Mario ,,dociążator'' Pudzianowski - temat zbiorczy

271484258_1297794560717161_6088834438958111598_n.gif
 
I nadal z żadną organizacją się niedogadał, o pozwie przeciwko Ksw cisza.
Freaki mogą sobie go odpuścić po tym jak Adamek z Materlą cudów nie zrobili. Sportowych organizacji na niego niestać. Będzie mniej piw z Biedronki.
Spokojnie.
Purpurowy Dewiant jest zbyt łakomy na hajs, żeby nie zakręcić się w okoł FF :robertmakeup:
Stawiam na debiut w tym roku.
 
Last edited:
Maciej Wieczorek chyba stracił instynkt samowachowawczy. W dodatku powiedział na początku, ze to juz 3 wizyta Mariusza. A powiedzenie "do 3X sztuka" lubi się sprawdzać.
Maciej Wieczorek to kołcz (kiedyś MLMy), a oni potrzebują zasięgów, które Pudzian gwarantuje.
Chociaż nie wiem czy to wyszło, ale Pudzian miał być chyba wykładowca uczelni Asbiro :)
Chociaż polecam wywiad Pudziana u tego kołcza Midela jak opisywał negocjacje z Ksw. Bez szydery: przy takiej pozycji negocjacyjnej super strategia na początek.
 
Masz odwagę tamtędy przejeżdżać, znając ten temat od deski?
Będąc szczerym to trochę się cykałem. Mocno czuć tu kult Dociążatora. Na wjeździe wita Cię "Pudzianowski Transport", następnie bliżej centrum masz salę bankietową "U Pudziana", a na końcu słynne kazamaty ukryte pod płaszczykiem owocowego sadu. Cała okolica wygląda jak rawski odpowiednik Transylwanii z Mariuszem w roli homoseksualnego Draculi.
comment_1590989131Wh1pbSHwB5wf3GKClouznA,w800.jpg
 
Będąc szczerym to trochę się cykałem. Mocno czuć tu kult Dociążatora. Na wjeździe wita Cię "Pudzianowski Transport", następnie bliżej centrum masz salę bankietową "U Pudziana", a na końcu słynne kazamaty ukryte pod płaszczykiem owocowego sadu. Cała okolica wygląda jak rawski odpowiednik Transylwanii z Mariuszem w roli homoseksualnego Draculi.
comment_1590989131Wh1pbSHwB5wf3GKClouznA,w800.jpg
Jesteś odważny albo krezji
1000026064.png
1000034185.jpg
 
Potężny atak wybiórczej na partnera biznesowego Pederatora. W sumie to sam widziałem już zd dwa punkty, na Pomorzu Zachodnim, które do niedawna były bafrą i już nie są. Raz w jednym żarłem. Nawet jak na kebab to było to gówno.


Na stole leżała kartka: "Przepraszam", z rysunkiem wisielca. Piotra ukłuła myśl, że tym razem to już koniec, nie zdąży powstrzymać brata. Mateusz nie odszedł daleko. Znaleziono go w pobliskim lesie. - Nie udźwignął presji długów. Nie mogę sobie darować, że nie wybiłem mu z głowy tej franczyzy - mówi Piotr Mogiła, brat Mateusza, byłego franczyzobiorcy Bafra Kebab.

- Nie mogę uwierzyć, że go nie ma. Był moim życiowym przewodnikiem, starszym dzielnym bratem, którego podziwiałem za uczciwość, pracowitość, zaradność i ciepło, jakie roztaczał wokół siebie. On był oazą spokoju – opowiada Piotr Mogiła, krakowianin.

Jego brat Mateusz popełnił samobójstwo w ubiegłym roku. Był franczyzobiorcą firmy Sweet Gallery.

Długi go dobiły. Czuł, że wszystkich zawiódł - deklaruje Piotr.

Z korporacji do budki z kebabem Bafra​

Bracia urodzili się w niezamożnej rodzinie, wychowali w małej wiosce Cieszkowy w Świętokrzyskiem. Wszystkiego dorabiali się sami. Obaj zaczynali w budowlance, pracowali fizycznie, także za granicą. Budowali m.in. szpital w Irlandii Północnej. W końcu osiedli w Krakowie, Mateusz najął się w globalnym koncernie tytoniowym. Tam piął się po szczeblach kariery. Po kilku latach możliwości awansu wyczerpały się, a Mateusz zaczął w firmie się dusić.

Czuł się wypalony, był podminowany. Marzył o niezależności: od narzuconego korporacyjnego ładu, grafiku.

Obrał ścieżkę, jaką podąża wielu, którzy nie mają kapitału na wystartowanie z własnym biznesem. Pracował ciężko przez wiele lat, by odkładać na taki start. Gdy zgromadził oszczędności, zaczął szukać pomysłu na biznes. I wtedy wyhaczył go algorytm, który na niego zadziałał – opowiada Piotr Mogiła.

W 2023 roku Mateusz podjął decyzję o odejściu z firmy i rozpoczął poszukiwania nowej ścieżki - tym razem w przedsiębiorczości. Wpisywał w wyszukiwarkę m.in.: "intratny biznes", "franczyza". Algorytm podpowiedział: "Bafra Kebab".

To produkt firmy Sweet Gallery, popularnego franczyzodawcy w Polsce - nie tylko z kebabem, ale i z lodami, kołaczem, chrupiącymi skrzydełkami z kurczaka.

Zachęcony reklamami, pojechał do Warszawy na rozmowy, po czym zdecydował się na podpisanie umowy. Jednak już po wszystkim żalił mi się: "myślałem, że na start wystarczy 15 tys.zł, bo tak wyczytałem, a okazało się, że potrzeba ponad 50" - relacjonuje Piotr.

Te ponad 50 tys. miały pójść na: opłatę wstępną przy zawarciu umowy franczyzy (5 tys. zł), leasing przyczepy (5,5 tys. zł miesięcznie), wkład własny do banku z tytułu udzielenia leasingu (31 tys. zł), zatowarowanie (7 tys. zł), opłatę franczyzową (1 tys. zł), wynajem miejsca pod budkę z kebabem (5 tys. zł), instalację prądu (500 zł).

Mimo to Mateusz był podekscytowany: jak franczyza wypali, uzbiera na pierścionek zaręczynowy, wesele, oświadczy się partnerce, Oldze. Będą mogli założyć rodzinę.

