Katolicyzm i inne religie

Skromność to moje drugie imię (tak na marginesie dodam, że ta sama dziewczyna tydzień później też mi się przyglądała).

No i tutaj mam dylemat, bo nie wiem czy mnie obrażasz, czy chwalisz. Gdzie ja się chwalę?
Oczywiście pomijając masę moich wpisów, w których wyraźnie stwierdzam jaki jestem zajebisty.

Zagadaj do niej czy podchodzi do Eucharystii co tydzień. Będziesz wiedział, czy się szanuje, czy nie. Jak tak, to kandydatka na żonę murowana!
 
Skromność to moje drugie imię (tak na marginesie dodam, że ta sama dziewczyna tydzień później też mi się przyglądała).

Dokładnie, podejdź i zapytaj, sama do Ciebie nie przyjdzie:) Tym bardziej powinieneś to zrobić, jeśli i Ty wyczuwasz w niej bratnią duszę.
 
Jeśli mielibyście przekonać kogoś do chrześcijaństwa, to jakbyście się za to zabrali? Pytam poważnie.

Zdaje sobie sprawe, że to strasznie trudne, bo sam nie wiem jakbym miał się do tego zabrać. Tymbardziej, że uważam się za dość "mocno" uduchowioną osobę, jednak rozdartą pomiedzy światem chrześcijańskim, a filozofią i religią wschodu.

Wołam @Mort tłumacz i ratuj :)
 
Jeśli mielibyście przekonać kogoś do chrześcijaństwa, to jakbyście się za to zabrali? Pytam poważnie.

Zdaje sobie sprawe, że to strasznie trudne, bo sam nie wiem jakbym miał się do tego zabrać. Tymbardziej, że uważam się za dość "mocno" uduchowioną osobę, jednak rozdartą pomiedzy światem chrześcijańskim, a filozofią i religią wschodu.

Wołam @Mort tłumacz i ratuj :)
Znalazłem coś takiego.
http://e-civitas.pl/poradnik-wierzacego-od-czego-zaczac-ewangelizowanie/
Ogólnie to wydaje mi się, że nie należy mówić rozmówcy, że to co mówi jest "głupie". Nie należy też go przekonywać. Nie należy przedstawiać swoich racji, jako jedyne prawdziwe. Mówiłbym w stylu: Budda był naprawdę wielkim człowiekiem, dążył do pokoju ducha, miłości względem siebie, natury i innych ludzi, ale z drugiej strony Chrystus również uczynił to za najważniejszą część życia, a do tego zapewniał mnie, że mnie kocha pomimo moich upadków i ja mu wierzę. No i do tego wszystkiego dorzucić przykład @Mort który zupełnie pozytywnie zbzikował. :tease:

No, ale to podstawy retoryki (polecam Erystykę Schoppenhauera, można wiele wynieść o tym czego nie mówić). Jak wiemy czego nie robić, to łatwiej jest robienie tego, co warto i co działa.
 
Jeśli mielibyście przekonać kogoś do chrześcijaństwa, to jakbyście się za to zabrali? Pytam poważnie.

Zdaje sobie sprawe, że to strasznie trudne, bo sam nie wiem jakbym miał się do tego zabrać. Tymbardziej, że uważam się za dość "mocno" uduchowioną osobę, jednak rozdartą pomiedzy światem chrześcijańskim, a filozofią i religią wschodu.

Wołam @Mort tłumacz i ratuj :)
Wybacz, że wtrącę trochę swoje trzy grosze, chociaż nie jestem @Mort em:)
Jeśli jesteś rozdarty w świecie, który nas otacza i religia miesza Ci się z filozofią i religią wschodu musisz odpowiedzieć sobie na najważniejsze w swoim życiu pytanie. Czy wierzysz? Czy wierzysz w Boga, czy wierzysz w Jezysa Chrystusa? czy wierzysz w Ducha Świętego? Bóg nie wymaga od Ciebie niczego poza miłością. To Jemu powinieneś zaufać. Dla mnie znalezienie wiary, to właśnie zaufanie Bogu. Pełne. Bez odstępstw. Trywialnie mówiąc, to trochę tak, jakbyś chciał dać szansę samemu Bogu. Skoro żyjesz bez Boga, to co szkodzi zaufać i spróbować odnaleźć go w Biblii? Czytanie ubogaca naszą wiarę, pomaga nam dążyć do prawdy. Powiem Ci taki przykład, kiedyś moja animatorka do bierzmowania powiedziała nam na jednym ze spotkań, że gdy będziemy mieć problem w życiu i zwrócimy się o pomoc do Boga, on nas wysłucha i pomoże. W jaki sposób. Powiedziała, że powinniśmy położyć przed sobą Pismo Święte, odmówić szczerą modlitwę i spróbować otworzyć. Wiesz, że to na prawdę podziałało? Strona, którą otworzyłem, zawierała fragment, który po analizie pomógł mi w odpowiedzi na moją rozterkę.
Bóg jest wszechmocny, a Jego Łaska, jest tak wielka, że żadne z nas tego nie pojmie dlatego nikt, kto mu zaufa nie pozostanie bez pomocy.
 
