Podsumowanie Mystic Festival 2025
Kurz bitewny po festiwalu opadł, więc można się zabrać do podsumowań. Po ogłoszeniu line-upu i informacjach, że większość znajomych odpuszcza w tym roku tę imprezę, nastawiłem się na przejście przez Mystic w trybie showcase. Chciałem przesłuchać wielu wykonawców z różnych gatunków, posłuchać klasyki, a przede wszystkim poszukać nowości lub obadać zespoły polecane przez znajomych. Ostatecznie sam festiwal mnie nie zawiódł. Otrzymałem wiele bardzo dobrych koncertów. Nie doświadczyłem żadnego skrajnie chujowego występu porównywalnego z zeszłorocznym Paradise Lost, więc było dobrze.
Wtorek, czyli dzień brania opasek i koncerty w Wydziale Remontowym były moim zdaniem od początku pomyłką. Bleachdrinker oraz Wormrot powinny zagrać na samym festiwalu. Obie te kapele dały świetne koncerty. Szkoda, że zobaczyła je tylko mała grupka ściśnięta w gdańskim WR. Mam nadzieję, że w przyszłym roku organizatorzy nie zrobią tych koncertów, choć kumam ideę. Rozluźnia im to kolejki do wymiany karnetów w środę.
Warm Up z początku nie napawał mnie optymizmem. Znałem podanego zestawu wyłącznie Cantrella i Exodus, paru innych wykonawców raczej z nazwy. Nie myliłem się. Ostatecznie ten dzień wypadł średnio przy trzech kolejnych, lecz i tu odkryłem perełkę, czyli Witch Club Satan. Norweskie wiedźmy na długo zapadną mi w pamięć. Cantrella chętnie posłucham ponownie, a na Exodus się na 100% wybiorę, lecz tym razem obowiązkowo w młyn.
Czwartek już był kapitalnym dniem. Personalnie odbieram go jako najlepszy dzień tej edycji. Absu, Thaw, Nile, BFMV, Beherit, Suicidal, In Flames, Oranssi Pazuzu i Perturbator to były co najmniej bardzo dobre koncerty. Na pewno Beherit i Suicidal zapadną mi na długo w pamięci. Genialne wrażenia, wspaniałe emocje.
Piątek już był specyficzny. Wpierdol od burzy na Hatebreed zostanie ze mną do końca życia, tak jak i wybitny koncert Pana Arthura Browna. Reszta koncertów również trzymała poziom. Nieznane mi wcześniej zespoły dały radę. Warto tutaj pochwalić Kinga Diamonda, który jako jedyny rzeczywiście utrzymał na swoich barkach miano headlinera festiwalu. Konkretne show od scenografii i choreografii po muzykę.
Natomiast sobota była dla mnie średnia na tle innych dni. Z tego dnia zapadnie mi w pamięć przede wszystkim koncert Death Angel i wpierdol od ulewy podczas Sepultury (po raz pierwszy od prawie roku się rozchorowałem przez ten deszcz

). Złe planowanie zabolało tutaj strasznie, bo Vader się nałożył na DA, a podobno nasi zagrali kapitalny koncert.
Po takim szybkim przeleceniu przez dni, przejdę do tego co nie wyszło i tego co było dobre pod kątem organizacyjnym.
Zacznę od minusów:
1. Źle rozplanowane koncerty. Przy obecnym rozmieszczeniu scen, wszelkie stonery i mniej znane metalcory powinny wylądować w B90 i w Dizzly, a blacki, deathy i thrashe powinny zostać przeniesione na Dessert Stage, czyli w plener.
2. Brak tlenu na scenach klubowych. Mocno brakowało jakiegoś wiatraka czy coś. Przy przeładowanym lokalu było kurewsko ciężko.
3. 1/3 headów nadawał się na ten slot. Z całym szacunkiem do In Flames i Sepultury (oba bandy zagrały bardzo dobrze moim zdaniem), nie były one materiałem na headlinerów. Na grę o godzinie 20 na mainie, czy o 21:30 na Parku, jak najbardziej. Na heada wymagam kogoś rzeczywiście godnego tego miana, kogoś kto wnosi coś więcej od bardzo dobrego koncertu. Takim przykładem było zeszłoroczne Bring Me The Horizon chociażby. Nie lubię go, ale muszę oddać cesarzowi co cesarskie.
4. Zatykanie się głównej drogi przez zbyt mocne nazwiska obsadzone na Park Stage i przez strefę z merchem po drugiej stronie ulicy. Ciąg komunikacyjny tam niestety nie istniał.
