Ma chyba jednak za dobre zdanie o samej idei centralnego systemu edukacyjnego i ludziach w nim pracujących ("wspaniali ludzie"), w sumie jedno z drugim się wiąże: wiara w dobro ludzi u władzy (nie mam na myśli tylko "ministra", mam na myśli wszyskich którym bezpośrednio i pośrednio oddajemy dziecko na pół (!) jego życia - snu nie licze). Z 18 lat dziecko prześpi 6 lat, 6 lat będzie z rodziną, 6 lat będzie z systemem.
Może jestem niesprawiedliwy, mam jednak wrażenie że gangrycznie wystarczającej ilości nauczycielom pasuje taka niemoc, dryfowanie, apatia, brak zaufania społecznego ale i za tym de facto brak odpowiedzialności (to wymusza na nich system, z jednej strony miażdzy ich polityczny minister z drugiej roszczeniowi rodzice), exceloza ocen, interakcje skodyfikowane do granic absurdu.
Z drugiej strony widze "aktywistów" którzy skupiają się na psychologizowaniu, ułatwianiu, rozmawianiu, emocjach, szukaniu winnych w dziecinstwie, rodzicach itp - dzieci (a w szczegolnosci chlopcy) po prostu potrzbują wzorca i jasnych reguł a nie bycia traktowanym jak dorosły który błądzi i ma się odnaleźć.
No i brak ocen? To nie chodzi o utrzymanie modelu pruskiego (który jako ten formatujący "właściwego" obywatela pasuje wszystkim opcjom politycznym), ale nawet zakładając rozproszenie i scedowanie sprawczości niżej (np 50% programu ustala "Warszawa", 25% "województwo", 25% dyrektor/rodzice) - ale nie wyobrażam sobie braku OCENY (forma jest drugorzędna, moim zdaniem jest jednak parcie na "jesteś wspaniały niezależnie od tego jaki jesteś", "wszyscy jesteśmy równymi maturzystami" - jakakolwiek zatem OCENA jest zła, chodzi o rozmycie hierarchii w danej dyscyplinie).