Kebab za uczniowskie kieszonkowe​

Po zainwestowaniu w przyczepę food trucka, spółka zaproponowała mu miejsce do handlu: przy ul. Ułanów w Krakowie, w pobliżu zespołu szkół.

"Uczniowie będą wychodzić z lekcji głodni, to dobre miejsce" - mówił Mateusz.

Przeszedł kurs z przygotowania kebaba i z obsługi sprzętu, przeszkolił pracowników, których zatrudnił (według zaleceń Sweet Gallery należało zatrudnić trzech pracowników, Mateusz dał im umowy o pracę, nie chcąc oferować śmieciówek) i w pierwszym kwartale 2024 roku otworzył działalność.

- Przez pierwsze dwa, trzy miesiące szło dobrze, Mateusz miał zysk. I to by było na tyle zarobku. Po tym okresie dochody zaczęły systematycznie spadać. Najpierw wychodził na zero, ale szybko zaczął notować stratę. Nie wiem, czemu tak się stało. Kebab cieszył się zainteresowaniem w tym miejscu bardzo krótko, mimo że pracownicy siedzieli w tym food trucku dziesięć godzin dziennie – deklaruje Piotr.

Franczyzobiorca zaczął dorabiać, żeby spłacać zobowiązania - wypłacać pensje, uregulować składki zusowskie, czynsz za najem lokalizacji, zakup mięsa i sosów do kebaba, artykułów higienicznych.

- Sam jestem przedsiębiorcą, mam firmę budowlaną. Dawałem mu fuchy, żeby mógł dorobić, ale zarówno to, co wypracował u mnie na budowie, jak i urobek z kebaba, przestało wystarczać. Mateusz zaczął zaciągać pożyczki - wspomina jego brat.

Pierwszą dostał od Piotra - kilkanaście tysięcy złotych. Po drugą poszedł do banku – 30 tys. zł. Ten ściągał mu raty cyklicznie z konta, a resztę konsumowały ZUS i skarbówka.

- I nawet to okazało się za mało. Biznes był tak nierentowny, że już nawet na te składki przestało wystarczać. Konto Mateusza zajął naczelnik urzędu skarbowego, a potem komornik - kwituje Piotr.

Pierwszy telefon. Franczyza z długami​

Jest luty 2025 roku. Piotr zaprasza Mateusza i przyjaciół na imprezę urodzinową jego partnerki do klubu w Krakowie. Tańczą, żartują, brat nie schodzi z parkietu. Refleksja u jego bliskich, że było to robienie dobrej miny do złej gry, klasyczne maskowanie emocji, przyszła później. Nazajutrz – w sobotę, bracia są umówieni na oglądanie filmu. Mateusz się nie zjawia, ale dzwoni jego telefon. W słuchawce odzywa się jednak partnerka mężczyzny.

"Przyjedź, Mateusz miał próbę samobójczą".

Tego dnia mężczyzna wychodzi rano z domu i otwiera food trucka (pracownik pracuje od poniedziałku do piątku, Mateusz – w weekendy), którego po chwili zamyka, chowając się w środku. Odkręca butlę z gazem.

Traci przytomność, ulatniająca się substancja zatruwa go przez cztery godziny. Po tym czasie budzi się, wychodzi z budki, wymiotuje. Wraca do domu, ale ma zawroty głowy, mdłości.

Piotr wzywa pogotowie. Ratownicy zabierają Mateusza na oddział psychiatryczny. Psycholog notuje: "Pogorszenie samopoczucia następowało u pacjenta od lipca 2024 roku. Zaczął mieć małe ilości zamówień w jego punkcie z kebabem. Ponadto zmarł jego ojciec. U pacjenta pojawił się smutek, lęk przed wierzycielami, nie miał siły i chęci do pracy. Myśli samobójcze nasiliły się w ostatnich dwóch miesiącach, odkręcenie butli z gazem zaplanował".

35-latek zostaje w szpitalu przez miesiąc. W tym czasie wygasa umowa franczyzowa, przyczepę trzeba zabrać z ul. Ułanów, ale raty za leasing nadal płyną.

- Dzwoniłem do banku, tłumaczyłem, co się stało. Litości nie było. Przyczepę zwiozłem najpierw na mój parking, po miesiącu zgłosił się po nią bank, który ją przejął, bo nie było już z czego spłacać tych rat - wspomina Piotr.

Drugi telefon​

Jest wiosna 2025 roku. Mateusz jest już w domu – szpital opuścił na żądanie.

Na jego rocznym rozliczeniu podatkowym widnieje strata: kilka tysięcy złotych. To, czego nie ma w deklaracji PIT, to długi i pęknięte marzenie. Mateusz opowiada bliskim, że być może mógłby spróbować działać na rynku sam, nie jako franczyzobiorca, że może jeszcze znajdzie siłę i nadzieję, żeby stanąć na nogi.

Jest pod opieką specjalistów, bierze leki antylękowe. Z końcem marca, późnym wieczorem, do Piotra dzwoni partnerka Mateusza. Mężczyzna już zna ten ton głosu. Niespokojny, jakby coś między wypowiadanymi słowami wisiało w powietrzu i miało spaść z hukiem.

Olga mówi tylko: "Przyjedź. Chodzi o Mateusza".

Gdy wchodzi do ich mieszkania, dziewczyna pokazuje na list z napisem: "Przepraszam".
Pod spodem rysunek wisielca na drzewie. Telefon na policję, przyjeżdżają z psem tropiącym, który gubi trop przy Rondzie Kocmyrzowskim. Jest tam przystanek autobusowy.

"Może pojechał w rodzinne strony, do świętokrzyskiego" - myśli Piotr.

Szukają w nocy, telefon Mateusza jest włączony, ale nie odpowiada. Policja znajduje mężczyznę nad ranem, w Lesie Wolskim, tuż pod miastem. Mateusz nie żyje.


Nie udźwignął presji długów. Były ogromne: 10 tys. zł w ZUS, 30 tys. w banku, 35 tys. wśród przyjaciół, ponad 7 tys. w Sweet Gallery, za przyczepę zostało do spłacenia ok. 100 tys. Czuł, że wszystkich zawiódł. Miałem wątpliwości od początku, czy brat powinien się brać za tego kebaba. Gdy przyszedł poprosić o podżyrowanie mu zakupu przyczepy, bo jako początkujący przedsiębiorca nie był dla banku wiarygodny, zapytałem: a co, jeśli to nie wypali?