@Unbreakable @Wewiur dziękuje panowie. Naprawde doceniam :)

Szczerze, to nie spodziewałem się, aż tak różnych odpowiedzi, przy czym muszę przyznać, że ta od @Unbreakable bardziej do mnie trafia. Bo na co mi podstawy retoryki, skoro chodzi o moją właśną osobę? :) Mam przekonać sam siebie?
 
@Unbreakable @Wewiur dziękuje panowie. Naprawde doceniam :)

Szczerze, to nie spodziewałem się, aż tak różnych odpowiedzi, przy czym muszę przyznać, że ta od @Unbreakable bardziej do mnie trafia. Bo na co mi podstawy retoryki, skoro chodzi o moją właśną osobę? :) Mam przekonać sam siebie?
Może @Wewiur owi nie chodzi o dosłowne przekonanie samego siebie bo to nie jest możliwe, jesteśmy zbyt niedoskonali w naszym życiu. Jedynie pełne zaufanie i ryzyko, tak to nazwę bo nie zawsze wierzymy w pewność czegoś ale Bóg to Bóg;)
 
Sorki, że się wtrącę trochę między wódkę a zakąskę, ale mi się przypomniało:)) @Lemur nie wiem czy czytałeś, jest taka pozycja: "Samuraj" - S. Endo. Mogłaby Cię zainteresować. Niech Cię nie zmyli tytuł, nie ma wiele wspólnego z kwestiami militarnymi. Jest to opowieść (oparta na faktach) o dwóch chrześcijańskich samurajach, którzy dostali misję dotarcia z wiadomością do papieża. W efekcie odbyli wielką podróż, podczas której czytelnik ma okazję poznać różnice w podejściu do tematów wiary, pomiędzy ludźmi wychowanymi w zupełnie innych systemach etycznych, i w różnych cywilizacjach. Autentyczna także z tego względu, że sam autor borykał się z podobnym trudnościami. Taka dygresja.
 
Sorki, że się wtrącę trochę między wódkę a zakąskę, ale mi się przypomniało:)) @Lemur nie wiem czy czytałeś, jest taka pozycja: "Samuraj" - S. Endo. Mogłaby Cię zainteresować. Niech Cię nie zmyli tytuł, nie ma wiele wspólnego z kwestiami militarnymi. Jest to opowieść (oparta na faktach) o dwóch chrześcijańskich samurajach, którzy dostali misję dotarcia z wiadomością do papieża. W efekcie odbyli wielką podróż, podczas której czytelnik ma okazję poznać różnice w podejściu do tematów wiary, pomiędzy ludźmi wychowanymi w zupełnie innych systemach etycznych, i w różnych cywilizacjach. Autentyczna także z tego względu, że sam autor borykał się z podobnym trudnościami. Taka dygresja.

Dzięki na pewno sprawdzę :) Przez większość swojego życia byłem "japonofilem". Pochłaniałem każdą książke na temat historii, kultury, oraz sztuki walki w Japonii, więc coś tam wiem. Tak zresztą narodziło się moje zainteresowanie buddyzmem (bo shinto nie jest praktykowane nigdzie indziej poza Japonią - może to i lepiej :P), gdzie moje wyobrażenia na ten temat rozwiały się na samym początku praktyki, ale w żadnym wypadku mnie nie zniechęciły, a wręcz przeciwnie.

