyjnego palenia.

Ziołolecznictwo dzięki waporyzacji zyskuje nowe życie. Młodzi, pełni energii użytkownicy vaporizerów zamiast faszerować się niepotrzebnymi substancjami smolistymi sięgają po naturalne zioła i w ten sposób korzystają z aromaterapii, która służy zdrowiu i dobremu samopoczuciu.

 
Paliliscie samo CBD kiedyś ? W Polsce to na lajcie można ogarnąć ? Chciałbym sobie to kupic. :lol:
a co, chory jestes na cos? przeciez po tym sie nic nie czuje, tam nie ma zadnych srodkow psychoaktywnych. a te strony z polski to jakies gowno
 
Marihuana poprawia widzenie w ciemności?

Konopie znacznie poprawiają widzenie w ciemności, twierdzą naukowcy. Czy kannabinoidy pomogą zapobiegać ślepocie? I czy wkrótce uczynią z ludzkiego oka noktowizor?
Widzę więcej, wiem więcej, tak to jest mniej więcej – teraz bardziej dosłownie niż kiedykolwiek. Nierzadko odmienny wygląd oczu towarzyszący paleniu marihuany może kryć coś potencjalnie większego, dającego nadzieję chorym na choroby zwyrodnieniowe oczu.
rybacy-marihuana.jpg

Rybacy o sokolim wzroku

Już ćwierć wieku temu pewien farmakolog M.E. West z University of the West Indies na Jamajce odkrył, że lokalni rybacy regularnie palący marihuanę lub popijający rum z dodatkiem ekstraktu z liści i łodyg konopi wydawali się mieć przedziwną zdolność widzenia w ciemności, która umożliwiała im sprawnie unikać raf koralowych wiosłując w środku czarnej nocy. Naukowiec przyznał, że po kilku wyprawach z jego osobistym udziałem jest pewien, że nikt nie byłby w stanie tak sprawnie kierować łodzią bez jakiegoś źródła światła czy kompasu.
Gdy farmakolog postanowił zagłębić się w temat, odkrył, że pewne marokańskie górskie plemiona również doświadczają ulepszonej ostrości widzenia w ciemności po paleniu haszyszu. Badania empiryczne z udziałem mieszkańców gór Rif potwierdziły, że konopie faktycznie usprawniały widzenie w ciemności u 100% badanych.
West wysnuł tezę, że konopie mogą poprawiać wzrok oddziałując na mięśnie oka – rozszerzają źrenice, przez co siatkówka przyjmuje więcej światła. Jednak kolejne badania obaliły tę tezę dowodząc, że marihuana wprost przeciwnie zwęża źrenice.
Najnowsze badania nad wpływem konopi na wzrok dostarczają już twardych danych, które stanowią podstawę do traktowania konopi indyjskich jako potencjalnego leku dla pacjentów cierpiących na choroby zwyrodnieniowe oczu, takie jak np. retinopatia barwnikowa czy jaskra.
marihuana-zaby.jpg

Kijanki na haju

Naukowcy z Montreal Neurological Institute postawili nie na badania nad upalonymi rybakami, ale na kijankach afrykańskiej żaby szponiastej. Aplikacja syntetycznych kannabinoidów na ich nerwy wzrokowe i późniejszy pomiar mikroelektrodami dowiodły, że pod wpływem kannabinoidów komórki oka faktycznie stają się bardziej czułe i szybciej reagują na zmiany oświetlenia.
Dodatkowo, kijanki, które naturalnie unikają czarnych poruszających się plamek, wystawiono na ich działanie w świetle dziennym i w nocy. O ile w dzień kijanki potraktowane kannabinoidami lawirowały pomiędzy punktami podobnie jak ich koledzy nie poddani działaniu syntetyka, o tyle w nocy dzięki kannabinoidom wyraźnie lepiej unikały czarnych plamek.
wplyw-kannabinoidow-na-oczy.jpg

Jak to możliwe?
Odpowiedzialnym za to zjawisko ma być hamowanie białka zwanego NKCC1. Ten odpowiada za transport sodu, potasu i chlorków do narządu wzroku, których poziom reguluje właściwości elektryczne neuronów. W skrócie, kannabinoidy zmniejszają ilość tych substancji w komórkach zwojowych siatkówki, czyniąc je nadpobudliwe i bardziej wrażliwe na światło.
Trwają badania nad tym, czy te niezwykłe właściwości konopi można wykorzystać w leczeniu poważnych schorzeń. Od dawna mówi się, że konopie są potencjalnym czynnikiem neuroprotekcyjnym w stosunku do komórek siatkówki oka, więc leczenie oparte na marihuanie medycznej może nie tylko ulepszyć wzrok pacjentów, u których zmysł ten się pogarsza, ale również skutecznie opóźniać rozwój poważnych chorób wzroku.
 