»Pojadę za granicę i cię spłacę, brat«. Ta przyczepa kosztowała prawie 190 tys. zł. Zgodziłem się, bo Mateusz był prawdomównym, uczciwym i ambitnym człowiekiem.
Piotr i Mateusz mieszkali blisko siebie. Dzieli ich 16 miesięcy różnicy wieku, byli zżyci.

- Przechodzę obok jego mieszkania i wciąż nie wierzę, że on nie otworzy, gdy zapukam. Że już się nigdy nie spotkamy. Nie mogę się z tym pogodzić.

Piotr dziś sam jest w terapii. Nie może sobie darować, że nie powstrzymał brata przed utopieniem oszczędności. Jego mama i ich młodszy brat mówią: "Nigdy już nie będziemy takimi samymi ludźmi".

Sweet Gallery poinformowała nas, że punkt przy ul. Ułanów stoi pusty.

Girlandy, czyli jak pomaga rozwijać franczyzę Sweet Gallery​

Sweet Gallery działa na rynku od kilkunastu lat. Jej założyciele - bracia Marcin i Krzysztof Olesiakowie oraz Sebastian Śliwka budowali firmę od podstaw, sami początkowo sprzedając lody w przyczepach. Działalność pod nazwą Lodolandia otworzyli w 2013 roku. Rok później wystartowali z własną franczyzą i już wówczas spośród 29 punktów połowę prowadzili ich pierwsi franczyzobiorcy.

Ekspansja biznesu postępowała szybko – w 2015 roku ich przyczepy z lodami stały już w 184 miejscach w Polsce, dziś jest ich ponad tysiąc. Stale poszerzają ofertę - wśród ich produktów są Lodolandia, Bafra Kebab, Kołacz na Okrągło, Good Chicken, SiGelato, najnowszy koncept to Beef Bus. Obroty rosną. Według sprawozdań finansowych rokrocznie notują wzrost. W 2024 roku ich przychód wyniósł 187 mln zł.

Pytani o tragiczną historię Mateusza Mogiły deklarują, że latem 2024 roku zaproponowali mu zmianę lokalizacji handlowej.

- Podziękował i wyraził nadzieję, że gdy skończą się wakacje, uczniowie wraz z powrotem do szkół wrócą także do jego punktu - słyszymy od Sweet Gallery. Nie wrócili.

Firma przysłała nam w tej sprawie także oświadczenie:

"Z dużym niepokojem i smutkiem obserwujemy próby wykorzystywania tej tragedii przez osoby trzecie do walki z firmą w Internecie. Budowanie kapitału medialnego kosztem czyjejś śmierci uważamy za działanie wysoce nieetyczne".

Według Sweet Gallery współpraca z franczyzobiorcą przebiegała poprawnie, a opiekunowie regionu nie otrzymywali od niego sygnałów o problemach osobistych czy krytycznej sytuacji, która zagrażałaby jego stabilności. Dowiadujemy się jeszcze, że "w momencie tragicznego zdarzenia Pan Mateusz posiadał zadłużenie wobec spółki w wysokości ok. 7152 zł w ratach po 476 zł miesięcznie, bez odsetek. Nie jest to kwota krytyczna w skali tego biznesu. Zaproponowaliśmy możliwie racjonalne rozwiązanie, biorąc pod uwagę wysokość raty".

Co na to Piotr Mogiła?

- Kiedy Mateusz skarżył się do opiekuna regionu, że klientów jest coraz mniej, miał usłyszeć od niego: "Naprzeciwko jest restauracja ze świecącymi girlandami i lampkami, też byś takie kupił i zawiesił wokół budki, przyciągniesz ludzi" - odpowiada.

Nagonka byłych franczyzobiorców na Sweet Gallery​

Krzysztof Olesiak, członek zarządu w Sweet Gallery, wskazuje jednak, że od kwietnia minionego roku spółka mierzy się z hejtem, na który nie zasłużyła.

- Tę nagonkę przeciwko nam rozpętało dwóch panów [nie mają związku z historią Mateusza Mogiły- red.], którzy byli naszymi franczyzobiorcami. Są to osoby bardzo aktywne w portalach społecznościowych, gdzie niemalże rozpoczęły krucjatę przeciwko nam – przekonuje. Pokazuje postanowienia sądu, które mają świadczyć o tym, że jeden z nich wręcz obrał sobie za cel, by zniszczyć firmę, którą on buduje od kilkunastu lat.

- Rozpoczęliśmy współpracę z tym panem w 2020 roku. Na początku biznes szedł mu świetnie, miał prestiżową lokalizację - przy placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego w Krakowie, czyli przy Dworcu Głównym, Galerii Krakowskiej i wyjściu do Rynku Głównego. Punkt-marzenie. Wówczas chwalił nas publicznie, można nawet powiedzieć, że rozkręcił autorską kampanię promocyjną naszej franczyzy. Problem zaczął się, gdy zarządca terenu zażądał wymiany przyczepy na bardziej reprezentacyjną.

Przyczepa miała być dziewięcioletnia i podniszczona przez wandali. - Przedstawiliśmy ofertę wymiany na nową. Kategorycznie odmówił, wypowiedział umowę i wtedy zaczął na nas wylewać pomyje – relacjonuje Krzysztof Olesiak.

Jak dodaje, próbowali negocjować z Galerią Krakowską, by opóźniła nieco start franczyzy w sezonie, tak by mężczyzna mógł zebrać pieniądze na nową przyczepę. - Odmówili. Zostaliśmy ze związanymi rękoma - mówi Krzysztof Olesiak.

Franczyzobiorca swojej wersji przedstawić nie może, bo ma sądowy zakaz wypowiadania się na temat Sweet Gallery. Warszawski sąd w ubiegłym roku – na wniosek adwokatów Olesiaka, wydał postanowienie o zabezpieczeniu w procesie o naruszenie dóbr osobistych spółki. To forma prawna, której używa się, zanim proces – z reguły długotrwały - wystartuje, by do czasu jego zakończenia pozwany nie kontynuował potencjalnego naruszania dóbr osobistych, m.in. w przestrzeni publicznej. Możemy więc tylko napisać, że według jego relacji sprawa miała się inaczej, próbował ratować biznes.

Owemu franczyzobiorcy Sweet Gallery wytoczyło też proces o zniesławienie (słynny art. 212 k.k.). Sąd sprawę umorzył i skierował z własnej inicjatywy do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu innego przestępstwa, ściganego z oskarżenia publicznego.