5. Kieszonkowcy. Choć w tym roku skala tego procederu była o wiele niższa niż rok wcześniej.
Plusy:
1. Przeniesienie Dessert Stage w nowe miejsce. Scena ta zyskała dziesięciokrotność terenu, który miała podczas poprzednich edycji i uwierzcie, że wcale nie przesadzam. Dzięki jej przeniesieniu, ul. Elektryków się odetkała i można tam teraz sprawnie się przemieszczać.
2. Strefa chill. Kawałek od głównej sceny można było szybko coś zamówić i nie czekać wiekami na odbiór zamówienia. Bardzo dobra opcja dla kogoś, kto chce zobaczyć jak najwięcej (jak ja), ale i dla osoby, która chce odpocząć chwilę na uboczu.
3. Doły rozpiski. Jak wyżej, doświadczyłem masę złota, które grało na mniejszych scenach o jakichś losowych porach. Ogromny plus tej imprezy.
4. Głośniki z muzyką metalową na ul. Elektryków i DJ grający metal w W4 po północy. Dzięki temu Mystic mocno zyskał ducha, którego mu moim zdaniem nieco brakowało. Gęba się człowiekowi uśmiechała, gdy mijał ludzi śpiewających chóralnie np. Killing in The Name.
5. Signing sessions. W zeszłym roku trafiały tam raczej absolutne doły rozpisek, które chciały się wypromować (wyjątkiem był na pewno Voivod w 2023, niech ktoś mnie poprawi jeśli się mylę). Jednak w tym to zostało przełamane. Na spotkania się zgodziły m. in. Death Angel, Sepultura, Beherit, Archgoat, Pentagram i Arthur Brown. Bardzo wielu wykonawców na to poszło i super.
6. Artyści zwiedzający festiwal bez żadnej ochrony. Znajomi spotkali np. frontmana EODM na koncercie Suicidal i mówili, że koleś był mega spoko. Sam też mijałem wielu innych. W poprzednich latach nie było aż tak tego widać. Muzycy raczej się chowali w swoich jaskiniach, poza pojedynczymi przypadkami (np. basista Kreatora, Robb Flynn czy Nergal)
7. Widać, że organizatorzy wyciągają wnioski z poprzednich lat i słuchają ludzi odwiedzających festiwal. Ekipa Mystic nie osiada na laurach i cały czas stara się poprawiać imprezę.
8. Bardzo dobra jakość dźwięku na zdecydowanej większości koncertów.
Jeśli chodzi o koncerty, nie jestem w stanie wskazać takich typowo złych. Bardziej to były występy, które nie trafiły w mój gust.
Jeżeli jednak chodzi o topkę, sprawa jest prosta, a moje uzasadnienie widać w poprzednich postach (celowo używam myślników, bo ciężko je ustawić w kolejności):
- Arthur Brown
- Beherit
- Death Angel
- Hatebreed
- Nile
- Suicidal Tendencies
- Witch Club Satan
*honorable mentions: Bleachdrinker i Wormrot
Ogólnie impreza w tym roku promowała raczej niszowe granie. Gdybym nie był lokalsem, to bym zapewnie odpuścił Mystic 2025, ewentualnie bym wpadł na jeden dzień lub maksymalnie dwa. Sam lubię niszę, ale jednak karnet swoje kosztuje (na 2026 bilet w ciemno kosztuje 770 zł). Chciałbym więc, żeby organizatorzy wrócili do sięgania większych nazwisk. Ja bym obciął jeden dzień imprezy lub jedną scenę, jeśli jest problem z kosztami. Za Sabbath Stage umieszczoną w Dizzly Grizzly mało kto będzie tęsknił, szczególnie po tegorocznych perypetiach. Co zrobią? Zobaczymy.
Mam też listę swoich pobożnych życzeń na 2026:
1. Slipknot na heada
2. Napalm Death
3. Powrót Meshuggah
4. Samael
5. Gorgoroth
6. Marduk
7. Carpenter Brut
8. Brat, bekowy grindcore dobry na początek dnia
9. While She Sleeps, dobrego metalcore nigdy mało
10. Manowar lub Iron Maiden
11. Anthrax lub inne duże thrashowe nazwisko
Co myślicie? Co byście zobaczyli za rok?
Ja na 100% będę za rok niezależnie od rozpiski, bo nie planuję wyprowadzki z Gdańska. Dzięki serdeczne wszystkim, którzy chociaż zerknęli na moje kurewsko długie wpisy. Standardowo piszcie, jak macie coś do dodania od siebie. Konstruktywną krytykę również przyjmę na klatę. Pozdrawiam i życzę udanej reszty tygodnia!