muzyka metalowa.

Szkoda. Dawajcie znać jak będziecie gdzieś śmigać na koncerty. Ja regularnie jeżdżę po Polsce i bywam na koncertach w Warszawie, Wrocławiu czy na Śląsku, więc powinniśmy się na którymś przeciąć. :bleed:
Heilung we Wrocławiu i Machine Head w Katowicach na pewno.
 
Wormrot dowiózł. Wykurwisty koncert. Ich support, Bleachdrinker, też zajebisty. Przepiękny start festiwalu przed właściwym startem. :antonio:
 
@Papieżak,jak festiwal Byku? Czytałem, że Exodus rozjebał póki co :bleed:
Oznaczyłeś akurat w momencie, gdy zbierałem się do opisania dnia. Dobry timing! 271390372_645500050136941_1454114216347325550_n.gif
Uczciwie przyznam, że szedłem na ten dzień bez większej napinki. Na liście "obowiązkowo do zobaczenia" miałem wyłącznie Exodus i Jerrego Cantrella, reszta już była bardziej losowa. Nie myliłem się. Exodus wypadł kapitalnie. Od samego początku ogień i rura do samego końca. Ogromna energia biła od nich ze sceny. Fakt, nie jestem fanem ich twórczości (osobiście nie leży mi wokal), ale na żywo byli złotem. Nic, tylko wpierdolić się w pogo i nakurwiać do rana. :bleed:
Cantrell był świetny. Kontynuacja Alice In Chains, bardzo dobre od początku do końca. Wokale, brzmienie, wszystko na miejscu. Dawać Alice In Chains za rok na maina, to na pewno zadziała.

Resztę koncertów brałem bardziej losowo. Szukałem sobie nowych nazw, które będę stopniowo przesłuchiwał po festiwalu. Na pewno do takich zespołów mogę zaliczyć Witch Club Satan oraz Midnight.
Pierwszy zespół to trzy Norweżki, grające blacka. Zajebiście dobre granie wzmocnione dość osobliwym performancem, ale absolutnie wszystko ze sobą działa. Na pewno chętnie się wybiorę na ich występ klubowy, gdy wrócą. Na minus było to, że grały w Dizzly Grizzly, gdzie jest kurewsko ciasno. Było dużo ludzi, a mała scena je nieco ograniczała. Jest w nich potencjał na duże granie.
Jeśli chodzi o Midnight, grali coś w stylu black/speed metalu, mocno inspirowane Venomem i Motorhead. Na żywo super. Całe B90 darło mordę, skakało i się świetnie bawiło. Sam miałem przez cały występ uśmiechniętą gębę. Mega pozytywne, fajne granie.

Z innych zespołów, chciałem obczaić Castle Rat, ale burza spowodowała, że jednak poszedłem na Hideous Divinity. Niestety ten zespół okazał się być generycznym death metalem, wtórnym i przewidywalnym do bólu. Whitechapel było w sumie ok. Zwykły deathcore, ale bez większego polotu. Spróbowałem posłuchać The Kovenant, ale zupełnie mi to nie podeszło. Kompletnie nie moja bajka. Tutaj opinie są sprzeczne. Jedni odpadli, a inni byli zafascynowani, ale to jest właśnie piękno muzyki! :conorsalute:
Przesłuchałem jeszcze kawałek Halocene, ale tak chujowego metalcoru nie jestem w stanie wytrzymać. :korwinlaugh:
Miałem jeszcze skoczyć na Combichrist, ale że byłem zmęczony po robocie to odpuściłem. W końcu trzeba pociągnąć jeszcze trzy dni.

Organizacyjnie znowu na plus. Widać, że wyciągają wnioski z przeszłości. Np. Dessert Stage została przeniesiona na duży plac, dzięki czemu ul. Elektryków się nie korkuje. Dźwięk tnie jak żyletka na wszystkich scenach. Na chwilę obecną nie ma o co się przypierdolić pod tym kątem.

Plan na dziś: Absu, Thaw, Eagles of Death Metal, Ufomammut, Nile, BFMV, Beherit lub Suicidal (tutaj ogromny ból, bo Beherit trzeba zobaczyć, ale do ST mam wielki sentyment), In Flames (z braku laku) oraz Oranssi Pazuzu i Perturbator na dobitkę. Znając życie, pewnie w praniu jeszcze się trochę pozmienia i może zobaczę coś innego, czego nie mam na liście.

EDIT: Zdjęcia wróciły, więc postaram się co nieco porobić i wrzucę je w posta podsumowującego całokształt imprezy, tak jak rok temu. :bleed:
 
Ten czwartek był mocarny. Czuję, że mógł być to najmocniejszy dzień podczas edycji. :bleed:

Ruszyłem od razu z grubej rury. Na pierwszy ogień poszło Absu. Świetne mielenie blach/thrashem, mega dobre. Z Absu szybko przeskoczyłem na połowę koncertu Thaw. Noise to nie jest moja działka, ale było to zajebiście dobre. Na pewno spróbuję machnąć je kiedyś w wersji w płytowej. Początkowy koncertowy sprint kontynuowałem idąc na Eagles of Death Metal oraz Ufomammut. Pierwszy zespół grał cholernie dobrze. Przyznam, że hard rock jest dobrą odskocznią od mielenia death metalem i inną ekstremą. Kolejny plus dla organizatorów! Natomiast Ufomammut wypadli średnio. Tutaj mogło grać rolę to, że grali na powietrzu. Taka muzyka jednak lepiej wypada w mroku, a nie w dziennym świetle.

Po powyższych koncertach zwolniłem tempo przyswajania muzyki. Poszedłem na cały występ Nile i był to strzał w dziesiątkę. Zespół ten wjechał na walec i nie wziął jeńców. Kapitalny występ, mocarna forma. Pokurwione tempo, zajebiste wokale. Nic dodać, nic ująć.