Opinie na temat franczyzy są skrajne - część przedsiębiorców ich wychwala, inni twierdzą, że zostali wykorzystani, wpędzeni w długi i omamieni obietnicą niskich kosztów wejścia do franczyzy, które znacznie rosły po podpisaniu umowy. Ci drudzy deklarują, że rozważają złożenie wniosku do prokuratury przeciwko spółce za nieuczciwe praktyki.

- Jak na razie sprawa jest na etapie wstępnym, bo część osób jest tak spłukana, że nie stać ich na wysupłanie 200 zł na zrzutkę dla adwokata - słyszymy.

Waluta: euro. W portfelu brak nawet złotówek​

- Zaproponowano mi lokalizację przyczepy w Bratysławie na Słowacji. Płatności w obowiązującym tam euro, dobre miejsca, jedno pod Kauflandem. Uwierzyłem, że te punkty przyniosą zysk. Ile ja zrobiłem kilometrów z Olsztyna do tej Bratysławy, żeby tam coś uhandlować! Musiałem na Słowacji zarejestrować firmę, opłacać hotele. Okazało się, że w okolicy dominuje społeczność romska, z inną od naszej kulturą, nie wydawali pieniędzy na lody. Jeśli udało mi się wyciągnąć 100 euro obrotu dziennie, to było wszystko - relacjonuje Marek Garela.

Mężczyzna prowadził też punkty handlowe w innych miejscach, m.in. w Gdańsku. - Chciałem sprzedawać lody, ale te otwiera się tylko w sezonie, czyli od wiosny do jesieni. Poza sezonem musiałem otworzyć kołacza, choć mnie to nie interesowało i poza tym - on się dużo gorzej sprzedaje. Ale nie mogłem odmówić, bo zabraliby mi lokalizację. Kołacz nie schodził, a rebranding przyczepy na ten towar kosztował mnie kilkanaście tysięcy. Miałem problem, żeby na to zgromadzić fundusze.

Jego kolejne zarzuty dotyczą opłat za lokalizację i cen za towar (lody). Zatowarowanie - zgodnie z umową franczyzową, trzeba robić w Sweet Gallery.

- Kiedy poszedłem na swoje, zorientowałem się, że lody mogę kupić o 30 - 40 procent taniej na rynku, a po dwóch latach współpracy z producentem - nawet o połowę.
- Przestrzeń handlowa, którą wynajmowała dla mnie firma powiązana ze Sweet Gallery, kosztowała miesięcznie 1800 zł. Kolejna osoba, która po mnie postawiła przyczepę w tym miejscu deklarowała w rozmowie ze mną, że zapłaciła ponad tysiąc zł więcej za ten sam punkt - dodaje.

I jeszcze: jak się samemu wynajmowało punkt handlowy, na przykład w galerii, to można było wypowiedzieć umowę z miesięcznym wyprzedzeniem. A Sweet Gallery gwarantowała sobie opłatę za cały sezon, nawet jak ktoś w trakcie zrezygnował. Mógł ktoś inny na jego miejscu postawić przyczepę, ale poprzednik i tak musiał płacić - kwituje Marek Garela.

Jego współpraca z franczyzą zakończyła się karami finansowymi. - Dostałem dwa razy sądownie po 50 tys. zł z tytułu złamania zakazu konkurencji. Za to, że "podebrałem im punkt" oraz za to, że zgodnie z umową powinienem był zaprzestać sprzedaży lodów przez rok od zakończenia franczyzy. Tylko co ja miałem zrobić? Przecież zainwestowałem krocie w te przyczepy. Musiałem się z czegoś utrzymać - kwituje mężczyzna.

Zarzuty wobec Sweet Gallery o podbieranie wygórowanych prowizji za lokalizacje, proponowanie nierentowych punktów, restrykcyjne umowy powtarzają się w relacjach innych osób.

Nam też stawiają warunki​

Mechanizm, jaki Garela oraz inni byli franczyzobiorcy, z którymi rozmawiamy, zarzucają franczyzie, ma polegać m.in. na tym, że:

  • przy podpisaniu umowy trzeba wpłacić zadatek (ta forma opłaty wstępnej jest bezzwrotna) w wysokości zazwyczaj 10 tys. zł. Firma deklaruje, że pobiera go, bo musi rozpocząć produkcję przyczepy, a zdarzało się, że ludzie się rozmyślali już po podpisaniu umowy. Tyle że część osób nie uzyskuje w banku leasingu na przyczepę, więc zadatek ten im przepada. Biznes nawet nie wystartował, a pieniądze przepadły, mimo iż obiecywano im pomoc w uzyskaniu kredytu.
  • Kupują przyczepę za oszczędności albo udaje im się pozyskać zaufanie banku i leasing, są jednak związani zakazem konkurencji. Oznacza to, że przez rok od zakończenia współpracy ze Sweet Gallery, nie mogą prowadzić w niej handlu podobnym towarem, już jako samodzielni przedsiębiorcy. Jeśli zatem franczyza im nie wypali, zostają z drogim sprzętem albo wysokimi ratami leasingowymi, który potem albo próbują sprzedać na rynku wtórnym za bezcen, albo zabiera im je bank i przeznacza na aukcje. Także za bezcen w porównaniu z ich zobowiązaniami

Pytamy spółkę o zakaz konkurencji i 50-tysięczne kary umowne.

- Ma nas chronić przed osobami, którym udostępniamy know-how, a one za trzy miesiące uznają, że jednak wolą działać na własną rękę, bo już się wiele nauczyły i otworzą konkurencyjną działalność. Co ważne, on nas nie chroni tylko przed mikroprzedsiębiorcami, ale także makro. Mieliśmy już przypadki, że byli franczyzobiorcy, wykorzystywali zdobytą wiedzę i gotowe rozwiązania, do budowania konkurencyjnych sieci na dużą skalę. Zresztą tę karę umowną zmniejszyliśmy obecnie do 20 tys. - wyjaśnia Krzysztof Olesiak.

Dodaje, że 99 proc. osób, które do nich trafia, to ludzie niezaznajomieni z rynkiem gastronomicznym.

- Uczymy ich wszystkiego od podstaw. Do tego nie pobieramy od nikogo opłaty licencyjnej, jak przy innych franczyzach dostępnych na polskim rynku. Umiejętności, które zyskują, to cały wachlarz: od przygotowania sosów do kebaba, przez udostępnienie wzorów umów dla pracowników, podręczniki, obsługę połączenia z platformami z jedzeniem na dowóz czy wdrożenia HACCP (system sanepidowski)

Pytamy dalej - jeśli zatem zainteresowani podpisaniem umowy franczyzowej są "świeżakami" w branży gastro, jak mają poznać, czy sugerowana im lokalizacja jest rentowna?