Nie chcesz mnie może zabrać po drodze ? :D

@Betonowy Krzychu mówiłem Ci kiedyś , nie ryj się tym , baczka to samo dobro . ja kopce 12 lat a płuca czyściutkie .
Mi stuknelo 16 listopada 13 lat od pierwszej dobrej zjarki(daty urodzin tego ziomka jak sie domyślacie, ni chuchu nigdy nie zapomne)Kurwa co to się wtedy działo. Co to bylo za przezycie. Nigdy wczesniej sie tak nie smialem, nie czulem sie tak beztrosko, do dziś pamiętam jak pod koniec fazy, już w domu, odsmazalem sobie pierogi na patelni, ten obraz wydawał mi się jeden na cały wszechświat. Bardzo lubię po paleniu rozkminiac, czytać, prowadzić dyskusję, cała moja radosna rapowa twórczość nie powstalaby bez bucha. Późniejsza bez wódy i opio też, ale to przez własną głupotę. Sęk w tym, że nie można zapominać jak ważna dla wielu jest Maria. Towarzyszy praktycznie cały czas, zobaczcie jak niektórzy naprawdę serio zawdzięczają komfort psychiczny marihuanie, ja jestem doskonałym przykładem. Moje neuroprzekaźniki były bombardowane wszelaka chemia, uzywkami ryjacymi naprawdę srogo. Uogolnijmy, że z niejednego pieca chleb jadłem. W tej chwili, coś takiego jak zrównoważona gospodarka neurohormonalna, to u mnie mrzonki. I wierzcie lub nie, ale terapie różnymi rozniastymi antydepresantami nie dawały pożądanych wynikow. Poza tym, no kurwa, nie będę całe życie dymal na prozakowym filmie. A strasznie czułem się "nie soba" po tych lekach i gowno pomagało mi to. A przez to, ze ciężko ruszyć mój ośrodek nagrody, dopamina z serotoniną w niedoborze, no to miałem objawy ciężkiej depresji. Byłem świadom przyczyn- lata ostrego atakowania bani muszą odcisnąć piętno. Ale wróćmy do mj. Jak już naprawdę nic nie pomagało a funkcjonowalem na benzodiazepinach i otępiaczach, czułem się podle jak nigdy. Bezsenność, ogólny brak sił nawet żeby się umyć czy ogolic. Zero gadki z kimkolwiek, wychudzenie (do 57-60kg z 70 kilku w parę chwil), ogólna beznadzieja i brak jakiegokolwiek sensu. Czarna rozpacz nad którą nie panujesz. Całe ciało boli, jest rozdygotane, blade i szare jak wszystko wokół. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę.
Jakoś po kilku latach przerwy kumpel namówił mnie, ze jest kozak temat i żebym brał 5 bo drugiego takiego nie będzie. Od tamtego czasu... no cóż może to zabrzmi jak bajeczka baja, praktycznie nie mam żadnych problemów z normalnym funkcjonowaniem. Ogromnym plusem dla mnie jest to że po jaraniu natychmiast przechodzi chęć na "przypierdolenie czegos". Ile razy zioło mnie uratowało od zachlania pały czy wzięcia kody - nawet nie próbowałem liczyć. Samo to bylo/jest dla mnie powodem dla ktorego z blantow z własnej woli nie rzucę. Bez bucha jestem nieznośny, taki trochę z kijem w dupie. Wiecznie obrażony i zły na cały świat i w ogóle pierdolic wszystkich tylko nie mnie. Uśmiecham się, czasem nawet staram się być miły, tak jak dziś w sklepie. Na robotę chodzę, bo mam siłę. Bo jem. Bo palę, mj pięknie wyregulowalo mi apetyt. Tak, wyregulowalo. Bo to nie jest tak, ze koniecznie bucha przed jedzeniem. Na początku tak było i dzięki temu teraz organizm wpadł w odpowiedni rytm. Śpię po 7-8 godzin na luzaku, czasem nawet dłużej. Kiedyś nie do pomyślenia bez końskich dawek apteki. Człowiek je, śpi, cieszy się z życia. I takie życie mi się podoba. Nie odstawie palenia marihuany, bo ona mnie pośrednio wydała z psychicznego dnia.
Sorry za chaos, dziś naprawdę mam już poprzepalane zwoje, sporo dziś u mnie się działo, na szczęście głównie pozytywnego:)
Buszek z wami kohonesiakami. I z wami, conorowcami, ino tyz chopoki:fly:
 
Wiadome, ze nie buchy. Wodka to jest heroina w plynie, jedno wielkie gowno:crazy:
A tam gówno. Tak jak wszystko spożywana w umiarze jest ok. Ja czystą pije tylko przy okazjach typu wesela, albo jakieś zorganizowane większe urodziny i w mojej opinii przy takiej okazji lepiej się sprawdzają niż np. bronki.
 
A tam gówno. Tak jak wszystko spożywana w umiarze jest ok. Ja czystą pije tylko przy okazjach typu wesela, albo jakieś zorganizowane większe urodziny i w mojej opinii przy takiej okazji lepiej się sprawdzają niż np. bronki.
ja odpuscilem chlanie bo dla mnie to najgorsze gowno jakie istnieje ale kazdy robi to co lubi i to jest moje zdanie:beer:
 
Będę palił, bo pomaga mi przy wielu chorobach i schorzeniach. Wyrównuje też długofalowo poziomy neuroprzekaźników do takich w granicach normy, co leczy depresje. Może wywoływać choroby psychiczne u jednostek podatnych - ale to jest jedynie reguła, które obowiązuje wszystko, co psychoaktywne, nawet kofeina/nikotyna/melisa nawet teoretycznie
 
Marihuanen/alko->amfetamina->mdma->kryształ (meta)->koko->różnego rodzaju "odpowiedniki" tak wyglądała moja podróż - 11 lat. Wielu moich znajomych przestało wczęsniej lub poźniej z różnymi skutkami, ja dalej robiłem swoje. Jakoś tak się stąło, że nie zostałem ukarany(niektóry z moich znajomych bardzo, a część za bardzo). Aktualnie cziluje sobie z blantem raz na jakiś czas. Ale nim to się stało, zrobiłem parę problemów z prawem i długami. Aktualnie zająłem się życiem, pracą i pracą na sobą - POLECAM ten narkotyk.
 
