Mały update:
Im bliżej było do występu, tym bardziej mi odpierdalało - stres, zwątpienie, syndrom oszusta mocno wjeżdżał. Wiele pytań w stylu "po chuj ja to robię" i wnioski, że i tak nic z tego nie mam, a ogólnie, to chuj z tego będzie i kariery nie zrobię. Nie pomagało najaranie się jak śmieć, za to wsparcie narzeczonej - nieocenione. Kurwa, ja w panice, to nawet ryczałem, dopóki mnie nie ogarnęła i nie "wyśpiewałem" jej wszystkich moich lęków.
Potem było już lepiej, lżej. Im bliżej lokalu, tym bardziej morda mi się cieszyła. Spotkałem Chmiela, spotkałem Cichulskiego - Marcina znałem już wcześniej, więc byłem spokojny, ale moja społeczna niezręczność sprawiała, że obawiałem się Amadeusa, a okazał się być mega spoko. Pogadaliśmy, pożartowalśmy, dodali mi otuchy i nadszedł czas na występ.
Bez wielkiego rozpisywania się, poszło zajebiście. Dużo braw, dużo śmiechów, moja rodzina w publiczności - czego chcieć więcej? Po występie randomowi ludzie przybijali piątki i mówili, że zajebiscie. Chłopaki też byli zadowoleni, podobno dobrze wprowadziłem publiczność w wieczór i wykon też był fajny - dla mnie to zajebista sprawa, bo w chuj mi zależało, by nie zbłaźnić się przy "kolegach" i doświadczonych komikach jednocześnie, żeby przypadkiem nie zrobić sobie pod górę w tym "biznesie".
No, ogólnie polecam uwierzyć w siebie i sięgać po to, co chce się zdobyć. Warto przeżyć cały ten stres i jebaną huśtawkę emocji, by po wszystkim móc poklepać samego siebie po ramieniu.
P.S. Dzięki za wsparcie ziomeczki z forum!