- My tych punktów nie narzucamy, dajemy jedynie propozycję, a jeśli ktoś nie czuje się do nich przekonany, szukamy dalej. Aż połowa franczyzobiorców, którzy mają lody, wybiera swoje punkty. Każdy z naszych klientów ma taką możliwość i wówczas ma o połowę niższą opłatę franczyzową - deklaruje Krzysztof Olesiak.

Dlaczego część franczyzobiorców musi prowadzić też kołacza, skoro zależy im tylko na lodach i kiedy się o tym dowiadują? - drążymy.

- Zawsze transparentnie informujemy o charakterze lokalizacji. Są zarządcy, którzy oczekują, że będziemy wynajmować od nich przestrzeń handlową przez cały rok. Trudno się im dziwić, chcą mieć zapewnioną 12-miesięczną rentowność. Są też tacy, którzy zmieniają zdanie i wówczas nie mamy możliwości negocjowania. Jesteśmy tylko pośrednikiem w znajdywaniu tych lokalizacji i musimy się do przedłożonych warunków dostosować.

Z Wielkiej Brytanii do Częstochowy, cel: spełniać marzenia​

Maciej Maciejewski, były franczyzobiorca z Częstochowy, przedstawia inny obraz. Żeby otworzyć własny biznes, wcześniej pracował wiele lat na Wyspach. Wrócił w rodzime strony i zainwestował oszczędności - w kołacza, kebaba i lody.

- Próbowałem sam podpisać umowę na wynajem lokalizacji w M1 Częstochowa. Rozmawiałem z dyrekcją obiektu, byli chętni. Miałem na to zgodę zarządu Sweet Gallery. Jednak później zmienili zdanie. Wkroczyli do rozmów, podpisali umowę z galerią, a następnie ze mną. Musiałem im płacić prowizję, oczywiście wyszło drożej, niż gdybym podpisał umowę bezpośrednio z zarządcą. A potem okazało się, że jak z franczyzy zrezygnuję, to tracę prawo do tej lokalizacji, jako już osoba niezależna na rynku.

Konfrontujemy zarzuty ze spółką. Ile wynosi prowizja za dzierżawę punktu handlowego?

- Wynajmem lokalizacji zajmuje się dla nas spółka, która pobiera ją w wysokości od 50 do 200 zł. Ujawniamy tę wartość na prośbę franczyzobiorcy. Są przypadki, kiedy trzeba przez pierwszy rok doliczyć więcej za czynsz, ale wówczas nie jest to związane z prowizją, a z przyłączem prądu, za który my płacimy, i to my bierzemy na siebie wszystkie formalności. Przyłącze prądu jest inne dla kebaba (dużo bardziej wymagające) niż dla lodów. Franczyzobiorca się tym w ogóle nie zajmuje, ale ma pretensje: czemu czynsz jest wyższy niż u sąsiada? Ano dlatego, że sąsiad już to spłacił albo wystarczy mu niska moc - przekonuje Krzysztof Olesiak.

Lista spalonych punktów franczyzy Sweet Gallery​

Maciejewski to ten "drugi były franczyzobiorca" wymieniany przez Sweet Gallery, który jest aktywny w portalach społecznościowych na tematy franczyzowe. W socialach wszystkim doradza, by zakładali samodzielny biznes gastronomiczny, a jeśli decydują się na franczyzę, to uprzednią konsultację z prawnikiem. Choć i to - jego zdaniem - może nie być wystarczające, by uchronić się przed kłopotami.

Razem z innymi tworzy listę zamkniętych lub nierentowych lokalizacji - obecnie ma ona 300 punktów. Zbiera też doświadczenia byłych franczyzobiorców SG: - Znam takich, których rodziny spłacają po nich długi.

W długi popadł też Proton Zgrzeba, który handlował kebabem: - W moim przypadku działalność zakończyła się po dziesięciu miesiącach. Przez osiem miesięcy pracowałem sam, codziennie – również w niedziele – po 11, a nawet 12 godzin dziennie. Przy miesięcznych zobowiązaniach przekraczających 7 tys. zł i narastających długach byłem zmuszony złożyć wniosek o upadłość konsumencką.

Byli i tacy, którym przez konflikt z SG puszczały nerwy i szli na konfrontację. W Puławach spółka wysłała na miejsce ludzi, którzy przymusowo odholowali przyczepę jednego z franczyzobiorców. Zarząd spółki: - To była sytuacja, w której skończyła się umowa franczyzobiorcy – byliśmy zmuszeni do usunięcia obiektu z racji na bezumowne korzystanie z powierzchni.

Artur Cebulski (franczyzobiorca w latach luty 2022 – maj 2023): - Straciłem 100 tys. zł. I tracę cały czas, spłacając leasing za przyczepę, która stoi odłogiem.

Dostał lokalizację przy Bricomarche w Lubaniu (dolnośląskie). - Przychód miałem niezły, ok. 50 tys., ale koszty nie do udźwignięcia. Samo otwarcie miało mnie kosztować 25 tys. zł, a kosztowało 50. Cena zatowarowania była kosmiczna. Do tego opłaty nie zgadzały się z biznesplanem. Przykładowo: opłata franczyzowa miała wynosić 700 zł, a ostatecznie wyniosła prawie 1300 zł [dodajmy, że SG podaje ceny netto i są one też aktualizowane o inflację - red.]. Lokalizacja zaczęła przynosić straty, mimo że zrezygnowałem z pracowników i zasuwałem w tej budce sam. Chciałem jeszcze walczyć o nią, ale postawili obok McDonalda i już nie było o co.

Proton Zgrzeba: Nie znam osoby, która zainwestowałaby na start mniej w ten biznes niż 50 tys. zł. W mojej ocenie skandalicznym elementem tej umowy franczyzowej jest wpłata bezzwrotnego zadatku 10 tys. zł już na etapie podpisania umowy. Ceny przyczep sięgają ok. 170 tys. zł netto. Wszystko to dzieje się majestacie prawa, bo w Polsce od lat nie funkcjonuje ustawa franczyzowa, która chroniłaby słabsze podmioty, jakimi są franczyzobiorcy.