jutro cos takiego odpierdole:fly:
Daby, czyli marihuanowe koncentraty. Czym są? Jak je przygotować?
Prawidłowo zrobione wyglądają najczęściej jak niepozorny plaster, przypominający nieco miód. Mają przy tym od… 7% do 90% zawartości THC (!). Nawet ludzie jarający Mary Jane latami często twierdzą, że paląc daby czuli się mniej więcej tak, jak za pierwszym razem kiedy palili trawkę, wiele, wiele lat temu. A najlepsze jest to, że ów koncentrat można dość łatwo przygotować w domu samemu. Wystarczy mieć… prostownicę do włosów (jak widać dobrze jest mieć dziewczynę, choćby po to!).
Daby (z angielskiego dabs) znane są także pod innymi nazwami (czasem – ale nie zawsze – nazwy te wskazują na proces w wyniku którego otrzymało się koncentrat, metod jest bowiem kilka): miód/olej miodowy (honey oil), wosku/oleju woskowego (wax oil). Niektórzy Amerykanie używają także określeń, które u nas na pewno się nie przyjmą: shatter (w wolnym tłumaczeniu „roztrzaskiwacz”) lub budder (trudno to nawet przetłumaczyć, sformułowanie pochodzi od słowa ‚bud’, czyli ‚pąk’). Możecie się także spotkać z nazwą butanowy olej haszyszowy (butane hash oil – BHO), która się wzięła stąd, że jest to jedna z pierwszych i wciąż popularnych metod wyrabiania dabów (jest bardzo efektywna). Od kilku lat bardzo gwałtownie rośnie wzięcie jakim się cieszą te koncentraty w USA, gdzie można je kupić w sklepach z marihuaną (oczywiście tylko w kilku stanach), ale także w prosty sposób samodzielnie zrobić.
dab.jpg
W szpitalu przez Mary Jane…

Wbrew pozorom ta stosunkowo nowa forma skoncentrowanej marihuany nie wszystkich palaczy cieszy. Niektórzy aktywiści obawiają się, że daby mogą blokować wysiłki mające na celu legalizację/depenalizację marihuany. Powód jest prosty: daby są tak mocnymi koncentratami, że w Stanach Zjednoczonych co roku pokaźna ilość osób ląduje na skutek przedawkowania ich (!!!) na oddziałach ratunkowych (nikt się jeszcze nie przekręcił, bo to prawdopodobnie niemożliwe, natomiast są to tak duże dawki, że ludzie nieraz tracą przytomność). Coś – wydawałoby się – nie do pomyślenia w przypadku marihuany, prawda? Dzieje się tak, bo wielu nawet bardzo doświadczonych palaczy w pierwszym kontakcie nie docenia ich siły. Daby są bardzo niepozorne – to w końcu maleńkie, niewinnie wyglądające żółtawe plastry (jeżeli sami musielibyście kiedyś zbić za mocną fazę i chcielibyście to zrobić bez „wycieczki do szpitala” zapraszamy do tego tekstu).
„The house, the house is on fire!”

Innym powodem, który nastawił niektórych palaczy negatywnie do dabów jest to, że na potrzeby domowe wyrabia się je często nie za pomocą prostownicy do włosów (to dość nowa metoda, można dzięki niej uzyskać olej ROSIN o stężeniu nawet nieco powyżej 70% THC), tylko „nieco” bardziej niebezpiecznych metod, które pozwalają na produkty o stężeniu nawet ok. 90% THC. Używa się do tego butanu, który jak powszechnie wiadomo jest łatwopalnym i mało stabilnym gazem. Wielu Amerykanów wypełniało rurę ze stali nierdzewnej marihuaną i przewiewało ją butanem, ta niby prosta operacja nie raz i nie dwa zakończyła się wybuchem i rodzinną tragedią. Zdecydowanie nie polecamy tego typu zabawy, ale jeśli koniecznie będziecie chcieli coś takiego spróbować, to bez problemu znajdziecie filmiki instruktażowe na YouTube. Pamiętajcie wtedy przynajmniej jednak o tym, by użyć butanu o odpowiedniej jakości . Jeżeli do procesu użyjecie „byle czego, co pierwsze w łapę wpadnie” uzyskacie mocno zanieczyszczony i mocno niezdrowy towar (a nawet przy dobrej jakości rozpuszczalniku uzyskany stuff będzie miej przyjazny dla waszego organizmu niż ten sporządzony za pomocą prostownicy).
Prostownica twojej dziewczyny i ty

dabs_02.jpg
Przygotowanie dabów tą metodą jest bajecznie proste a zarazem nieporównywalnie bardziej bezpieczne, bo jest to metoda bezrozpuszczalnikowa. Bierzesz pokaźną ilość gandzi i ugniatasz ją w bryłkę. Następnie umieszczasz pomiędzy pergaminem. Można tu zastosować najzwyklejszy papier pergaminowy (najlepiej kuchenny – przystosowany do pieczenia i kontaktu z żywnością) . Całość następnie wkładasz pomiędzy lokówkę (powinna być ustawiona na średni lub niski poziom ciepła. Jeśli ustawisz ją na max ryzykujesz spaleniem i zmarnowaniem towaru) i ugniatamy przez ok. 5 sekund. Operację warto kilka razy powtórzyć.
dabs_04.jpg
W jej wyniku z naszego zielska powinna wypłynąć mała i bardzo niepozorna żółtawa kropla oleju ROSIN (czyt. ‚rozin’) o gęstości miodu lub żywic (czasem bywa nieco zabrudzona na zielono) – to jest właśnie nasz skoncentrowany dab (najlepiej zgarnąć to z papieru czymś w rodzaju raspatora, ale w braku czegoś lepszego zwykły gwóźdź też się sprawdzi). Voila, to wszystko, wasz dab jest gotowy do jarania (jeżeli czegoś nie zrozumieliście możecie jeszcze zerknąć na poniższy filmik)!


Nie tylko mocna faza

Warto jeszcze krótko wspomnieć o „pobocznych” zaletach dabów, bo ich atutem jest nie tylko wyższe stężenie THC. Jak w przypadku każdego koncentratu marihuana przyswajana w ten sposób jest po prostu czystsza i nie narażamy też naszego organizmu na typowe nieprzyjemności związane z paleniem jointa. Szybciej też osiągniemy stan upalenia.
Daby jako sposób przyswajania Mary Jane są podobno także często wybierane przez ludzi, którzy gandzię stosują w celach medycznych. Pozwalają one bowiem w relatywnie łatwy sposób na skonsumowanie dużej dawki tego, co danej osobie jest potrzebne.