Panowie, tak w ogóle to piszcie śmiało, bo lubie czytać wypowiedzi ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia :) To nie wazeliniarstwo, bo jak napiszecie coś hujowego, to dam Wam znać ;)

A Morta wołałem, bo to nadworny kapłan tego forum :D
 
Dzięki na pewno sprawdzę :) Przez większość swojego życia byłem "japonofilem". Pochłaniałem każdą książke na temat historii, kultury, oraz sztuki walki w Japonii, więc coś tam wiem.
Też byłem mocno zajarany swego czasu Japonią, ale "wyleczyłem się", kiedy moje poglądy polit-społeczne zaczęły się kształtować. Europejskie laissez-faire jest nie do pogodzenia z japońskim (w ogóle ze wschodnim) kolektywizmem, a zwłaszcza z tamtejszym podejściem do kwestii poddaństwa i bezgranicznej lojalności wobec pana. Generalnie te sprawy bardzo ciekawie przedstawia Clavell w książkach z cyklu "Saga o Azji". Ale robię offtop, więc uciekam i nie zaśmiecam.
 
@Jakub Bijan Sorry, ale nie ma tego wątku za bardzo gdzie przenieść, więc tylko jeszcze dodam, że Ty jesteś gościem, który ewidentnie interesuje się polityką/geopolityką/ekonomią. Ja z kolei zawsze interesowałem się przede wszystkim systemami filozoficzno-etycznymi przez co sama ta kwestia poddaństwa, aż tak mnie nie raziła. Nawet bym powiedział, że w pewien sposób imponuje mi ichniejszy odpowiednik 'boskiego porządku" i właśnie to poddaństwo. W pewnym sensie, był to jakiś pomysł na społeczeństwo idealne, gdzie każdy znał swoją rolę i starał się ją wykonywac jak najlepiej. Oczywiście tłamsiło to jakiekolwiek przejawy indywidualizmu(choć nie do końca), więc ciężko tu mówić o modelu społeczeństwa idealnego, ale jest coś w tym fascynującego dla mnie.
 
  • Like
Reactions: JB_
Jeśli tylko, ktoś będzie miał jakieś pytania, to zawsze i chętnie będę sie udzielał, mam nadzieje, ze z jak najwieksza pomocą na konkretne pytanie czy tez problem. @Mort jest naszym nadwornym tłumaczem Slowa Bożego ;) jeśli ktoś ma problem z rozumieniem Biblii to myśle, ze wiadomo gdzie uderzyć;)
 
Jeśli mielibyście przekonać kogoś do chrześcijaństwa, to jakbyście się za to zabrali? Pytam poważnie.

Zdaje sobie sprawe, że to strasznie trudne, bo sam nie wiem jakbym miał się do tego zabrać. Tymbardziej, że uważam się za dość "mocno" uduchowioną osobę, jednak rozdartą pomiedzy światem chrześcijańskim, a filozofią i religią wschodu.

Wołam @Mort tłumacz i ratuj :)

Lemurku, zależy od osoby, którą chcesz ewangelizować. Jeżeli jest to ktoś bliski, z kim masz styczność na co dzień, a nie osoba przypadkowa, spotkana na ulicy, bądź z którą spotykasz się rzadko - to najskuteczniejszym sposobem jest... dawanie świadectwa całym sobą. Swoim zachowaniem, mową i czynem. Nie ma lepszego sposobu. Ja już doszedłem do momentu, w którym ci, którzy żyją 'blisko' mnie sami zaczynają Boga szukać patrząc na to kim On mnie uczynił, jak bardzo mnie odmienił w tak krótkim czasie. Ja nic w sumie nie robię, oprócz modlitwy za nich i dawania świadectw nt. uzdrowień i cudów, które Bóg czyni, a ci ludzie nagle - zaczynają żyć w czystości, przestają pić itd. To jest niesamowite działanie Łaski, bo tak jak Jezus powiedział - po tym nas poznają, że się wzajemnie miłujemy i to jest właśnie idealny sposób na ewangelizację - miłość do siebie i do innych, bo nic nikomu nie narzucam, każdego szanuję i nie oceniam, bez znaczenia, czy wierzy, czy nie. :)

Jeżeli jest to osoba z którą jednak nie masz na co dzień styczności, to trzeba słuchać Ducha Świętego i tego, jak on pokieruje, a przede wszystkim modlić się za te osoby, bo sami z siebie to my nic nie zrobimy, a jedynie skończymy sfrustrowani, kiedy nie będziemy widzieć owoców mimo naszych ogromnych starań. Nie masz pewnie zbyt wielkiego arsenału, by sypać świadectwami ponad naturalnego Bożego działania, a to jest najlepsze, kiedy mówimy coś co jest niemożliwe po ludzku, ale sami to widzieliśmy i wierzymy w to na 100%. Wtedy ludzie są 'kupieni' naszą własną wiarą. No i jest to przystępne, bo nie jest to teologia, a praktyka przekazana w łatwy sposób. Tak zazwyczaj zaczynam rozmowę na ulicy - od praktycznych przykładów działania Boga w moim życiu.