Po Nile wybrałem się na Bullet for My Valentine. Jak niejednokrotnie tutaj pisałem, metalcore to nie jest moja działka, ale BFMV jest wyjątkiem od reguły. Wczorajszy występ tylko potwierdził moją opinię o tym, że jest to świetny zespół koncertowo. Fakt, do występu z Wooda w 2023 brakowało dużo, bo publika mystikowa jest niestety średnio aktywna, ale sam koncert był bardzo dobry. Trochę offtop, ale w ogóle to Matt Tuck wjechał na bombę i z długowłosego beciaka stał się gigachadem o sylwetce Belforta w prime. Ogromne chłopisko. Nieprawdopodobne jest też to, że chłop jest tylko trzy lata młodszy od naszego dociążatora, a wygląda jakby był młodszy o trzydzieści. :wtf2:

Z Bulletów wyszedłem jednak nieco wcześniej. Powód był prosty i zrozumiały: konieczność obejrzenia koncertu Beherit od deski do deski. B90 było upchane pod korek. Od samego intro było wiadomo, że mamy do czynienia z demonicznym ścierwem. Jednak gdy wjechały wokale, miałem autentycznie ciarki. To nie był koncert, to było przeżycie duchowe. Czułem się jakby mnie powoli odzierano ze skóry, następnie obsypano solą, by potem mnie wrzucić pod toczący sie czołg. Miażdżące doświadczenie.

Z Beherit wybiegłem prosto pod Park Stage, żeby złapać jak największą część koncertu Suicidal Tendencies. Wpychając się pod sam młyn zauważyłem, że Mike Muir z zespołem zapraszają na scenę dzieciaki, czasem z ich rodzicami. Po chwili na scenie znalazło się z 40 osób albo i więcej, dosłownie armia dzieciaków na koncercie takich weteranów. Przyznam, że zrobiło to na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. To jest przepiękne, że tak duży zespół jest w stanie w taki sposób wyjść do widza. I z tą armią dzieciaków zagrali dobre dwa utwory. Był piękny rozpierdol, Mike z nimi biegał w pogo na scenie. Chłop też ma energię taką samą jak 30 lat temu. Po prostu nieprawdopodobne. Jednak najlepsze było jeszcze przed nami. Podczas całej akcji, jeden dzieciak (na oko 16-18 lat) się mocno angażował na scenie. Cały czas przy mikrofonie i coś tam zagadywał gitarzystę. Po tym jak zespół zbił piątki ze wszystkimi, na scenie został ten młody, dostał gitarę i jebaniec zagrał z nimi Psycho Vision. Nie planowałem wpierdalania się w młyn, bo pod sceną jest jebane bagno i łatwo się wywalić na ryj, ale w takich okolicznościach był to obowiązek. Młody jebnął występ życia i dostał przed sobą konkretny circle pit. Ogromny plus dla ST za to co zrobili. Na 100% się wybiorę na ich następny solowy lub festiwalowy koncert w Polsce. Widać było po muzykach, że mają ogromną frajdę z grania. Weinberg po odejściu ze Slipknota ewidentnie się odrodził. Cały czas uśmiech na twarzy. Młody Truillo też zajebiście śmiga na basie. Bardzo żałuję, że nie mogłem być na tym występie w całości, ale jednak Beherit to jedna szansa na milion, a Suicidal Tendencies nie ucieknie.

Potem poszedłem na In Flames. Nie spodziewałem się wiele, bo znajomi mnie ostrzegali, że IF nie jest w najlepszej formie, ale miło się zaskoczyłem. Grali naprawdę solidnie i słuchało się tego bardzo dobrze. W tym wypadku również nie zostałem do końca, bo zależało mi na posłuchaniu Oranssi Pazuzu. Kolejny pozytywnie odklejony koncert, który uświadomił mnie o tym, że muzyka metalowa nie ma granic. Nieprawdopodobny mix wszystkiego. Piorunujące wokale i chora energia.

Z OP wyszedłem wcześniej na cały koncert Perturbatora. Nie ukrywam, że darzę jego muzykę sympatią od lat. Facet gra mroczną elektronikę, która świetnie się broni na żywo. Co koncert inna setlista z kilkoma "klasykami". Nowe oświetlenie Park Stage też robiło robotę.

Podsumowując, zwycięzców czwartku jest bezdyskusyjnie dwóch: Beherit i Suicidal Tendencies.

Poniżej zdjęcia:
1749211810460.png

Rozpierdol na scenie podczas koncertu ST

1749211900963.png

Bulleci nakurwiają

1749212073282.png

Beherit odprawia swój obrządek

1749212125383.png

Perturbator ciśnie swoje po bożemu
 
Ten czwartek był mocarny. Czuję, że mógł być to najmocniejszy dzień podczas edycji. :bleed:

Ruszyłem od razu z grubej rury. Na pierwszy ogień poszło Absu. Świetne mielenie blach/thrashem, mega dobre. Z Absu szybko przeskoczyłem na połowę koncertu Thaw. Noise to nie jest moja działka, ale było to zajebiście dobre. Na pewno spróbuję machnąć je kiedyś w wersji w płytowej. Początkowy koncertowy sprint kontynuowałem idąc na Eagles of Death Metal oraz Ufomammut. Pierwszy zespół grał cholernie dobrze. Przyznam, że hard rock jest dobrą odskocznią od mielenia death metalem i inną ekstremą. Kolejny plus dla organizatorów! Natomiast Ufomammut wypadli średnio. Tutaj mogło grać rolę to, że grali na powietrzu. Taka muzyka jednak lepiej wypada w mroku, a nie w dziennym świetle.

Po powyższych koncertach zwolniłem tempo przyswajania muzyki. Poszedłem na cały występ Nile i był to strzał w dziesiątkę. Zespół ten wjechał na walec i nie wziął jeńców. Kapitalny występ, mocarna forma. Pokurwione tempo, zajebiste wokale. Nic dodać, nic ująć.

