Tanio skóry nie sprzedam

Ten jest dwa razy większy. 120kg żywej wagi przy 170cm wzrostu. Budzi respekt oczywiście nie wzrostem.
1725391531267.jpeg

Tylko wielką knagą :pjelen:
 
Ten jest dwa razy większy. 120kg żywej wagi przy 170cm wzrostu. Budzi respekt oczywiście nie wzrostem.
To pewnie łatwiej go przeskoczyć niż obejść, taki pewnie mini Pudzian z czasów strongman...
Pudzian zamyślony 12572075d21.png

185 cm i +140 kg to były czasy... :lol:
 
W 2006 jak zaczynałem robotę w tamtej firmie to w pierwszy dzień jechałem już na delegację do wrocka. Rano spotkanie na warsztacie, zapakowanie się w 7 czy 8 osób na Lublina i w drogę. Ujechaliśmy z 1,5km i przystanek sklep. Praktycznie wszyscy jakieś browary albo flaszki brali. Tylko nie kierowca, on wolał blanty :lesnarhappy: Mój brygadzista praktycznie nie trzeźwiał. Codziennie walił około 1,5l wódy. W pierwszy weekend jak tam byłem to wyskoczyliśmy na miasto. Ja po 6 czy 7 browarach wyglądałem gorzej niż on po tej wódzie i piwach, które pił razem z nami. Dzikie to były czasy.
1,5l dziennie plus browary? W morde jeza, to chyba trzeba zacząć od śniadania...

Przypomina mi to studencką historię w której chciałem utopić w jabolu smutki po pewnej k.... ...kobiecie.

Niedziela, późny wieczór, Rataje. Ciemno, środek zimy. Mały zaparowany sklepik osiedlowy. Mimo trzaskającego mrozu przed drzwiami kilku koneserów ;).
Wchodzę i mówię:
- poproszę wino!
Koleś luka na mnie, obcenia i mi podaje jakieś po 10zł a ja mówię że chcę tańsze, i tak parę razy, aż wskazał na wino w litrowych kartonach ustawionych na podłodze. Pamiętam że litr był za 4zł. Wziałem, jakość w sam raz na taką okazję.
Warta była 5 minut z buta, zanim doszedłem prawie już nic w kartonie nie było. Popatrzyłem chwilę jak rzeka zamarza, już kry szeptały (jeszcze nie byłem tak natrzepany, jak rzeka zamarza kry gęstnieją i się o siebie specyficznie ocierają, jest ich coraz więcej, aż w końcu u brzegów się haczą, zostają, potem wszystko zamiera i zamarza) i wróciłem do sklepiku po drugie wino. Oczywiście moc już była z nami no i wyzywająco pytam się sklepikarza:
- A ile taki żul sprzed sklepu może wina wypić - pytałem oczywiście wierząc że ich dziś przebije.
Sklepikarz odpowiedział wymiająco:
- To zależy...
- Rozumiem że zależy, no ale tak chociaż mniej więcej
- To naprawdę zależy!
Zbaraniałem i zapytałem:
- Od czego?
- Czy ma pieniądze.
Wryło mnie, to można pić bez pieniędzy?
- No załóżmy że ma
- A to ciągle zależy
- No niby jeszcze od czego?
- O której zaczyna...
No to się zacząłem zastanawiać i sprytnie zadałem pytanie:
- A przeciętnie o której zaczyna pić żul?
- A to różnie... - padła znów wymijająca odpowiedź.
Zirytowałem się i mówię:
- No to załóżmy że pije od południa i ma kasę
- A to i kilkanaście win
Nie znałem wtedy mema: "nie no, tyle to nie", ale tak mniej więcej pomyślałem.
Poprosiłem grzecznie o drugi litr, tego także wypiłem prawie duszkiem, ale już wiedziałem że olimpijczyków to ja nie pobije.

PS.
Po tych dwóch litrach wina wróciłem na stancję i koniecznie chciałem się z chłopakami napić, mimo że niedziela to ich namówiłem. Ile żeśmy upili to nie wiem, ostatnie co pamiętam to że byłem oparty plecami o kaloryfer (bo spałem na materacu na podłodze właśnie przy kaloryferze, to był także moj "prywatny fotel"), że było mi gorąco (nie ma to jak z mrozu -20 na +60 przy kaloryferze), a browar który trzymałem w łapie koledzy chcieli mi zabrać XD

No a potem to już opowieści moich kolegów, ale im nie wierzę, ja jestem zbyt dobrze wychowany żeby takie rzeczy odpierdolić XD
 
1,5l dziennie plus browary? W morde jeza
Był dobry zawodnik. Przez pewien czas mieliśmy stancję w Szymanowie, parę kilometrów od miasta. No i pech chciał, że lublin się zepsuł, więc dojeżdżaliśmy na budowę komunikacją miejską. Miny ludzi w autobusie były bezcenne gdy o 6 rano Darek wyciągał zza pazuchy połówkę i pociągał z gwinta. Po pierwszej flaszce, ktoś kto go nie znał, w życiu by się nie zorientował, że jest nagrzany. Chociaż i jemu zdarzały się wpadki. W jakiś weekend musiał wracać do Poznania pociągiem. Wziął kolejną flaszkę na drogę i obudził się w Szczecinie :juanlaugh:
 
W 2006 jak zaczynałem robotę w tamtej firmie to w pierwszy dzień jechałem już na delegację do wrocka. Rano spotkanie na warsztacie, zapakowanie się w 7 czy 8 osób na Lublina i w drogę. Ujechaliśmy z 1,5km i przystanek sklep. Praktycznie wszyscy jakieś browary albo flaszki brali. Tylko nie kierowca, on wolał blanty :lesnarhappy: Mój brygadzista praktycznie nie trzeźwiał. Codziennie walił około 1,5l wódy. W pierwszy weekend jak tam byłem to wyskoczyliśmy na miasto. Ja po 6 czy 7 browarach wyglądałem gorzej niż on po tej wódzie i piwach, które pił razem z nami. Dzikie to były czasy.
Od siebie mogę dorzucić historię, jak po liceum w 2009 poszedłem sobie zarobić w wakacje, na budowę właśnie.
Pierwszego dnia najważniejszym punktem było pokazanie mi gdzie jest żabka, bo "mlody" jesteś, to po browarki skakać będziesz.
Pewniego dnia poszedłem z chłopem do żabki, co już na budowie robił od lat i spotkaliśmy tam jego znajomego, który z nami pracował i wywiązała się krótka, ale jakże pamiętliwa rozmowa:

-Ooo Mariuszek witam witam nygusie!!
-Siema Łukaszek, co tam?
-Mariuszek szybkie pytanie do Ciebie mam. Jedziesz z nami na dziwki w sobotę?
-Łukasz nie mogę, mam żonę.
-Ja Ciebie nie pytam czy masz żonę, tylko czy jedziesz na dziwki.
-Dobra zadzwonię Łukasz bliżej soboty.

Także, były to piękne wakacje :antonio:
 
-Ooo Mariuszek witam witam nygusie!!
-Siema Łukaszek, co tam?
-Mariuszek szybkie pytanie do Ciebie mam. Jedziesz z nami na dziwki w sobotę?
-Łukasz nie mogę, mam żonę.
-Ja Ciebie nie pytam czy masz żonę, tylko czy jedziesz na dziwki.
-Dobra zadzwonię Łukasz bliżej soboty.
cb98616920_a_w_tej_bajce.jpg

:muttley:
 
Back
Top