Ile potrzeba na start franczyzy i budki z kebabem?​

Maciejewski wymienia koszty wejścia do franczyzy: wkład własny na leasing przyczepy (ok. 30 tys. zł), zadatek, raty leasingowe (ok. 5 tys. zł), zatowarowanie (kilka tys. zł.), pakiet startowy (podstawowe wyposażenie, jak podkładki, kosze na śmieci, sztućce, serwetki - kilka tys. zł), kasa fiskalna (min. 2 tys. zł), opłata franczyzowa (od 500 do 1000 zł netto) i często kaucja za dzierżawę lokalizacji (np. za dwa miesiące z góry - ok. 4 tys. zł).

Krzysztof Olesiak na zarzut zbyt drogiej przyczepy odpowiada, że za mniejsze pieniądze nie można wyprodukować nic solidnego.

- Słyszę czasem na rynku takie głosy: przyczepę można kupić już za 60 tys.zł. Pytam zatem, czemu nikt ich nie kupuje? Produkuję przyczepy wysokiej jakości, które mają przetrwać lata w dobrym stanie: są w nich cztery turbowentylatory, a sam okap kosztuje 10 tys. zł. Rozumiem, że to jest miejsce pracy i tam musi być odpowiednia temperatura, bo tam pracują ludzie, którym się należą godne warunki zatrudnienia. Kolejny zarzut: że ja na tym zarabiam. To ja się zapytam inaczej: a z czego miałbym zapłacić ludziom, którzy ją dla mnie wyprodukują?


Damian, franczyzobiorca z Wielkopolski, dla którego Kebab Bafra jest dodatkową gałęzią działalności, jest w grupie zadowolonych: Nie mam zastrzeżeń do współpracy ze Sweet Gallery, biznes jest dochodowy. Kluczem do powodzenia jest w mojej ocenie realne oszacowanie kosztów przed podjęciem decyzji. Trzeba mieć świadomość przyszłych zobowiązań podatkowych czy wobec ZUS-u, przedsiębiorczość to są poważne sprawy. Wielu ludzi jednak tej wiedzy nie ma, a inwestuje oszczędności życia.

Pytany o lokalizacje odpowiada, że jedną wybrał sam, drugą poleciła mu spółka. - Trzeba je dokładnie sprawdzać. Firma jest w Warszawie, nie jest w stanie dokładnie zbadać rentowności punktów w regionie. Należy więc tam pojechać samemu, obserwować natężenie ruchu, oszacować dominujące grupy wiekowe – czy przeważa młodzież, czy może seniorzy. Ci drudzy za kebaba nie zapłacą. Czasem trzeba włożyć samemu wysiłek w rozreklamowanie lokalizacji, jak to w biznesie. I jeszcze jedna, fundamentalna sprawa: naprawdę warto mieć poduszkę finansową. W biznes porażka jest niejako wpisana w samą istotę sprawy, bo są czynniki, na które nie mamy wpływu.

Maciejewski: SG ma dział komercjalizacji, który reklamuje jako ten, który zajmuje się sprawdzaniem rentowności lokalizacji. Zajmuje się tym też osobna spółka. Wejście we franczyzę ma być co do zasady relatywnie bezpieczne, bo powierza się oszczędności podmiotowi doświadczonemu na rynku, który pobiera za to opłaty. A tymczasem wiele lokalizacji, które SG podsuwa, powinno być na starcie uznane za podwyższonego ryzyka, bo wcześniej stali w tych miejscach ludzie, którzy na nich polegli.

Kiedy rozmowy zamienią się w czyny?​

Ustawy franczyzowej nie ma od lat, mimo że dyskusje na temat potrzeby jej szybkiego uregulowania zdawały się przyspieszać w 2023 roku. Wówczas media obiegły informacje na temat sieci Żabka, która na franczyzobiorcach miała wymuszać podpisanie weksla in blanco, czyli zobowiązania do spłacenia długu na nieznaną kwotę.

Wyborcza.biz opisywała wówczas historie ludzi, którzy kończyli franczyzę w Żabce z długami sięgającymi kilkaset tys. zł. Potem nastąpiła jednak zmiana władzy, a z nią prace ruszyły na nowo. Obecnie są one na etapie spotkań w Biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z udziałem wszystkich zainteresowanych stron.

Obecnie umowa franczyzowa ma formę nienazwaną. Dominują w niej umowa zlecenia.

- Są zawierane na tzw. wzorcu umownym, czyli ustalonym przez jedną ze stron - w tym przypadku przez podmiot dominujący – franczyzodawcę. Bez wątpienia takie ukształtowanie treści zdecydowanie stawia na pozycji uprzywilejowanej franczyzodawcę, bowiem daje możliwość de facto ukształtowania tego stosunku prawnego w sposób pożądany i dla niego korzystny. Po drugie, niejednokrotnie daje franczyzodawcy uprawnienie do jednostronnej zmiany treści warunków umowy - wyjaśnia mec. Piotr Ziółkowski, radca prawny.
 
Potężny atak wybiórczej na partnera biznesowego Pederatora. W sumie to sam widziałem już zd dwa punkty, na Pomorzu Zachodnim, które do niedawna były bafrą i już nie są. Raz w jednym żarłem. Nawet jak na kebab to było to gówno.


Na stole leżała kartka: "Przepraszam", z rysunkiem wisielca. Piotra ukłuła myśl, że tym razem to już koniec, nie zdąży powstrzymać brata. Mateusz nie odszedł daleko. Znaleziono go w pobliskim lesie. - Nie udźwignął presji długów. Nie mogę sobie darować, że nie wybiłem mu z głowy tej franczyzy - mówi Piotr Mogiła, brat Mateusza, byłego franczyzobiorcy Bafra Kebab.

- Nie mogę uwierzyć, że go nie ma. Był moim życiowym przewodnikiem, starszym dzielnym bratem, którego podziwiałem za uczciwość, pracowitość, zaradność i ciepło, jakie roztaczał wokół siebie. On był oazą spokoju – opowiada Piotr Mogiła, krakowianin.

Jego brat Mateusz popełnił samobójstwo w ubiegłym roku. Był franczyzobiorcą firmy Sweet Gallery.

Długi go dobiły. Czuł, że wszystkich zawiódł - deklaruje Piotr.