Generalnie, jeśli chcesz kogoś przekonać do Jezusa, to przekonaj sam siebie, tak jak pisał @Unbreakable i do dzieła. :)



na tym kanale masz trochę konferencji, które mogą Ci pomóc we wzroście duchowym
 
@Mort Dzięki :)

Czuje potrzebe rozwiniecia, czy moze obudzenia w sobie duchowosci. Problem w tym, że zarówno w buddyzmie, jak i katolicyzmie sa takie rzeczy, które mnie mocno zniechęcają.

Weźmy taka msze Sw. Mam odczucie jakbym w jakiś niepojety sposob, sam obrazał swój rozum stojąc wsród tych ludzi, którzy klepia formułki i zawodza piesni. W ogole nie czuje tam zadnej „duchowosci”. Podobne odczucia miałem, gdy uczeszczałem do sanghi. Choć tam na spory plus, było to, że była medytacja. Kiedys mi zaproponowałeś, żebym udał się do jakies grupy w Łodzi, ale nie poszedłem, bo czuje jakiś lęk przed takimi ludzmi :P. Mam nadzieje, że nie odbierzesz tego żle, ale u takich osób widze, czasem szalenstwo w oczach. Żeby nie było, to samo widziałem u tych „po drugiej stronie” choć oni chcą uchodzić za tych racjonalnych. I nim rzucisz jakis tekst w styl „Skoro wiara w Boga to szalenstwo, to jestem najwiekszym sposród wariatów” to wiedz, ze to naprawde nie poprawia sytuacji ;)

W obu przypadkach często czułem, że jest w tym coś nieprawdziwego. Jakiś fałsz. Głownie w tych momentach, bo np. już zagadnienia filozoficzne, czytanie pism wielkich postaci obu wyznan, czy ogolnie kosmogonia mnie fascynuja i czuje, że chciałbym w to wejsc, ale nie tak jak to robi uczony(abstrahujac od tego, ze to totalnie nie moj poziom), ale jako wyznawca.

Ten quasi-problem mnie samego irytuje, bo nie jest to kwestia „chciałbym, ale boje sie”, czy też coś co można rozwiaząc w sposób gdzie mialbym sporbówac w obu miejsach i samemu wybrać. Przyciaga mnie coś zarówno z jednej jaki drugiej strony, ale i też coś odpycha. Stad takie troche moze głupie pytanie, które zadałem wczesniej odnośnie tego jak przekonac nieprzekonanego. I jak miałbym sam siebie przekonać? Czy to nie będzie trochę tak jakbym sobie cos na sile założył?
 
@Mort Dzięki :)

Czuje potrzebe rozwiniecia, czy moze obudzenia w sobie duchowosci. Problem w tym, że zarówno w buddyzmie, jak i katolicyzmie sa takie rzeczy, które mnie mocno zniechęcają.

Weźmy taka msze Sw. Mam odczucie jakbym w jakiś niepojety sposob, sam obrazał swój rozum stojąc wsród tych ludzi, którzy klepia formułki i zawodza piesni. W ogole nie czuje tam zadnej „duchowosci”. Podobne odczucia miałem, gdy uczeszczałem do sanghi. Choć tam na spory plus, było to, że była medytacja. Kiedys mi zaproponowałeś, żebym udał się do jakies grupy w Łodzi, ale nie poszedłem, bo czuje jakiś lęk przed takimi ludzmi :P. Mam nadzieje, że nie odbierzesz tego żle, ale u takich osób widze, czasem szalenstwo w oczach. Żeby nie było, to samo widziałem u tych „po drugiej stronie” choć oni chcą uchodzić za tych racjonalnych. I nim rzucisz jakis tekst w styl „Skoro wiara w Boga to szalenstwo, to jestem najwiekszym sposród wariatów” to wiedz, ze to naprawde nie poprawia sytuacji ;)

W obu przypadkach często czułem, że jest w tym coś nieprawdziwego. Jakiś fałsz. Głownie w tych momentach, bo np. już zagadnienia filozoficzne, czytanie pism wielkich postaci obu wyznan, czy ogolnie kosmogonia mnie fascynuja i czuje, że chciałbym w to wejsc, ale nie tak jak to robi uczony(abstrahujac od tego, ze to totalnie nie moj poziom), ale jako wyznawca.

