Zajebiście cieszy mnie bycie ojcem, z dnia na dzień coraz bardziej, choć wydaje się to niemożliwe. Byliśmy dziś z córką na bilansie dwulatki i nasza zajebista lekarka (taka starsza kobita, o aparycji i zachowaniu ciepłej, kochającej babci) mega się rozpływała nad naszą córką, która rozwija się w 100% prawidłowo. Córa jest żywym srebrem, wszędzie jej pełno i sprawia mi to tak kurewsko wielką radość, że moje twarde zamarznięte nowohuckie serce topi się jak w baśni Andersena. Aż muszę wyjść kopnąć jakiegoś bezdomnego, żeby nie czuć się tak "miętko"
Pamiętam, że kiedyś z żoną wdaliśmy się w gadkę na placu zabaw z taką baburą, która była ze swoją zblazowaną nastoletnią córką i jakimś 3-latkiem, którym się opiekowała. My młodzi rodzice, zajawieni na rodzicielstwo na full, mówimy jej, że dzieci tak bardzo zwracają miłość, którą się im daje. Babsko cynicznie parsknęło śmiechem na nasze słowa i pokazała na swoją nastoletnią córkę o IQ jamochłona z tekstem "ona mi nic nie zwróciła". Siksa coś tam cynicznie odpyszczyła, a my potem się zawinęliśmy.
Stara gruba ruro, jeśli to kiedykolwiek przeczytasz, to wiedz, że twoja córka ci nic nie zwróciła, boś kurwa jej nic nie dała poza podstawową opieką :D
Dla mnie każdy uśmiech córki, każde jej nowe słowo jest nagrodą za nieprzespane noce, nerwy, stres i niekończące noszenie tego 15-kilowego klocka na swoim grzbiecie :D Jak córka mówi, że "kocham tatusia badzo badzo badzo badzo <coraz szybciej>", to mógłbym dać się poćwiartować dla niej, przebiec przez os. Kalinowe w szaliku Cracovii, itd. :D
A tak poza tym zajebiście mnie cieszy, że opierdoliłem tłuściutkie, wypełnione glutenem po brzegi, grzaneczki :D Chuj w mądrości Mauricza!