Przechowywanie

Co prawda większość z was daby będzie chciała spalić od razu po ich przygotowaniu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by tak przygotowane plastry zmagazynować i zachować na później. Oczywiście to, że są małe i zupełnie niepodobne do paczuszki z marihuaną jest tutaj dużą zaletą. Najlepiej do ich przechowania nadają się silikonowe pudełeczka (plaster nie przyklei się do ścianek), ale w razie czego szklane lub plastikowe powinny w zupełności wystarczyć (nawet sklepy w USA stosują z reguły plastik ze względu na różnicę w kosztach opakowania).
To „przyszłość marihuany”?

I na koniec ciekawostka: podobno w USA marihuanowe koncentraty, w tym daby, stanowią w chwili obecnej zazwyczaj od 30% do 50% sprzedawanych w konopnych sklepach produktów. To dużo i pewnie ten wskaźnik z roku na rok będzie rosnąć. Dlatego coraz więcej osób uważa, że to właśnie koncentraty stanowią przyszłość marihuany. Zwykłego jointa pewnie nigdy nie zastąpią, bo to rzecz kultowa, ale każdemu, kto się będzie chciał w łatwy sposób mocno i szybko upalić dadzą taką możliwość. I chwała im za to.



 
jutro cos takiego odpierdole:fly:
Daby, czyli marihuanowe koncentraty. Czym są? Jak je przygotować?
Prawidłowo zrobione wyglądają najczęściej jak niepozorny plaster, przypominający nieco miód. Mają przy tym od… 7% do 90% zawartości THC (!). Nawet ludzie jarający Mary Jane latami często twierdzą, że paląc daby czuli się mniej więcej tak, jak za pierwszym razem kiedy palili trawkę, wiele, wiele lat temu. A najlepsze jest to, że ów koncentrat można dość łatwo przygotować w domu samemu. Wystarczy mieć… prostownicę do włosów (jak widać dobrze jest mieć dziewczynę, choćby po to!).
Daby (z angielskiego dabs) znane są także pod innymi nazwami (czasem – ale nie zawsze – nazwy te wskazują na proces w wyniku którego otrzymało się koncentrat, metod jest bowiem kilka): miód/olej miodowy (honey oil), wosku/oleju woskowego (wax oil). Niektórzy Amerykanie używają także określeń, które u nas na pewno się nie przyjmą: shatter (w wolnym tłumaczeniu „roztrzaskiwacz”) lub budder (trudno to nawet przetłumaczyć, sformułowanie pochodzi od słowa ‚bud’, czyli ‚pąk’). Możecie się także spotkać z nazwą butanowy olej haszyszowy (butane hash oil – BHO), która się wzięła stąd, że jest to jedna z pierwszych i wciąż popularnych metod wyrabiania dabów (jest bardzo efektywna). Od kilku lat bardzo gwałtownie rośnie wzięcie jakim się cieszą te koncentraty w USA, gdzie można je kupić w sklepach z marihuaną (oczywiście tylko w kilku stanach), ale także w prosty sposób samodzielnie zrobić.

dab.jpg
W szpitalu przez Mary Jane…

Wbrew pozorom ta stosunkowo nowa forma skoncentrowanej marihuany nie wszystkich palaczy cieszy. Niektórzy aktywiści obawiają się, że daby mogą blokować wysiłki mające na celu legalizację/depenalizację marihuany. Powód jest prosty: daby są tak mocnymi koncentratami, że w Stanach Zjednoczonych co roku pokaźna ilość osób ląduje na skutek przedawkowania ich (!!!) na oddziałach ratunkowych (nikt się jeszcze nie przekręcił, bo to prawdopodobnie niemożliwe, natomiast są to tak duże dawki, że ludzie nieraz tracą przytomność). Coś – wydawałoby się – nie do pomyślenia w przypadku marihuany, prawda? Dzieje się tak, bo wielu nawet bardzo doświadczonych palaczy w pierwszym kontakcie nie docenia ich siły. Daby są bardzo niepozorne – to w końcu maleńkie, niewinnie wyglądające żółtawe plastry (jeżeli sami musielibyście kiedyś zbić za mocną fazę i chcielibyście to zrobić bez „wycieczki do szpitala” zapraszamy do tego tekstu).
„The house, the house is on fire!”

Innym powodem, który nastawił niektórych palaczy negatywnie do dabów jest to, że na potrzeby domowe wyrabia się je często nie za pomocą prostownicy do włosów (to dość nowa metoda, można dzięki niej uzyskać olej ROSIN o stężeniu nawet nieco powyżej 70% THC), tylko „nieco” bardziej niebezpiecznych metod, które pozwalają na produkty o stężeniu nawet ok. 90% THC. Używa się do tego butanu, który jak powszechnie wiadomo jest łatwopalnym i mało stabilnym gazem. Wielu Amerykanów wypełniało rurę ze stali nierdzewnej marihuaną i przewiewało ją butanem, ta niby prosta operacja nie raz i nie dwa zakończyła się wybuchem i rodzinną tragedią. Zdecydowanie nie polecamy tego typu zabawy, ale jeśli koniecznie będziecie chcieli coś takiego spróbować, to bez problemu znajdziecie filmiki instruktażowe na YouTube. Pamiętajcie wtedy przynajmniej jednak o tym, by użyć butanu o odpowiedniej jakości . Jeżeli do procesu użyjecie „byle czego, co pierwsze w łapę wpadnie” uzyskacie mocno zanieczyszczony i mocno niezdrowy towar (a nawet przy dobrej jakości rozpuszczalniku uzyskany stuff będzie miej przyjazny dla waszego organizmu niż ten sporządzony za pomocą prostownicy).
Prostownica twojej dziewczyny i ty