Po Nile wybrałem się na Bullet for My Valentine. Jak niejednokrotnie tutaj pisałem, metalcore to nie jest moja działka, ale BFMV jest wyjątkiem od reguły. Wczorajszy występ tylko potwierdził moją opinię o tym, że jest to świetny zespół koncertowo. Fakt, do występu z Wooda w 2023 brakowało dużo, bo publika mystikowa jest niestety średnio aktywna, ale sam koncert był bardzo dobry. Trochę offtop, ale w ogóle to Matt Tuck wjechał na bombę i z długowłosego beciaka stał się gigachadem o sylwetce Belforta w prime. Ogromne chłopisko. Nieprawdopodobne jest też to, że chłop jest tylko trzy lata młodszy od naszego dociążatora, a wygląda jakby był młodszy o trzydzieści. :wtf2:

Z Bulletów wyszedłem jednak nieco wcześniej. Powód był prosty i zrozumiały: konieczność obejrzenia koncertu Beherit od deski do deski. B90 było upchane pod korek. Od samego intro było wiadomo, że mamy do czynienia z demonicznym ścierwem. Jednak gdy wjechały wokale, miałem autentycznie ciarki. To nie był koncert, to było przeżycie duchowe. Czułem się jakby mnie powoli odzierano ze skóry, następnie obsypano solą, by potem mnie wrzucić pod toczący sie czołg. Miażdżące doświadczenie.

Z Beherit wybiegłem prosto pod Park Stage, żeby złapać jak największą część koncertu Suicidal Tendencies. Wpychając się pod sam młyn zauważyłem, że Mike Muir z zespołem zapraszają na scenę dzieciaki, czasem z ich rodzicami. Po chwili na scenie znalazło się z 40 osób albo i więcej, dosłownie armia dzieciaków na koncercie takich weteranów. Przyznam, że zrobiło to na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. To jest przepiękne, że tak duży zespół jest w stanie w taki sposób wyjść do widza. I z tą armią dzieciaków zagrali dobre dwa utwory. Był piękny rozpierdol, Mike z nimi biegał w pogo na scenie. Chłop też ma energię taką samą jak 30 lat temu. Po prostu nieprawdopodobne. Jednak najlepsze było jeszcze przed nami. Podczas całej akcji, jeden dzieciak (na oko 16-18 lat) się mocno angażował na scenie. Cały czas przy mikrofonie i coś tam zagadywał gitarzystę. Po tym jak zespół zbił piątki ze wszystkimi, na scenie został ten młody, dostał gitarę i jebaniec zagrał z nimi Psycho Vision. Nie planowałem wpierdalania się w młyn, bo pod sceną jest jebane bagno i łatwo się wywalić na ryj, ale w takich okolicznościach był to obowiązek. Młody jebnął występ życia i dostał przed sobą konkretny circle pit. Ogromny plus dla ST za to co zrobili. Na 100% się wybiorę na ich następny solowy lub festiwalowy koncert w Polsce. Widać było po muzykach, że mają ogromną frajdę z grania. Weinberg po odejściu ze Slipknota ewidentnie się odrodził. Cały czas uśmiech na twarzy. Młody Truillo też zajebiście śmiga na basie. Bardzo żałuję, że nie mogłem być na tym występie w całości, ale jednak Beherit to jedna szansa na milion, a Suicidal Tendencies nie ucieknie.

Potem poszedłem na In Flames. Nie spodziewałem się wiele, bo znajomi mnie ostrzegali, że IF nie jest w najlepszej formie, ale miło się zaskoczyłem. Grali naprawdę solidnie i słuchało się tego bardzo dobrze. W tym wypadku również nie zostałem do końca, bo zależało mi na posłuchaniu Oranssi Pazuzu. Kolejny pozytywnie odklejony koncert, który uświadomił mnie o tym, że muzyka metalowa nie ma granic. Nieprawdopodobny mix wszystkiego. Piorunujące wokale i chora energia.

Z OP wyszedłem wcześniej na cały koncert Perturbatora. Nie ukrywam, że darzę jego muzykę sympatią od lat. Facet gra mroczną elektronikę, która świetnie się broni na żywo. Co koncert inna setlista z kilkoma "klasykami". Nowe oświetlenie Park Stage też robiło robotę.

Podsumowując, zwycięzców czwartku jest bezdyskusyjnie dwóch: Beherit i Suicidal Tendencies.

Poniżej zdjęcia:
View attachment 125549
Rozpierdol na scenie podczas koncertu ST

View attachment 125550
Bulleci nakurwiają

View attachment 125551
Beherit odprawia swój obrządek

View attachment 125552
Perturbator ciśnie swoje po bożemu
Piękne opisy, zdjęcia. Czego chcieć więcej. Czytam Twoje opisy, to normalnie jakbym czytał noise magazine. Masz lekkie pióro Byku.
 
Piękne opisy, zdjęcia. Czego chcieć więcej. Czytam Twoje opisy, to normalnie jakbym czytał noise magazine. Masz lekkie pióro Byku.
Miło mi to czytać! Dziękuję bardzo za docenienie! :conorsalute:
Staram się to przekazać w miarę jak najczytelniej, ale i znośnie bez przeginania pod kątem stylistycznym. Natomiast zdjęcia robię jak leci, gdy mam akurat moment jak tłum się nie miota. :korwinlaugh:
Wrzucanie takich zespołów jak ufomammut czy beherit za dnia, to zbijanie klimatu ich muzyki.
Beherit grał akurat w klubie. Tam to siadło perfekcyjnie. Z Ufomammut był ten problem, że oni weszli na zastępstwo, więc z dużym prawdopodobieństwem został im taki, a nie inny slot.
Dopiero teraz widzę, że kawałki AiC śpiewał Greg z Dillinger:antonio::antonio:
O w kurwę, przecież to rzeczywiście był Greg Puciato. Cały koncert kojarzyłem tę gębę, ale nie mogłem połączyć go z konkretnym nazwiskiem... Fakt, on brzmiał zajebiście dobrze na tym wokalu.
 
Miło mi to czytać! Dziękuję bardzo za docenienie! :conorsalute:
Staram się to przekazać w miarę jak najczytelniej, ale i znośnie bez przeginania pod kątem stylistycznym. Natomiast zdjęcia robię jak leci, gdy mam akurat moment jak tłum się nie miota. :korwinlaugh:

Beherit grał akurat w klubie. Tam to siadło perfekcyjnie. Z Ufomammut był ten problem, że oni weszli na zastępstwo, więc z dużym prawdopodobieństwem został im taki, a nie inny slot.

O w kurwę, przecież to rzeczywiście był Greg Puciato. Cały koncert kojarzyłem tę gębę, ale nie mogłem połączyć go z konkretnym nazwiskiem... Fakt, on brzmiał zajebiście dobrze na tym wokalu.
Dziś jakie koncerty w planie? Idziesz na King Diamond?
 