Ten quasi-problem mnie samego irytuje, bo nie jest to kwestia „chciałbym, ale boje sie”, czy też coś co można rozwiaząc w sposób gdzie mialbym sporbówac w obu miejsach i samemu wybrać. Przyciaga mnie coś zarówno z jednej jaki drugiej strony, ale i też coś odpycha. Stad takie troche moze głupie pytanie, które zadałem wczesniej odnośnie tego jak przekonac nieprzekonanego. I jak miałbym sam siebie przekonać? Czy to nie będzie trochę tak jakbym sobie cos na sile założył?
Widzisz, do kościoła nie chodzisz dla ludzi, dla księdza. Chodzisz tam, by spotkać się z Bogiem. Ktoś powie, że nie chodzi do kościoła ale modli się w domu, jednak to w kościele Bóg jest najbliżej. To Jego dom do którego Cię zaprasza. Nie patrz na ludzi, którzy klepią "formułki", patrz na siebie i swoje serce. To jest klucz do przekonania siebie:) Wytrwałość w miłości. Nie ma innej drogi do Boga:) Ufam, że Ci się uda.
 
@Mort Dzięki :)

Czuje potrzebe rozwiniecia, czy moze obudzenia w sobie duchowosci. Problem w tym, że zarówno w buddyzmie, jak i katolicyzmie sa takie rzeczy, które mnie mocno zniechęcają.

Weźmy taka msze Sw. Mam odczucie jakbym w jakiś niepojety sposob, sam obrazał swój rozum stojąc wsród tych ludzi, którzy klepia formułki i zawodza piesni. W ogole nie czuje tam zadnej „duchowosci”. Podobne odczucia miałem, gdy uczeszczałem do sanghi. Choć tam na spory plus, było to, że była medytacja. Kiedys mi zaproponowałeś, żebym udał się do jakies grupy w Łodzi, ale nie poszedłem, bo czuje jakiś lęk przed takimi ludzmi :P. Mam nadzieje, że nie odbierzesz tego żle, ale u takich osób widze, czasem szalenstwo w oczach. Żeby nie było, to samo widziałem u tych „po drugiej stronie” choć oni chcą uchodzić za tych racjonalnych. I nim rzucisz jakis tekst w styl „Skoro wiara w Boga to szalenstwo, to jestem najwiekszym sposród wariatów” to wiedz, ze to naprawde nie poprawia sytuacji ;)

W obu przypadkach często czułem, że jest w tym coś nieprawdziwego. Jakiś fałsz. Głownie w tych momentach, bo np. już zagadnienia filozoficzne, czytanie pism wielkich postaci obu wyznan, czy ogolnie kosmogonia mnie fascynuja i czuje, że chciałbym w to wejsc, ale nie tak jak to robi uczony(abstrahujac od tego, ze to totalnie nie moj poziom), ale jako wyznawca.

Ten quasi-problem mnie samego irytuje, bo nie jest to kwestia „chciałbym, ale boje sie”, czy też coś co można rozwiaząc w sposób gdzie mialbym sporbówac w obu miejsach i samemu wybrać. Przyciaga mnie coś zarówno z jednej jaki drugiej strony, ale i też coś odpycha. Stad takie troche moze głupie pytanie, które zadałem wczesniej odnośnie tego jak przekonac nieprzekonanego. I jak miałbym sam siebie przekonać? Czy to nie będzie trochę tak jakbym sobie cos na sile założył?

Zagłębiaj się w Słowo Boże. Tam naprawdę - nawet dla niewierzącego jest masa wskazówek jak żyć. Mów do Boga, mów do Niego, żeby posłał Ducha Świętego, żeby pokazał Ci, że On jest, żeby objawił Ci siebie. Podstawową rzeczą w wierze, o której trochę ludzie dziś zapominają, jest osobista modlitwa zgodnie z tym co Jezus nauczał

(Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie).