dabs_02.jpg
Przygotowanie dabów tą metodą jest bajecznie proste a zarazem nieporównywalnie bardziej bezpieczne, bo jest to metoda bezrozpuszczalnikowa. Bierzesz pokaźną ilość gandzi i ugniatasz ją w bryłkę. Następnie umieszczasz pomiędzy pergaminem. Można tu zastosować najzwyklejszy papier pergaminowy (najlepiej kuchenny – przystosowany do pieczenia i kontaktu z żywnością) . Całość następnie wkładasz pomiędzy lokówkę (powinna być ustawiona na średni lub niski poziom ciepła. Jeśli ustawisz ją na max ryzykujesz spaleniem i zmarnowaniem towaru) i ugniatamy przez ok. 5 sekund. Operację warto kilka razy powtórzyć.
dabs_04.jpg
W jej wyniku z naszego zielska powinna wypłynąć mała i bardzo niepozorna żółtawa kropla oleju ROSIN (czyt. ‚rozin’) o gęstości miodu lub żywic (czasem bywa nieco zabrudzona na zielono) – to jest właśnie nasz skoncentrowany dab (najlepiej zgarnąć to z papieru czymś w rodzaju raspatora, ale w braku czegoś lepszego zwykły gwóźdź też się sprawdzi). Voila, to wszystko, wasz dab jest gotowy do jarania (jeżeli czegoś nie zrozumieliście możecie jeszcze zerknąć na poniższy filmik)!

Nie tylko mocna faza

Warto jeszcze krótko wspomnieć o „pobocznych” zaletach dabów, bo ich atutem jest nie tylko wyższe stężenie THC. Jak w przypadku każdego koncentratu marihuana przyswajana w ten sposób jest po prostu czystsza i nie narażamy też naszego organizmu na typowe nieprzyjemności związane z paleniem jointa. Szybciej też osiągniemy stan upalenia.
Daby jako sposób przyswajania Mary Jane są podobno także często wybierane przez ludzi, którzy gandzię stosują w celach medycznych. Pozwalają one bowiem w relatywnie łatwy sposób na skonsumowanie dużej dawki tego, co danej osobie jest potrzebne.

Przechowywanie

Co prawda większość z was daby będzie chciała spalić od razu po ich przygotowaniu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by tak przygotowane plastry zmagazynować i zachować na później. Oczywiście to, że są małe i zupełnie niepodobne do paczuszki z marihuaną jest tutaj dużą zaletą. Najlepiej do ich przechowania nadają się silikonowe pudełeczka (plaster nie przyklei się do ścianek), ale w razie czego szklane lub plastikowe powinny w zupełności wystarczyć (nawet sklepy w USA stosują z reguły plastik ze względu na różnicę w kosztach opakowania).
To „przyszłość marihuany”?

I na koniec ciekawostka: podobno w USA marihuanowe koncentraty, w tym daby, stanowią w chwili obecnej zazwyczaj od 30% do 50% sprzedawanych w konopnych sklepach produktów. To dużo i pewnie ten wskaźnik z roku na rok będzie rosnąć. Dlatego coraz więcej osób uważa, że to właśnie koncentraty stanowią przyszłość marihuany. Zwykłego jointa pewnie nigdy nie zastąpią, bo to rzecz kultowa, ale każdemu, kto się będzie chciał w łatwy sposób mocno i szybko upalić dadzą taką możliwość. I chwała im za to.



w przyszlym tyg prostownica idzie w ruch
 
Palenie „na bogato” – marihuanowe gadżety premium

Z drogimi gadżetami jest tak, że niby potrafimy się totalnie bez nich obyć, z drugiej strony fajnie jednak jest je mieć. Są ludzie, którzy nigdy nie zrozumieją dlaczego np. ktoś akurat musi koniecznie mieć iPhone’a. Są i tacy, którzy z przekonaniem będą twierdzić, że produkty premium naprawdę wartę są pieniędzy, jakie trzeba za nie dać. Z marihuanowymi gadżetami jest dokładnie tak samo. Które droższe zabawki warte są zainteresowania?
Nie sztuką jest kupić po prostu coś drogiego. Jeśli już na coś wydajemy większe pieniądze, to niech będzie to coś, co rzeczywiście zauważalnie wpłynie na jakość i przyjemność płynącą z jarania. Dlatego zanim zacząłem pisać ten tekst postanowiłem popytać najbardziej hardcorowych palaczy wśród moich znajomych o gadżety, które rzeczywiście w ich przypadku się sprawdziły. Wybrałem najciekawsze pozycje, a zwłaszcza te, które wywołały powszechny entuzjazm całego towarzystwa.
Poniższa lista jest więc mocno subiektywna i jest wypadkową gustu 13-stu zapaleńców jarających gandzię codziennie i mających co najmniej 8-letni staż jako palacze. Przy każdym produkcie znajdziecie krótki komentarz, w którym ktoś z tej paczki uzasadni dlaczego daną rzecz warto było jego zdaniem kupić.

1. Ustnik Cypress Hill’s Phuncky Feel Tip


002_1000.jpg
„Nie jestem jakimś wielkim fanem zespołu firmującego tę zabawkę. Wiesz też, że nigdy nie lubiłem niepotrzebnie wydawać kasy na bajery. Nie zaskoczy cię więc, że pierwszy Phuncky dostałem w prezencie. Śmiałem się wtedy w duchu: ustnik jak ustnik, a tak w ogóle po co mi on potrzebny? – mówiłem sobie. Obecnie po latach jest to jedna z tych rzeczy, na którą nigdy nie jest mi szkoda kasy. Może są jeszcze podobne ustniki tej klasy, ale do tej marki się przywiązałem i jestem jej pewien. Gdy palę, dzięki tej zabawce dym jest odczuwalnie przyjemniejszy, w porównaniu do standardowych filterków, nie czuć posmaku kartonika. „Phuncky” zapewnia bardzo dobry ciąg, mogę ściągnąć naprawdę sporego bucha – tak jak lubię, a dym jest gęsty”.
Bardzo łatwo się z nich kręci i jointy zawsze wychodzą bardzo ładne i proste, bo filterek się nie ugina i zawsze jest tych samych rozmiarów. Jedyne o czym warto przestrzec, że taki ustnik zdecydowanie nie nadaje się do stuffu mieszanego z tytoniem (ale dla mnie to świętokradztwo). Do tego „Phuncky” jest rzeczą wielorazowego użytku. Z tej firmy jeszcze nie trafiłem na taki, który byłby wadliwy, miał jakąś skazę. A wiesz, że to się zdarza, a potem użeraj się o kasę – nie lubię tego, wolę nie ryzykować”.
maxresdefault-10.jpg
Ustniki Cypress Hill’s Phuncky Feel Tip bez jakichkolwiek problemów prawnych można kupić na zagranicznych serwisach.
Cena: od ok. 35 zł w górę.
2. Gandziowa bluza Hood Horkerz/vapRwear