Dziś jakie koncerty w planie? Idziesz na King Diamond?
Dzisiaj będzie okrutnie intensywnie. Obowiązkowo idę na Hatebreed, Archgoat, WASP, King Diamond oraz na Arthura Browna. W praktyce będzie tego w kurwę więcej, tak jak wczoraj z resztą. Trzymaj kciuki, żeby deszcz mnie nie dojechał :korwinlaugh:
 
Dzisiaj będzie okrutnie intensywnie. Obowiązkowo idę na Hatebreed, Archgoat, WASP, King Diamond oraz na Arthura Browna. W praktyce będzie tego w kurwę więcej, tak jak wczoraj z resztą. Trzymaj kciuki, żeby deszcz mnie nie dojechał :korwinlaugh:
O Bratku, ale piękny dzień Ciebie czeka :antonio: Na Hatebreed I Archgoat wyczuwam, że będzie młyn jak jasna cholera:bleed: Stary przy takim składzie, to deszcz nie odważy się padać :robbie:
 
Stało się! Hatebreed zagrało epicki koncert, zakończony wjazdem wału szkwałowego podczas Destroy Everything... :antonio:
Najlepsze jest to, że już mieli się zwijać, ale zagrali jeszcze intro Raining Blood :robbie:
Przemoczylo mnie do suchej nitki, ale przebrałem się i próbuję wrócić na Archgoat!:irish:
 
Piątek, czyli od Hatebreed po KRÓLA Arthura Browna

Tak jak wspomniałem wczoraj, plan był na Hatebreed, Archgoat, WASP, King Diamond oraz na Arthura Browna, a w praktyce dorzuciłem jeszcze Signs of the Swarm, Graphic Nature, Eyehategod oraz Opeth. Oczywiście dalej cisnąłem w trybie "showcase", czyli starałem się posłuchać jak najwięcej. W całości z tego zestawu obejrzałem Hatebreed, Graphic Nature oraz Arthura Browna. Resztę brałem przynajmniej w połowie.

Zacząłem od Hatebreed. Moja relacja była wtedy okrojona, ale generalnie wyszło złoto. Koncert od początku do końca niósł ze sobą ogrom energii. Zespół miał frajdę z grania, a z reguły martwa mystikowa publika ruszyła w młyn od razu. "Piłka śmierci" też zrobiła robotę. Jestem zaskoczony tym, że nie wyjebało jej za płot imprezy, bo latała wszędzie. Burzę wjeżdżającą przy Destroy Everything i to szybkie Raining Blood będę pamiętał do końca życia. Top 1 efektów specjalnych na koncertach, jakie kiedykolwiek doświadczyłem, a byłem na Rammsteinie, więc mam porównanie. :korwinlaugh:
Był to mój pierwszy koncert Hatebreed i na pewno nie ostatni. Na pewno był to jeden z najlepszych występów na tym festiwalu.

Po przemoczeniu do suchej nitki szybko zawinąłem do domu i wróciłem w połowie koncertu Archgoat. Niestety organizatorzy wpakowali ich do Dizzly Grizzly, które jest najmniejszym lokalem, przez co słuchałem tego koncertu w przedsionku klubu. Nie jestem w stanie o nim czegoś więcej powiedzieć, ale koleżanka była pod sceną i mówiła, że wyszedł świetny koncert, lecz Beherit był według niej lepszy.

Z Archgoat poszedłem na Signs of the Swarm, czyli na nieznany mi wcześniej deathcore. Tutaj się bardzo pozytywnie zaskoczyłem, bo otrzymałem fajny występ energicznego zespołu. Ponownie publika fajnie reagowała, darła mordę i pogo też było godne. Na pewno ich sobie obczaję z płyty, gdy będę miał nastrój na deathcore. Na minus był lokal, w którym grali. B90 było stosunkowo puste. Moim zdaniem powinni grać w Dizzly zamiast Archgoat i byłoby git.

Następnie wylądowałem na Graphic Nature. Był to kolejny nieznany mi projekt, który wypadł bardzo fajnie. Chłopaki grały numetal i to całkiem solidny. Znowu publika dała radę. Również dam im szansę z odtworzenia.

Później trafiłem na Eyehategod. Kawał solidnego sludża. Dobrze się tego słuchało, jednak Crowbar podchodzi mi zdecydowanie lepiej. Miałem plan obejrzeć ich w całości, ale skusiłem się wybrać na połówkę Opeth. Nie było warto. Kumam, że ten zespół ma swoich fanów i ludzie ich lubią, ale zupełnie mi oni nie podchodzą, a bucowaty Akerfeld jest dla mnie zbyt przerysowany w swojej kreacji scenicznej.

Przechodząc do WASP muszę stwierdzić, że zespół ten zebrał chyba największą publikę pod Park Stage (drugiej największej scenie na tym festiwalu). Kumam, że planowanie line upu jest kurewsko ciężkim zadaniem, ale uważam, że mogli ich zmienić miejscami z Jinjer. Przyszedłem na WASP dobre 10 minut przed i nie byłem w stanie znaleźć sobie względnie sensownego miejsca przed sceną. Wracając do gry, zajebiście przyjemnie się słuchało tego grania. Jazda na sentymentach od samego startu. Jednak mam pewien problem z tym występem, że to nie było nic poza tym. Po prostu solidnie zagrany występ, nic więcej. Był to dobrze odcięty kupon. Blackie brzmiał jak na albumach. Niektórzy wręcz się zastanawiali czy nie leci z playbacku. Jednak brakowało jakiejkolwiek spontaniczności czy kontaktu z publiką, co w tej muzyce jest moim zdaniem ważne. To nie Beherit, który odprawia mroczne nabożeństwo i leci swoje przez cały koncert.