Z korporacji do budki z kebabem Bafra​

Bracia urodzili się w niezamożnej rodzinie, wychowali w małej wiosce Cieszkowy w Świętokrzyskiem. Wszystkiego dorabiali się sami. Obaj zaczynali w budowlance, pracowali fizycznie, także za granicą. Budowali m.in. szpital w Irlandii Północnej. W końcu osiedli w Krakowie, Mateusz najął się w globalnym koncernie tytoniowym. Tam piął się po szczeblach kariery. Po kilku latach możliwości awansu wyczerpały się, a Mateusz zaczął w firmie się dusić.

Czuł się wypalony, był podminowany. Marzył o niezależności: od narzuconego korporacyjnego ładu, grafiku.

Obrał ścieżkę, jaką podąża wielu, którzy nie mają kapitału na wystartowanie z własnym biznesem. Pracował ciężko przez wiele lat, by odkładać na taki start. Gdy zgromadził oszczędności, zaczął szukać pomysłu na biznes. I wtedy wyhaczył go algorytm, który na niego zadziałał – opowiada Piotr Mogiła.

W 2023 roku Mateusz podjął decyzję o odejściu z firmy i rozpoczął poszukiwania nowej ścieżki - tym razem w przedsiębiorczości. Wpisywał w wyszukiwarkę m.in.: "intratny biznes", "franczyza". Algorytm podpowiedział: "Bafra Kebab".

To produkt firmy Sweet Gallery, popularnego franczyzodawcy w Polsce - nie tylko z kebabem, ale i z lodami, kołaczem, chrupiącymi skrzydełkami z kurczaka.

Zachęcony reklamami, pojechał do Warszawy na rozmowy, po czym zdecydował się na podpisanie umowy. Jednak już po wszystkim żalił mi się: "myślałem, że na start wystarczy 15 tys.zł, bo tak wyczytałem, a okazało się, że potrzeba ponad 50" - relacjonuje Piotr.

Te ponad 50 tys. miały pójść na: opłatę wstępną przy zawarciu umowy franczyzy (5 tys. zł), leasing przyczepy (5,5 tys. zł miesięcznie), wkład własny do banku z tytułu udzielenia leasingu (31 tys. zł), zatowarowanie (7 tys. zł), opłatę franczyzową (1 tys. zł), wynajem miejsca pod budkę z kebabem (5 tys. zł), instalację prądu (500 zł).

Mimo to Mateusz był podekscytowany: jak franczyza wypali, uzbiera na pierścionek zaręczynowy, wesele, oświadczy się partnerce, Oldze. Będą mogli założyć rodzinę.

Kebab za uczniowskie kieszonkowe​

Po zainwestowaniu w przyczepę food trucka, spółka zaproponowała mu miejsce do handlu: przy ul. Ułanów w Krakowie, w pobliżu zespołu szkół.

"Uczniowie będą wychodzić z lekcji głodni, to dobre miejsce" - mówił Mateusz.

Przeszedł kurs z przygotowania kebaba i z obsługi sprzętu, przeszkolił pracowników, których zatrudnił (według zaleceń Sweet Gallery należało zatrudnić trzech pracowników, Mateusz dał im umowy o pracę, nie chcąc oferować śmieciówek) i w pierwszym kwartale 2024 roku otworzył działalność.

- Przez pierwsze dwa, trzy miesiące szło dobrze, Mateusz miał zysk. I to by było na tyle zarobku. Po tym okresie dochody zaczęły systematycznie spadać. Najpierw wychodził na zero, ale szybko zaczął notować stratę. Nie wiem, czemu tak się stało. Kebab cieszył się zainteresowaniem w tym miejscu bardzo krótko, mimo że pracownicy siedzieli w tym food trucku dziesięć godzin dziennie – deklaruje Piotr.

Franczyzobiorca zaczął dorabiać, żeby spłacać zobowiązania - wypłacać pensje, uregulować składki zusowskie, czynsz za najem lokalizacji, zakup mięsa i sosów do kebaba, artykułów higienicznych.

- Sam jestem przedsiębiorcą, mam firmę budowlaną. Dawałem mu fuchy, żeby mógł dorobić, ale zarówno to, co wypracował u mnie na budowie, jak i urobek z kebaba, przestało wystarczać. Mateusz zaczął zaciągać pożyczki - wspomina jego brat.

Pierwszą dostał od Piotra - kilkanaście tysięcy złotych. Po drugą poszedł do banku – 30 tys. zł. Ten ściągał mu raty cyklicznie z konta, a resztę konsumowały ZUS i skarbówka.

- I nawet to okazało się za mało. Biznes był tak nierentowny, że już nawet na te składki przestało wystarczać. Konto Mateusza zajął naczelnik urzędu skarbowego, a potem komornik - kwituje Piotr.

Pierwszy telefon. Franczyza z długami​

Jest luty 2025 roku. Piotr zaprasza Mateusza i przyjaciół na imprezę urodzinową jego partnerki do klubu w Krakowie. Tańczą, żartują, brat nie schodzi z parkietu. Refleksja u jego bliskich, że było to robienie dobrej miny do złej gry, klasyczne maskowanie emocji, przyszła później. Nazajutrz – w sobotę, bracia są umówieni na oglądanie filmu. Mateusz się nie zjawia, ale dzwoni jego telefon. W słuchawce odzywa się jednak partnerka mężczyzny.

"Przyjedź, Mateusz miał próbę samobójczą".

Tego dnia mężczyzna wychodzi rano z domu i otwiera food trucka (pracownik pracuje od poniedziałku do piątku, Mateusz – w weekendy), którego po chwili zamyka, chowając się w środku. Odkręca butlę z gazem.

Traci przytomność, ulatniająca się substancja zatruwa go przez cztery godziny. Po tym czasie budzi się, wychodzi z budki, wymiotuje. Wraca do domu, ale ma zawroty głowy, mdłości.

Piotr wzywa pogotowie. Ratownicy zabierają Mateusza na oddział psychiatryczny. Psycholog notuje: "Pogorszenie samopoczucia następowało u pacjenta od lipca 2024 roku. Zaczął mieć małe ilości zamówień w jego punkcie z kebabem. Ponadto zmarł jego ojciec. U pacjenta pojawił się smutek, lęk przed wierzycielami, nie miał siły i chęci do pracy. Myśli samobójcze nasiliły się w ostatnich dwóch miesiącach, odkręcenie butli z gazem zaplanował".

35-latek zostaje w szpitalu przez miesiąc. W tym czasie wygasa umowa franczyzowa, przyczepę trzeba zabrać z ul. Ułanów, ale raty za leasing nadal płyną.

