@Mort Dzięki :)
Czuje potrzebe rozwiniecia, czy moze obudzenia w sobie duchowosci. Problem w tym, że zarówno w buddyzmie, jak i katolicyzmie sa takie rzeczy, które mnie mocno zniechęcają.
Weźmy taka msze Sw. Mam odczucie jakbym w jakiś niepojety sposob, sam obrazał swój rozum stojąc wsród tych ludzi, którzy klepia formułki i zawodza piesni. W ogole nie czuje tam zadnej „duchowosci”. Podobne odczucia miałem, gdy uczeszczałem do sanghi. Choć tam na spory plus, było to, że była medytacja. Kiedys mi zaproponowałeś, żebym udał się do jakies grupy w Łodzi, ale nie poszedłem, bo czuje jakiś lęk przed takimi ludzmi :P. Mam nadzieje, że nie odbierzesz tego żle, ale u takich osób widze, czasem szalenstwo w oczach. Żeby nie było, to samo widziałem u tych „po drugiej stronie” choć oni chcą uchodzić za tych racjonalnych. I nim rzucisz jakis tekst w styl „Skoro wiara w Boga to szalenstwo, to jestem najwiekszym sposród wariatów” to wiedz, ze to naprawde nie poprawia sytuacji ;)
W obu przypadkach często czułem, że jest w tym coś nieprawdziwego. Jakiś fałsz. Głownie w tych momentach, bo np. już zagadnienia filozoficzne, czytanie pism wielkich postaci obu wyznan, czy ogolnie kosmogonia mnie fascynuja i czuje, że chciałbym w to wejsc, ale nie tak jak to robi uczony(abstrahujac od tego, ze to totalnie nie moj poziom), ale jako wyznawca.
Ten quasi-problem mnie samego irytuje, bo nie jest to kwestia „chciałbym, ale boje sie”, czy też coś co można rozwiaząc w sposób gdzie mialbym sporbówac w obu miejsach i samemu wybrać. Przyciaga mnie coś zarówno z jednej jaki drugiej strony, ale i też coś odpycha. Stad takie troche moze głupie pytanie, które zadałem wczesniej odnośnie tego jak przekonac nieprzekonanego. I jak miałbym sam siebie przekonać? Czy to nie będzie trochę tak jakbym sobie cos na sile założył?