No i wylądowałem na koncercie Kinga Diamonda. Niestety rozpoczęło się fatalnie. Duńczyk brzmiał jak przez przesterowany głośnik. Nic się nie dało usłyszeć, tylko ogromny trzask. Na szczęście szybko to naprawili i w połowie drugiego utworu już się dało go w miarę dobrze usłyszeć. Przyznaję, że ten człowiek się nie starzeje. 70 urodziny się powoli zbliżają, a on dalej świetnie się rusza, a przede wszystkim kapitalnie stoi pod kątem wokalnym. Koncert był spektaklem, demonicznym spektaklem jednego aktora. Scenografia robiła robotę jak na Mercyful Fate, lecz w tym wypadku więcej było pracy z rekwizytami. Zdecydowanie warto zobaczyć ten występ na żywo! Jednak czysto subiektywnie przyznam, że Mercyful Fate w 2022 podeszło mi bardziej na żywo, ale to raczej kwestia stylu muzycznego. Wolę Kinga w twórczości z MF.

Z pewnym żalem opuściłem ten koncert przed czasem, bo chciałem obejrzeć koncert Arthura Browna w całości. King zapewne wróci w przyszłości do Polski, a z dziadkiem Brownem może być różnie. W końcu w tym miesiącu będzie obchodził 83 urodziny.
Powiem tak, Arthur Brown jest szefem nad szefami. Genialna forma wokalna. Czułem się jakbym słuchał Bowiego lub Morrisona. Organy Hammonda pięknie trzymały ten występ. Ogólnie muzycy w jego zespole byli świetni. Mega dobrze grali. Wracając, Pan Arthur był również w świetnej formie fizycznej. Skakał, tańczył ruszał się na tej scenie tak, jakby był co najmniej o 30 lat młodszy. Chciałbym być w takiej formie w jego wieku. Fire weszło jak złoto, ale i reszta jego twórczości. Fakt, ten show z przebierankami był lekko groteskowy, ale o to właśnie chodzi w jego twórczości! To jest pierdolony pionier tego stylu. On może wszystko! Widać też było, że dziadek ma ogromną przyjemność z gry. Publika była zachwycona. Cieszę się, że mogłem doświadczyć tego występu na żywo. To było coś.

Podsumowując dzisiejszy dzień. Było bardzo dobrze, ale zwycięzców mam dwóch: Hatebreed i Arthura Browna. Dwa muzyczne skraje, ale cóż zrobić. To jest właśnie piękno muzyki. Na minus: złe rozlokowanie artystów, szczególnie Archgoat.

Niestety też muszę wspomnieć o kieszonkowcach. Znowu kurwy grasują i okradają ludzi. Na szczęście nie na taką skalę jak rok temu, bo ludzie są czujniejsi, ale nadal ten obrzydliwy proceder ma miejsce.

Dorzucam kilka zdjęć:
1749298317364.png

Pan Arthur Brown w jednej ze swoich osobliwych kreacji


1749298466153.png

King Diamond na swojej epickiej scenie

1749298512250.png

WASP i ich potężna scenografia :korwinlaugh:
 
Piątek, czyli od Hatebreed po KRÓLA Arthura Browna

Tak jak wspomniałem wczoraj, plan był na Hatebreed, Archgoat, WASP, King Diamond oraz na Arthura Browna, a w praktyce dorzuciłem jeszcze Signs of the Swarm, Graphic Nature, Eyehategod oraz Opeth. Oczywiście dalej cisnąłem w trybie "showcase", czyli starałem się posłuchać jak najwięcej. W całości z tego zestawu obejrzałem Hatebreed, Graphic Nature oraz Arthura Browna. Resztę brałem przynajmniej w połowie.

Zacząłem od Hatebreed. Moja relacja była wtedy okrojona, ale generalnie wyszło złoto. Koncert od początku do końca niósł ze sobą ogrom energii. Zespół miał frajdę z grania, a z reguły martwa mystikowa publika ruszyła w młyn od razu. "Piłka śmierci" też zrobiła robotę. Jestem zaskoczony tym, że nie wyjebało jej za płot imprezy, bo latała wszędzie. Burzę wjeżdżającą przy Destroy Everything i to szybkie Raining Blood będę pamiętał do końca życia. Top 1 efektów specjalnych na koncertach, jakie kiedykolwiek doświadczyłem, a byłem na Rammsteinie, więc mam porównanie. :korwinlaugh:
Był to mój pierwszy koncert Hatebreed i na pewno nie ostatni. Na pewno był to jeden z najlepszych występów na tym festiwalu.

Po przemoczeniu do suchej nitki szybko zawinąłem do domu i wróciłem w połowie koncertu Archgoat. Niestety organizatorzy wpakowali ich do Dizzly Grizzly, które jest najmniejszym lokalem, przez co słuchałem tego koncertu w przedsionku klubu. Nie jestem w stanie o nim czegoś więcej powiedzieć, ale koleżanka była pod sceną i mówiła, że wyszedł świetny koncert, lecz Beherit był według niej lepszy.

Z Archgoat poszedłem na Signs of the Swarm, czyli na nieznany mi wcześniej deathcore. Tutaj się bardzo pozytywnie zaskoczyłem, bo otrzymałem fajny występ energicznego zespołu. Ponownie publika fajnie reagowała, darła mordę i pogo też było godne. Na pewno ich sobie obczaję z płyty, gdy będę miał nastrój na deathcore. Na minus był lokal, w którym grali. B90 było stosunkowo puste. Moim zdaniem powinni grać w Dizzly zamiast Archgoat i byłoby git.

Następnie wylądowałem na Graphic Nature. Był to kolejny nieznany mi projekt, który wypadł bardzo fajnie. Chłopaki grały numetal i to całkiem solidny. Znowu publika dała radę. Również dam im szansę z odtworzenia.

Później trafiłem na Eyehategod. Kawał solidnego sludża. Dobrze się tego słuchało, jednak Crowbar podchodzi mi zdecydowanie lepiej. Miałem plan obejrzeć ich w całości, ale skusiłem się wybrać na połówkę Opeth. Nie było warto. Kumam, że ten zespół ma swoich fanów i ludzie ich lubią, ale zupełnie mi oni nie podchodzą, a bucowaty Akerfeld jest dla mnie zbyt przerysowany w swojej kreacji scenicznej.