vaprwear.jpg
„Gdy tylko pierwsza bluza tego typu pojawiła się na rynku od razu postanowiłem sobie ją ściągnąć z USA przez krewnego (dwie firmy są tu pionierami i biją się o klienta: Hood Horkerz i vapRwear. Różni je tylko estetyka. Jakość i funkcjonalność tych ciuchów jest praktycznie taka sama). Niby nic wielkiego – prawie normalna bluza z kapturem, tyle, że z wbudowanym sprzętem do jarania (waporyzatorem niezłej klasy). Powiem tylko tyle: to jest strasznie wygodne rozwiązanie. Chcesz mieć wolne dłonie – masz wolne dłonie. Chcesz się ostro zjarać w słabo ci znanym towarzystwie – nie musisz się już martwić, że twój sprzęt nie wróci już z tobą z imprezy. Do tego to dziwne uczucie, że ta rzecz jest tak jakby bardziej twoja. Wiem, to może głupio brzmi, ale tylko z moim pierwszym bongiem byłem równie mocno związany”.
hood-horkerz.jpg
Bluzy obydwu producentów można kupić m. in. poprzez ich strony firmowe Hood Horkerz, vapRwear.
Cena: ok. 125 $
3. Bongo marki Roor

120-14f_flying.jpg
„Dla mnie bonga tej marki to symbol luksusu. Są znane i cenione na całym świecie, każdy palacz, który naprawdę siedzi w temacie kiedyś o nich słyszał. Co ciekawe, tak samo jak w przypadku wspomnianych wcześniej ustników, jest z nimi powiązana grupa Cypress Hill. Widać kolesie znają się nie tylko na muzyce. Najsłynniejsze bongo z tej kolekcji to bez wątpienia Excalibur, z którego palą na scenie podczas koncertów.

RooRy cechuje zawsze najwyższa jakość wykonania, robione są wyłącznie w Niemczech (wiadomo – niemiecka precyzja). Wytapiają je najlepsi dmuchacze szkła, wykonanie i użyte materiały są najwyższej jakości – to oczywiste, gdy się za tego typu sprzęt płaci sporo kasy. Co ciekawe, gdy jakimś cudem uszkodzimy takie bongo (a jest to nie lada wyczyn) można je wysłać do autoryzowanego warsztatu, gdzie je dla nas naprawią. Generalnie RooRy nie trzeba jakoś specjalnie reklamować, to jest jakość, która sama się broni.

13346744_549045545266280_3204499532114203558_n.jpg
Bonga RooR większość ludzi ściąga bezpośrednio z firmowej niemieckiej strony.
Cena: od ok. 60 € wzwyż (wspomniany Excalibur wyceniany jest „nieco” drożej – na ok. 15 000 €. Generalnie za ich najlepsze sprzęty trzeba zapłacić naprawdę sporo).
4. LEVO infuser

levo-oil-and-butter-infuser.jpg
„To urządzenie co prawda na razie jeszcze nie weszło na rynek, ale myślę, że warto zwrócić na nie szczególną uwagę. Jest to maszyna, za pomocą której w prosty sposób będzie można przygotować wszelkiego rodzaju koncentraty i inne przetwory marihuanowe (gandziowe masło, nalewki, etc.). Jak dla mnie super-ułatwienie, bo mi się normalnie nie chce tym zajmować, a co koncentrat, to koncentrat, no nie? Pytanie tylko, czy to urządzenie będzie naprawdę takie dobre, jak sugerują zapowiedzi. Można je co prawda już teraz zamówić w pre-orderze, ale ja bym jednak poczekał na pierwsze recenzje.
Cena orientacyjna: 180 $
5. Złote bletki Shine

cqv8_nqwcaaestx.jpg
„Fajna sprawa na prezent. Sam te bibułki używam na specjalne okazje, jak urodziny, rocznice – palenie 24-karatowego złota na co dzień to by była lekka przesada [bletki naprawdę są ze złota, to nie jest ściema – dop. red.]. Trzeba powiedzieć, że bardzo równo i wolno się palą, więc naprawdę można się cieszyć chwilą. Ja tam lubię raz na jakiś czas po coś takiego właśnie sięgnąć, nie kosztuje to aż tak dużo, a pozwala poczuć się wyjątkowo.
shine.jpg
Cena: ok. 60 zł.
 
Scooby i Shaggy to najbardziej upaleni goście w historii kreskówek?

1472081e6d4b8e1hh.jpg

Od zawsze wszyscy to wiedzieliśmy – wychudzony Shaggy i jego czworonożny kompan zdecydowanie muszą coś zażywać. Tu już nawet nie trzeba specjalnej dedukcji – wystarczy szybki rzut okiem, aby stwierdzić, że narkotyki na pewno nie są tym bohaterom obce. Przy okazji pastwienia się nad tymi wesołymi ćpunami, przypomnimy wam serial, który ukradł nam kawał dzieciństwa, a także rzucimy okiem na kawałek amerykańskiej kontrkultury lat 60.

