Miałem grać w Tsushimę, ale ciągnęło wilka do lasu i no i przeszedłem Eldena + DLC po raz drugi. Teraz już prawie wszystkie questy zrobiłem, wszystkie zakończenia odblokowałem i zrobiłem wszystkich bossów (a jak coś pominąłem to jakieś 99,5%). Dodatkowo challenge sobie narzuciłem, że przejdę wszystko tylko fistsami. Zacząłem od cestusów z krwawieniem, a potem reszta gry razem z DLC starfistami. Genialna broń, ale czasem kurwicy można dostać na niektórych bossach z uwagi na zasięg, ale jak to ładowane ataki szybko nakurwia i posturę rozpierdala to ja nie mam pytań

Zajebista gierka, ilość możliwości przechodzenia sprawia, że na pewno jeszcze do niej wrócę pobawić się różnymi buildami.
Z minusów to ten otwarty świat, mimo że zajebiście zrobiony, jednak trochę przytłacza i wolę te bardziej zamknięte światy z DS, BB, Sekiro. Tam się czuję jak we własnym domu, wiem jak wszędzie trafić. W Eldenie jakby mnie ktoś w takim Leyndell zapytał jak dojść do punktu A to za chuja bym nie wiedział. No i wkurwiały mnie katakumby i grobowce, bo niektóre są tak zrobione, że bez YT nie podchodź.
No i wkurwiał mnie Radahn na koniec. 2,5h mi zabrał z życia, ale mogę poszczycić się, że wyszedłem do niego jak mężczyzna z prawie gołymi piąchami i najebałem go za n-tym razem (poprzednio posłużyłem się delikatnym cheesem w postaci rapiera ze zgnilizną i tak naprawdę to ona go bardziej ubiła

), ale trzeba przyznać, że jest to boss zjebany i nie wyobrażam sobie bym mógł go zrobić hitless. Tam timing rollowania jest popierdolony, a jeden błąd szybko może kosztować wyzerowaniem hp. Ile razy znowu miałem, że klikałem rolla i coś nie chwyciło.