Przechodząc do WASP muszę stwierdzić, że zespół ten zebrał chyba największą publikę pod Park Stage (drugiej największej scenie na tym festiwalu). Kumam, że planowanie line upu jest kurewsko ciężkim zadaniem, ale uważam, że mogli ich zmienić miejscami z Jinjer. Przyszedłem na WASP dobre 10 minut przed i nie byłem w stanie znaleźć sobie względnie sensownego miejsca przed sceną. Wracając do gry, zajebiście przyjemnie się słuchało tego grania. Jazda na sentymentach od samego startu. Jednak mam pewien problem z tym występem, że to nie było nic poza tym. Po prostu solidnie zagrany występ, nic więcej. Był to dobrze odcięty kupon. Blackie brzmiał jak na albumach. Niektórzy wręcz się zastanawiali czy nie leci z playbacku. Jednak brakowało jakiejkolwiek spontaniczności czy kontaktu z publiką, co w tej muzyce jest moim zdaniem ważne. To nie Beherit, który odprawia mroczne nabożeństwo i leci swoje przez cały koncert.

No i wylądowałem na koncercie Kinga Diamonda. Niestety rozpoczęło się fatalnie. Duńczyk brzmiał jak przez przesterowany głośnik. Nic się nie dało usłyszeć, tylko ogromny trzask. Na szczęście szybko to naprawili i w połowie drugiego utworu już się dało go w miarę dobrze usłyszeć. Przyznaję, że ten człowiek się nie starzeje. 70 urodziny się powoli zbliżają, a on dalej świetnie się rusza, a przede wszystkim kapitalnie stoi pod kątem wokalnym. Koncert był spektaklem, demonicznym spektaklem jednego aktora. Scenografia robiła robotę jak na Mercyful Fate, lecz w tym wypadku więcej było pracy z rekwizytami. Zdecydowanie warto zobaczyć ten występ na żywo! Jednak czysto subiektywnie przyznam, że Mercyful Fate w 2022 podeszło mi bardziej na żywo, ale to raczej kwestia stylu muzycznego. Wolę Kinga w twórczości z MF.

Z pewnym żalem opuściłem ten koncert przed czasem, bo chciałem obejrzeć koncert Arthura Browna w całości. King zapewne wróci w przyszłości do Polski, a z dziadkiem Brownem może być różnie. W końcu w tym miesiącu będzie obchodził 83 urodziny.
Powiem tak, Arthur Brown jest szefem nad szefami. Genialna forma wokalna. Czułem się jakbym słuchał Bowiego lub Morrisona. Organy Hammonda pięknie trzymały ten występ. Ogólnie muzycy w jego zespole byli świetni. Mega dobrze grali. Wracając, Pan Arthur był również w świetnej formie fizycznej. Skakał, tańczył ruszał się na tej scenie tak, jakby był co najmniej o 30 lat młodszy. Chciałbym być w takiej formie w jego wieku. Fire weszło jak złoto, ale i reszta jego twórczości. Fakt, ten show z przebierankami był lekko groteskowy, ale o to właśnie chodzi w jego twórczości! To jest pierdolony pionier tego stylu. On może wszystko! Widać też było, że dziadek ma ogromną przyjemność z gry. Publika była zachwycona. Cieszę się, że mogłem doświadczyć tego występu na żywo. To było coś.

Podsumowując dzisiejszy dzień. Było bardzo dobrze, ale zwycięzców mam dwóch: Hatebreed i Arthura Browna. Dwa muzyczne skraje, ale cóż zrobić. To jest właśnie piękno muzyki. Na minus: złe rozlokowanie artystów, szczególnie Archgoat.

Niestety też muszę wspomnieć o kieszonkowcach. Znowu kurwy grasują i okradają ludzi. Na szczęście nie na taką skalę jak rok temu, bo ludzie są czujniejsi, ale nadal ten obrzydliwy proceder ma miejsce.

Dorzucam kilka zdjęć:
View attachment 125573
Pan Arthur Brown w jednej ze swoich osobliwych kreacji


View attachment 125575
King Diamond na swojej epickiej scenie

View attachment 125576
WASP i ich potężna scenografia :korwinlaugh:
Opis złoto:antonio: Co do Eyehategod i Crowbar - dla mnie oba zespoły, to kult absolutny. W Eyehategod podoba mi się ten nihilistyczny sabbatowski klimat. To jest coś wspaniałego. Crowbar to muzyka, przy której martwe ciągi podnoszą się same. Kirk to szef i nie tutaj gadania :D ! Zawsze byłem ciekawy, jak Opeth wypada festiwalowo. Dla mnie to jest to muzyka, głównie skierowana do wiary, co lubuje się w bardziej klimatycznym graniu, co nie zmienia faktu, że doceniam ich albumy gdzie grają jak wyjęci z lat 70. WASP, to kult jak Van Halen, Ratt czy Dokken. Hatebreed nawet nie ma pisać - dla mnie Oni, Terror, Madball, Agnostic Front to Wielka Czwórka hardcore. Jeśli chodzi o King Diamond, to jestem szalikowcem tego wspaniałego zespołu ( MF też oczywiście), jak kiedyś się zbiorę to wrzucę kolekcję płyt. Cholera chyba wieczorem odpalam Beherit Byku :bleed:
 
Opis złoto:antonio: Co do Eyehategod i Crowbar - dla mnie oba zespoły, to kult absolutny. W Eyehategod podoba mi się ten nihilistyczny sabbatowski klimat. To jest coś wspaniałego. Crowbar to muzyka, przy której martwe ciągi podnoszą się same. Kirk to szef i nie tutaj gadania :D ! Zawsze byłem ciekawy, jak Opeth wypada festiwalowo. Dla mnie to jest to muzyka, głównie skierowana do wiary, co lubuje się w bardziej klimatycznym graniu, co nie zmienia faktu, że doceniam ich albumy gdzie grają jak wyjęci z lat 70. WASP, to kult jak Van Halen, Ratt czy Dokken. Hatebreed nawet nie ma pisać - dla mnie Oni, Terror, Madball, Agnostic Front to Wielka Czwórka hardcore. Jeśli chodzi o King Diamond, to jestem szalikowcem tego wspaniałego zespołu ( MF też oczywiście), jak kiedyś się zbiorę to wrzucę kolekcję płyt. Cholera chyba wieczorem odpalam Beherit Byku :bleed:
Nakurwiaj Beherit. Wspaniały zespół cudowna twórczość. Dzisiaj też będzie ogień z dupy. W planie mam przede wszystkim Skeletal Remains, Death Angel, Pentagram i Sepę. W ogóle Mystic w tym roku zajebiście stoi pod kątem spotkań z artystami. Dzisiaj będzie można zbić grabę z Sepą i z Lieblingiem. :antonio:
 
@Papieżak
Jutro ogarnę wszystkie wpisy, mega żałuję że nie dojadę no ale nieobecność z powodu tego co opisałem w HP.
Jedyne co mogę napisać to wierzę, że Hatebreed rozpierdala. Rok temu razem z Crowbar mega koncert we Wrocku dali.
 