Serial powstał w magicznym 1969 roku

To doprawdy niezwykła data. 21 lipca tego roku ludzka stopa po raz pierwszy dotknęła powierzchni Księżyca.
A tymczasem na Ziemi słynna Czwórka z Liverpoolu nagrała jeden z najważniejszych albumów w historii rocka - „Abbey Road”, John Lennon i Yoko Ono na znak protestu przeciw wojnie w Wietnamie spędzili dwa tygodnie w łóżku, na festiwalu Woodstock pojawiło się 350 tysięcy hippisów, a Charles Manson w towarzystwie swoich przydupasów dokonał jedną z najbardziej wstrząsających zbrodni w historii pop-kultury.W tym roku wyemitowano też pierwszy odcinek serialu „Scooby Doo gdzie jesteś?”. Mimo że twórcy zdecydowanie dementowali te plotki, już wtedy wiele osób, patrząc na głównego bohatera i jego opiekuna, poczuło charakterystyczny zapach trawki.

147208363794a97hh.jpg

Czemu obaj bohaterowie mają wieczną „gastrofazę”?

Zarówno Scooby, jak i Shaggy mają niepohamowany apetyt, a ulubioną potrawą czworonoga jest przysmak o nazwie „Scooby Snacks”. Po sukcesie serialu, psie kąski o tej nazwie trafiły oczywiście na rynek. Nie zmienia to faktu, że ciasteczka Scooby'ego stały się synonimem pewnego nieprzyjemnego doświadczenia, które nieraz przeżył każdy miłośnik marihuany. Wśród amerykańskich nastolatków mianem „Scooby snacks” do dziś określa się tzw. „kometę”, czyli kawałek zwęglonego suszu, który palacz trawki przypadkiem wciąga do płuc razem z dymem.

14720896eb7ee82gg.gif

A co z tym nadmierną potrzebą jedzenia? To, jak wiadomo, typowa cecha amatorów tej używki. Winę za ten efekt ponosi nasz receptor endokannabinoidowy CB-1, który to pełni funkcję strażnika naszego apetytu. Tetrahydrokannabinol zawarty w marihuanie, stymuluje tenże receptor, a wówczas robimy się nie na żarty głodni. A że dodatkowo pobudzany jest też nasz ośrodek przyjemności, palacz trawki czerpie z konsumpcji sporą radochę. Ot i cała tajemnica.

Shaggy i Scooby śpią w kultowym, hippisowskim vanie

Widziałeś kiedyś, aby kudłaty obdartus i jego wiecznie upalony pies, szli do domu po pracy? Nie, bo ci dwaj luzacy najprawdopodobniej kimają w samochodzie. Ale nie jest to byle jaki samochód, ale symbol hippisowskiej kontrkultury!

14721052f6e58f7gg.gif

To oczywiście Volkswagen Type 2 – auto, które trafiło do produkcji już w latach 50. Był to drugi produkt tej firmy. Pierwszym był pojazd, za którego sukcesem stał Ferdinand Porsche i… Adolf Hitler, który marzył o stworzeniu kompaktowego samochodu dla niemieckiego ludu. Po wojnie słynny Garbus dotarł do USA, gdzie zdobył sporą popularność. Tymczasem słynny van, którym woziły się dwie dekady później „dzieci kwiaty” w praktyce bazował na tym samym, lekko tylko zmodyfikowanym, silniku co jego poprzednik.

14721087df43778hh.jpg

Jak to się stało, że pojazd ten stał się ulubionym wehikułem długowłosych dzieciaków? Przede wszystkim – trafiał w zapotrzebowanie – był cholernie ładowny, przez co na pokładzie mogła się upchnąć niemała ilość pasażerów jadących na kolejne muzyczne festiwale, czy antywojenne protesty. Swoją robotę robiła też reklama, która celowała właśnie w młodych, poszukujących wolności, odbiorców. Najbardziej popularnym kolorem Volkswagena był jasnoniebieski. Hippisi jednak mieli swój pomysł na wygląd tego auta i bardzo modne stało się malowanie pojazdu w kwieciste wzory, a nawet podmienianie charakterystycznego logo z maski na symbol pacyfki.

l_1472111c557f16dhh.jpg

Kto normalny wałęsa się po nocy, aby rozwiązywać paranormalne zagadki?

Tak całkiem obiektywnie – mamy tu do czynienia z grupą bezrobotnych licealistów oraz gadającym psem, którzy jeżdżą hippisowkim vanem i szukają duchów. Znacie kogoś, kto ma takie hobby? Nie? Myślę, że pracownicy Monaru nie raz już mieli do czynienia z takimi przypadkami.

14721153384f520gg.gif

Według pierwszych koncepcji bohaterowie zarabiali na życie występowaniem w zespole rockowym, Scooby miał grać na bongosach i zwać się Too Much, a rozwiązywanie zagadek kryminalnych byłoby jedynie ich dodatkowym zajęciem pomiędzy kolejnymi występami na scenie. Imię tytułowego psa wzięło się z kompozycji Franka Sinatry pt. „Strangers in the night”, gdzie to artysta wyśpiewał swoje charakterystyczne "Dooby dooby doo".

Scooby i Shaggy są tak upaleni, że wszędzie widzą duchy

„Zoiks!” - w każdym z setek ilości odcinków, Scooby i jego kompan zaskoczeni zostają przez jakąś paranormalną bestię, która sprawia, że obaj bohaterowie robią pod siebie ze strachu. Dopiero później okazuje się, że półprzezroczystym, świecącym duchem unoszącym się w powietrzu był jakiś cieć z latarką w ręce i papierowym workiem na głowie. Bardzo chcielibyśmy poznać dilera Shaggy'ego…

1472116d7433c75gg.gif

Najciekawsze jednak jest to, że ten obecny w każdej odsłonie przygód gadającego psa i jego ekipy motyw został doceniony przez samego Carla Sagana.

l_1472113523c73a8hh.jpg

Ten amerykański astronom i popularyzator nauki bardzo cieszył się, że poprzez kreskówkę uczy się najmłodszych racjonalnego podejścia do wszystkich, z pozoru nadprzyrodzonych, zjawisk. Co więcej – Sagan optował za stworzeniem realnego odpowiednika serialowych „poszukiwaczy duchów”, którzy obalaliby wszelkiego typu zabobony. O ironio, naukowiec, o którym mowa, był też gorliwym miłośnikiem marihuany walczącym o jej legalizację.
Czemu Shaggy nosi zawsze te same ubrania?