Nie puste frazesy i klepanie tego samego po tysiąc razy. Szczere i otwarte serce przed Bogiem - to jest to czego On pragnie. Nie tysiąca modlitw powtarzanych w kółko. Przecież to jest to przed czym Jezus ostrzegał - byśmy nie byli na modlitwie gadatliwi jak poganie...

Jednak w wierze w Boga nie chodzi o rozum, nie chodzi oto, żeby Go rozumieć, nie chodzi oto, żeby zawsze czuć się dobrze i emocjonalnie komfortowo. Nie da się Go zrozumieć. Ja nawet nie próbuję, bo po co? Co bym na Jego temat nie pomyślał - i tak go ograniczę, bo mój własny rozum jest ograniczony. Jakże mógłbym wiecznego Boga Żywego nie ograniczyć, jakbym chciał Go objąć swym ograniczonym umysłem?

W wierze, a właściwie miłości - bo tym jest wiara - miłością do Niego... chodzi o decyzję. Nie chodzi o uczucia. Nawet jak jesteśmy z kimś w małżeństwie, to potrafimy mieć dni, kiedy tej miłości jakby... 'nie ma', prawda? A jednak trwamy w tym dalej. Dlatego Bóg w Pieśni nad Pieśniami przedstawia siebie jako Oblubieńca, a nas jako Oblubienicę, bo On zdecydował się na nas, a my na Niego. Na wieczność.

Myślę, że powinieneś zacząć spędzać czas z Bogiem sam na sam, a wiele rzeczy się zmieni. Po prostu, usiądź raz dziennie na kilkanaście minut i skup się na Nim. Mów do Niego, dziękuj za to co masz, wyznawaj grzechy przed Nim, uniż swoje serce, nikt nie musi tego widzieć. Po jakimś czasie te wszystkie wątpliwości i zniechęcenia odejdą, On już najlepiej Cię poprowadzi.

A no i żeby nie było - ja w Kościele jak wchodzę to czuję się sam. Przyszedłem sam na sam spotkać się z Jezusem i przyjąć Jego Ciało do swego serca, tyle, żadna filozofia. :D

Eucharystia zawsze na propsie. +
 
Jedyna rada ode mnie, przyjmij i żyj jak z najlepszym najdoskonalszym przyjacielem, ufaj w pełni bez zwątpienia,rozmawiaj, zwierzaj, nie poddawaj się nigdy, a moment kiedy podniesie Ciebie będzie najpiękniejszy.
 
Odnosiłem się do fragmentu: 'klepią formułki', gościu. ;D

Nadal imo jesteś w błędzie.

Formułki, to możesz se z Kubicą pooglądać z odtworzenia. Tu chodzi o kulturę i właściwe zachowanie się w świątyni , a nie jak przekupki na bazarze, czy gimby na przerwach.
Kapiszi?
 
Jednak niekumatyś

Możliwe. Jednak ja rozumiem inaczej to co Lemur napisał.

Dodatkowo, z tą gadatliwością miałem na myśli - kiedy stajesz przed Bogiem sam na sam, to nie klep, świętych, uduchowionych fraz. Nie trzeba. Trzeba otworzyć się w pełni i być z Nim szczerym. :) Oto mi chodziło.
 
Szczere i otwarte serce przed Bogiem - to jest to czego On pragnie. Nie tysiąca modlitw powtarzanych w kółko. Przecież to jest to przed czym Jezus ostrzegał - byśmy nie byli na modlitwie gadatliwi jak poganie...

Jeśli psalm proponuje „wznieście ręce”, to wznieście ręce, jeśli proponuje „wykrzykujcie”, „tańczcie”, to nie zmieniajcie tych pełnych ognia zwrotów na uładzoną, grzeczniutką wersję Biblii dla Kowalskiego.
 

Nie no, braciszku. Tutaj musimy rozróżnić, bo ja też pomieszałem. To o czym pisze Jakimowicz, to jest modlitwa uwielbienia w zgromadzeniu.

To o czym ja piszę to modlitwa osobista. A tym artykułem odnosiłem się do kultury w świątyni, bo jak widzisz, gdy uwielbia się Boga można podnosić ręce, a tacy 'ortodoksi' np. tego bardzo nie lubią i twierdzą, że się nie godzi w kościele tak robić. :)

Co tam u koleżanki z dzieciaczkiem? Nie odzywałeś się nic.

@kaczka41
 
Back
Top