Nakurwiaj Beherit. Wspaniały zespół cudowna twórczość. Dzisiaj też będzie ogień z dupy. W planie mam przede wszystkim Skeletal Remains, Death Angel, Pentagram i Sepę. W ogóle Mystic w tym roku zajebiście stoi pod kątem spotkań z artystami. Dzisiaj będzie można zbić grabę z Sepą i z Lieblingiem. :antonio:
Wyczuwam, że na Pentagramie będzie tak:
attachment-Untitled-design-16.jpg

Skeletal, to bardzo fajny death metal nowej szkoły. Cenię bardzo. Death Angel ich debiut to dla mnie dzieło kultowe na zawsze, czekam aż kiedyś zostanie wznowione na cd/winyl. Oj Sepa, może też zrobić naprawdę mocarną robotę coś czuję :bleed:
 
@Papieżak
Jutro ogarnę wszystkie wpisy, mega żałuję że nie dojadę no ale nieobecność z powodu tego co opisałem w HP.
Jedyne co mogę napisać to wierzę, że Hatebreed rozpierdala. Rok temu razem z Crowbar mega koncert we Wrocku dali.
Na spokojnie. Jutro podrzucę jeszcze raport z soboty i machnę osobny post z podsumowaniem całokształtu imprezy (tu raczej bardziej zwięźle). Życzę zdrówka! Rozpierdol to ścierwo! :bleed:
Wyczuwam, że na Pentagramie będzie tak:
attachment-Untitled-design-16.jpg

Skeletal, to bardzo fajny death metal nowej szkoły. Cenię bardzo. Death Angel ich debiut to dla mnie dzieło kultowe na zawsze, czekam aż kiedyś zostanie wznowione na cd/winyl. Oj Sepa, może też zrobić naprawdę mocarną robotę coś czuję :bleed:
Będzie ogień na wszystkich. Na Sepie się ustawiam na wprost Andreasa. Chcę mieć jego kostkę w kolekcji! :irish:
 
I niebo zapłakało po wielkim zespole...
1749387246643.png

Piątek był na Mysticu dość specyficznym dniem. Głównie była szybkość, ale znalazłem też moment na spowolnienie.

Zacząłem od Skeletal Remains. Bardzo dobre granie. Chętnie zobaczę na klubowym koncercie. Wyróżniają się mocno na tle innych zespołów deathmetalowych. Mają swój styl i charakterystyczny wokal. Występ na plus. Po nich poszedłem zobaczyć fragment koncertu Dark Tranquility. Przesłuchałem dobre 20 minut i znowu trafiłem na dobry koncert. Solidne granie, dobry kontakt z publiką. Nie było się do czego przywalić. Następnie trafiłem na Slomosę. Niby granie stonerowe, ale jednak nie do końca. Zajeżdżało trochę grunge. Oryginalny projekt, chętnie rzucę okiem na twórczość albumową, gdy przyjdzie mi moment na spokojniejszą muzykę.

Po tym, iście showcase'owym, starcie poszedłem na koncert Death Angel, na który długo czekałem. Przyznam, że to właśnie na nich sobie ostrzyłem zęby najbardziej z tego dnia. Dostałem złoto. Start od Mistress of Pain i Voracious Souls to było cudo. Osegueda na wokalu w wybitnej formie. Miałem ciary jak zawył na intro. Gitary cięły jak pojebane. Cały koncert został pociągnięty w chorym tempie, a B90 zapłonęło. Tutaj chyba publika była najaktywniejsza, a zespół cały czas podkręcał atmosferę. Thrash najwyższej próby. Ten koncert mnie zachęcił do zagłębienia się bardziej w ich twórczość. Myślę, że nadrabianie muzycznych zaległości zacznę właśnie od nich. Kolejny koncert Death Angel w Polsce to formalność. Panowie się zajebiście bawili podczas grania u nas. Obecność na ich kolejnym występie to obowiązek. Idźcie jeśli lubicie thrash i rozpierdol pod sceną. Nie zawiedziecie się. Dla mnie był to jeden z najlepszych koncertów na tym festiwalu mimo, iż krótki. Wjechali walcem i rozjechali.

Następnie posłuchałem sobie fragmentu rozmowy z Andreasem Kisserem. Opowiadał m. in. o tym jak znajdowali inspirację podczas nagrywania Chaos A.D. Mam nadzieję, że wrzucą tę rozmowę na youtuba. Chętnie sobie przesłucham, bo Jarek Szubrycht zadawał mu ciekawe pytania, a miałem dosłownie 10 minut luzu (wywiad trwał godzinę).

Od razu po tym wylądowałem na Pentagramie. Frekwencja na tym koncercie przerosła moje oczekiwania. Spodziewałem się tłumów, ale nie aż takich, przez co koncert oglądałem z dystansu i nie mogłem z bliska zobaczyć jak Bobby kręci mordą. :childcry:
Co by nie mówić, Liebling brzmiał DOSŁOWNIE jak na albumach. Jebany jest ghoulem czy innym energetycznym zombie, który już domyślnie urodził się stary. Zdaję sobie sprawę, że szanse na powrót Pentagram do Polski są małe, ale będę chciał ich zobaczyć jeszcze raz, jeśli to się stanie. Choreografia Bobbyego była niepowtarzalna, a oglądanie tego z daleka osłabia przekaz niestety. Nie wiem też jak z nim było na M&G, bo odpuszczam takie akcje na rzecz słuchania muzyki. Swoją drogą, preferuję pogadanki z artystami czy sportowcami jakoś przy okazji, a nie na zorganizowanych spotkaniach, bo wtedy jest czas tylko na zbicie graby i autograf oraz szybką fotę.