No, cóż upaleni trawskiem hippisi nie zawsze dbali o to, aby czasem wyprać swoje ciuchy, czy wskoczyć do sklepu po jakiś nowy zestaw ubrań. Czy to klasyfikuje Shaggy'ego jako gościa, który cały swój hajs wydaje na narkotyki, zamiast zainwestować w swój wygląd (który powiedzmy sobie szczerze – jest dość opłakany…)? Moglibyśmy powiedzieć, że tak właśnie jest i na tym poprzestać. Musimy być jednak uczciwi.

1472117489f7795gg.gif

Jakby spojrzeć na wszystkich bohaterów, których spłodziła wytwórnia Hanna-Barbera, to szybko zauważymy, że większość z nich paraduje przez całe życie w tych samych ciuchach. To wcale nie chamska promocja bycia zawszonym brudasem, ale kwestia zwykłych ograniczeń produkcyjnych. Większość z animacji była wykorzystywana w dziesiątkach różnych odcinków danej serii, więc z czysto praktycznych względów wygodniej było, aby postacie te nosiły zawsze te same wdzianka.

l_1472119f96b40behh.jpg

Od 1969 roku powstało 12 serii przygód Scooby'ego i jego paczki. To łącznie 324 odcinki. Do tego doliczyć trzeba też i prawie 30 filmów animowanych oraz cztery produkcje fabularne.

:kis:
 
W jakich krajach pali się najwięcej trawki? Sprawdźcie!


istock-584871184jpg


W jednych krajach jest już legalna, w innych za samo jej posiadanie można trafić wprost do więzienia i to wcale nie na krótko. Cóż – różne kraje, różne polityki narkotykowe. A jednak nie zawsze wielkość spożycia zależy od legalności. Sprawdźcie gdzie na świecie pali się najwięcej marihuany!
W Polsce niektórzy politycy i aktywiści ciągle walczą o legalność choćby medycznej marihuany. Tymczasem spożycie trawki w naszym kraju według badań kształtuje się na poziomie 4,6 proc. populacji. To dużo czy mało? Jesteśmy średniakami. Jak wygląda to w innych krajach?

Dane pochodzą z raportu organizacji UNODC (The United Nations Office on Drugs and Crime), która zajmuje się zbieraniem danych na temat użycia narkotyków w różnych krajach. Badania dotyczą ludzi w wieku od lat 14 do 64.

Europa

W Europie najwięcej marihuany pali się na Islandii – ponad 18 proc.! Wychodzi na to, że elfy mają fantazję. Zaraz po niej, z dużo niższym wynikiem, plasują się Francja (11 proc.), Hiszpania (9,2 proc.) i Włochy (9 proc.). Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii, gdzie za posiadanie marihuany grozi pięcioletnia odsiadka, użytkowników narkotyku jest niewiele mniej niż w Holandii, gdzie używka jest legalna i w Czechach, gdzie jej posiadanie jest zdepenalizowane – 6,2 proc. W wymienionych dwóch krajach liczba oscyluje w okolicach 8 proc. Cóż, Holendrzy i Czesi wcale nie są rekordzistami! Najmniejszym użyciem marihuany cechują się takie europejskie państwa jak Białoruś – 1,07 proc., Grecja – 1,7 proc. i Rumunia – 2 proc.

Ameryka Środkowa, Północna

W Ameryce pali się więcej niż w Europie! W USA wiele zależy od konkretnego stanu – różnice między nimi potrafią być bardzo duże. W każdym razie po zsumowaniu odsetek prawie dorównuje temu na Islandii – to 16,2 proc. W Kanadzie trochę mniej, ale w Europie ten kraj byłby drugi – marihuanę pali tam 12,7 proc. populacji. Zaskakują dane z Jamajki – odsetek palących wynosi tam niewiele ponad 7 proc. Wyobrażacie sobie?! Dla porównania – na przykład na takich Bermudach do spożycia marihuany przyznaje się ponad 10 proc. populacji.

Ameryka Południowa

W większości krajów Ameryki Południowej ludność preferuje inne sposoby na odurzanie się. To zrozumiałe – w końcu różnych substancji mają tam pod dostatkiem. Jeśli chodzi o marihuanę – najbardziej lubią ją społeczeństwa dwóch krajów tego kontynentu: Urugwaju i Chile. W tym pierwszym marihuany używa ponad 9 proc. obywateli, a w drugim – prawie 12 proc.!

Afryka, Azja i Australia

W krajach Dalekiego Wschodu odsetek ludzi palących trawkę niewiele przekracza zero. Japończycy są sprawą raczej niezainteresowani, Koreańczycy podobnie – badania wskazują w tych krajach na okolice 0,3 proc. Indonezja, Laos, Filipiny – niewiele więcej. Rekordziści Afryki to Nigeryjczycy (14,3 proc.) i Zambijczycy (9,5 proc.). Na Bliskim Wschodzie jest różnie – trawkę lubią Izraelczycy. Pali prawie 9 proc. mieszkańców tego kraju. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Afganistanie odsetek oscyluje w okolicach 5 proc., ale w niektórych krajach arabskich spożycie jest mniejsze. A Antypody? Tam marihuanę raczej lubią. W Australii do palenia trawki przyznaje się 10,2 proc. ludzi, a w Nowej Zelandii – 11 proc.
 
Back
Top