Po Pentagramie poszedłem na projekt Blood, Fire & Death, czyli tribute to Bathory & Quorthon. Nie miałem w tym wypadku szczególnie wysokich wymagań, bo nie jestem fanem tribute bandów, ale w tym wypadku brzmiało to na prawdę nieźle. Ciekawostką był też występ Nergala podczas utworu Raise The Dead. Wypadł dobrze moim zdaniem. Projekt na plus, lecz wolałbym jednak coś innego w tym miejscu. Wynika to wyłącznie z mojej niechęci do tribute bandów.

Następnie wylądowałem na Sepie. Tak jak tu niejednokrotnie wspominałem, jest to jeden z moich ulubionych zespołów, więc miejsce pod sceną wziąłem obowiązkowo. Kostki Andreasa się niestety nie udało złapać, ale to nie jest najważniejsze. To tylko dodatek do tej zabawy.
Sam koncert uważam za po prostu dobry. Sepultura zawsze wypada co najmniej solidnie. Jednak zawiodłem się na Greysonie Nekrutmanie. Jest to kapitalny bębniarz, który w przyszłości będzie na pewno jednym z najlepszych na świecie, bez podziału na gatunki. Podczas wczorajszego koncertu kilka razy zgubił tempo, np. podczas grania "Propagandy". Było widać po Kisserze, że jest coś nie tak i że musi zaimprowizować na gitarze, żeby dogonić młodego. :korwinlaugh:
Co zabawne, w jednym momencie wyszło to na plus, bo młody znacznie przyspieszył w połowie Arise i kurewsko szybki utwór stał się jeszcze szybszy i całkiem śmieszne było to jak Derrick ze swoim chrypliwym głosem próbował dogonić sprintującego na bębnach Greysona, któremu Andreas i Paulo nie odstawali. Na minus też brak perkusyjnego solo przed Rattamahattą, które było stałym elementem ich koncertu niezależnie od perkusisty. Niby trwa to tylko niecałą minutę, ale bardzo mi tego zabrakło. Jednak fajnie jest móc posłuchać improwizacji granej przez takiego świra jak Nekrutman. Nie byłbym zaskoczony, gdyby młody po prostu zbyt luźno podszedł do koncertu. Z tego co widziałem u niego na socjalach i co mi znajomi pisali, Greyson dzień wcześniej łaził po koncertach na Mysticu, a wczoraj przez pół dnia zwiedzał Gdańsk. Shit happens, nawet najlepszym się zdarza. Nie zmienia to jednak mojej pozytywnej opinii o tym zespole i o nim. Kisser nadal gitarowo daje radę. Jestem bardzo ciekaw jego kolejnych kroków, bo powiedział, że planuje eksperymentować nad muzyką gitarową.

Warto też dodać, że młyn na ich koncercie był na prawdę solidny, jeden z największych na całym festiwalu. Publika też pięknie śpiewała wszystkie utwory po kolei, więc występ musiał się podobać. Deszcz dodał tylko klimatu. Na pewno będą głosy malkontentów, że "khuuuu... Derrick chuja warty, Max najlepszy". Szkoda tylko, że Sepa z Derrickiem gra wysoko w rozpiskach dużych festiwali, a Max odkurza swoje stare projekty (np. Nailbomb bez Alexa Newporta), byleby cokolwiek zarobić i gra po małych klubach wrzeszcząc "No Cavalera, no Sepultura".

Po Sepie wylądowałem na I Am Morbid. Konkretny set grany przez byłych członków Morbid Angel. Głos Vincenta potężny, Sandoval na perce rozkurwiał. Gdybym nie był już zarżnięty całym festiwalem, to pewnie bym wjechał w młyn, bo koncert był bardzo dobry. Warto było ich posłuchać.

Zwycięzca dnia jest jeden: Death Angel.

Rzeźbiłem tego posta na dużym zmęczeniu. Jeśli składnia jest średnia, przepraszam. Mózg mi paruje po tych 5 dniach.

I trochę zdjęć na koniec:
1749394877602.png

Nergal śpiewający "Raise The Dead"

1749394926402.png

Death Angel roznosi w pył gdańskie B90

1749395403864.png

Sepa robi swoje

Btw. Post podsumowujący całego Mystica wleci najpewniej jutro lub pojutrze, gdy już zejdą ze mnie emocje i będę w stanie ocenić to bardziej na chłodno. Pozdrawiam serdecznie każdego, kto chociaż po części przeczytał moje wypociny. Jeśli macie jakieś pytania, prośby czy zażalenia, walcie. Konstruktywną krytykę też chętnie przeczytam i przeanalizuję. :conorsalute:
 
Owsiak póki co w zapowiedziach na Polandrock to gotuje.

Hanabie na małej
Static X na dużej czyli pewnie będzie też Dope :pudzianfap::pudzianfap::pudzianfap:
Słucham audycji. Nakurwia mocarnie. Mnie zajebiście cieszy Saxon. Dziadki dostaną najlepszą publike i zagrają pierdolony koncert życia. ONI ROZPIERDOLĄ TĘ SCENĘ :irish: :irish: :irish:
 
DOBRA JEST DOPE, JA JUŻ JUREK JUŻ DOŚĆ
Trzymał jebaniec długo w niepewności, ale jak dopierdolił to nie ma co zbierać. Nawet reggae wykopał potężne. 80-letni Burning Spear wjechał :antonio:
Poważnie biorę się za wzmacnianie cardio przez te półtora miecha, bo będzie ciężko utrzymać tempo tej imprezy w tym roku.
 
Słucham audycji. Nakurwia mocarnie. Mnie zajebiście cieszy Saxon. Dziadki dostaną najlepszą publike i zagrają pierdolony koncert życia. ONI ROZPIERDOLĄ TĘ SCENĘ :irish: :irish: :irish:
Saxon, jak wino. A wręcz, jak Judas Priest. Im starsi, tym albumy znakomitsze :antonio:
 
Dobrze się ułożyło. Czwartek Saxon, Hanabi. i Walls of Jericho(oby tylko czasowo nie byli w tym samym czasie), w piątek Static X, Dope, Agnostic, Paradise i w sobotę można palić wroty do domu i ładować się na Machine Head i Fear Factory na poniedziałek.
Oby tylko zdrowie dopisało. :bleed:
 
Back
Top