- Dzwoniłem do banku, tłumaczyłem, co się stało. Litości nie było. Przyczepę zwiozłem najpierw na mój parking, po miesiącu zgłosił się po nią bank, który ją przejął, bo nie było już z czego spłacać tych rat - wspomina Piotr.

Drugi telefon​

Jest wiosna 2025 roku. Mateusz jest już w domu – szpital opuścił na żądanie.

Na jego rocznym rozliczeniu podatkowym widnieje strata: kilka tysięcy złotych. To, czego nie ma w deklaracji PIT, to długi i pęknięte marzenie. Mateusz opowiada bliskim, że być może mógłby spróbować działać na rynku sam, nie jako franczyzobiorca, że może jeszcze znajdzie siłę i nadzieję, żeby stanąć na nogi.

Jest pod opieką specjalistów, bierze leki antylękowe. Z końcem marca, późnym wieczorem, do Piotra dzwoni partnerka Mateusza. Mężczyzna już zna ten ton głosu. Niespokojny, jakby coś między wypowiadanymi słowami wisiało w powietrzu i miało spaść z hukiem.

Olga mówi tylko: "Przyjedź. Chodzi o Mateusza".


Pod spodem rysunek wisielca na drzewie. Telefon na policję, przyjeżdżają z psem tropiącym, który gubi trop przy Rondzie Kocmyrzowskim. Jest tam przystanek autobusowy.

"Może pojechał w rodzinne strony, do świętokrzyskiego" - myśli Piotr.

Szukają w nocy, telefon Mateusza jest włączony, ale nie odpowiada. Policja znajduje mężczyznę nad ranem, w Lesie Wolskim, tuż pod miastem. Mateusz nie żyje.


Nie udźwignął presji długów. Były ogromne: 10 tys. zł w ZUS, 30 tys. w banku, 35 tys. wśród przyjaciół, ponad 7 tys. w Sweet Gallery, za przyczepę zostało do spłacenia ok. 100 tys. Czuł, że wszystkich zawiódł. Miałem wątpliwości od początku, czy brat powinien się brać za tego kebaba. Gdy przyszedł poprosić o podżyrowanie mu zakupu przyczepy, bo jako początkujący przedsiębiorca nie był dla banku wiarygodny, zapytałem: a co, jeśli to nie wypali?


Piotr i Mateusz mieszkali blisko siebie. Dzieli ich 16 miesięcy różnicy wieku, byli zżyci.

- Przechodzę obok jego mieszkania i wciąż nie wierzę, że on nie otworzy, gdy zapukam. Że już się nigdy nie spotkamy. Nie mogę się z tym pogodzić.

Piotr dziś sam jest w terapii. Nie może sobie darować, że nie powstrzymał brata przed utopieniem oszczędności. Jego mama i ich młodszy brat mówią: "Nigdy już nie będziemy takimi samymi ludźmi".

Sweet Gallery poinformowała nas, że punkt przy ul. Ułanów stoi pusty.

Girlandy, czyli jak pomaga rozwijać franczyzę Sweet Gallery​

Sweet Gallery działa na rynku od kilkunastu lat. Jej założyciele - bracia Marcin i Krzysztof Olesiakowie oraz Sebastian Śliwka budowali firmę od podstaw, sami początkowo sprzedając lody w przyczepach. Działalność pod nazwą Lodolandia otworzyli w 2013 roku. Rok później wystartowali z własną franczyzą i już wówczas spośród 29 punktów połowę prowadzili ich pierwsi franczyzobiorcy.

Ekspansja biznesu postępowała szybko – w 2015 roku ich przyczepy z lodami stały już w 184 miejscach w Polsce, dziś jest ich ponad tysiąc. Stale poszerzają ofertę - wśród ich produktów są Lodolandia, Bafra Kebab, Kołacz na Okrągło, Good Chicken, SiGelato, najnowszy koncept to Beef Bus. Obroty rosną. Według sprawozdań finansowych rokrocznie notują wzrost. W 2024 roku ich przychód wyniósł 187 mln zł.

Pytani o tragiczną historię Mateusza Mogiły deklarują, że latem 2024 roku zaproponowali mu zmianę lokalizacji handlowej.

- Podziękował i wyraził nadzieję, że gdy skończą się wakacje, uczniowie wraz z powrotem do szkół wrócą także do jego punktu - słyszymy od Sweet Gallery. Nie wrócili.

Firma przysłała nam w tej sprawie także oświadczenie:

"Z dużym niepokojem i smutkiem obserwujemy próby wykorzystywania tej tragedii przez osoby trzecie do walki z firmą w Internecie. Budowanie kapitału medialnego kosztem czyjejś śmierci uważamy za działanie wysoce nieetyczne".

Według Sweet Gallery współpraca z franczyzobiorcą przebiegała poprawnie, a opiekunowie regionu nie otrzymywali od niego sygnałów o problemach osobistych czy krytycznej sytuacji, która zagrażałaby jego stabilności. Dowiadujemy się jeszcze, że "w momencie tragicznego zdarzenia Pan Mateusz posiadał zadłużenie wobec spółki w wysokości ok. 7152 zł w ratach po 476 zł miesięcznie, bez odsetek. Nie jest to kwota krytyczna w skali tego biznesu. Zaproponowaliśmy możliwie racjonalne rozwiązanie, biorąc pod uwagę wysokość raty".

Co na to Piotr Mogiła?

- Kiedy Mateusz skarżył się do opiekuna regionu, że klientów jest coraz mniej, miał usłyszeć od niego: "Naprzeciwko jest restauracja ze świecącymi girlandami i lampkami, też byś takie kupił i zawiesił wokół budki, przyciągniesz ludzi" - odpowiada.

Nagonka byłych franczyzobiorców na Sweet Gallery​

Krzysztof Olesiak, członek zarządu w Sweet Gallery, wskazuje jednak, że od kwietnia minionego roku spółka mierzy się z hejtem, na który nie zasłużyła.

- Tę nagonkę przeciwko nam rozpętało dwóch panów [nie mają związku z historią Mateusza Mogiły- red.], którzy byli naszymi franczyzobiorcami. Są to osoby bardzo aktywne w portalach społecznościowych, gdzie niemalże rozpoczęły krucjatę przeciwko nam – przekonuje. Pokazuje postanowienia sądu, które mają świadczyć o tym, że jeden z nich wręcz obrał sobie za cel, by zniszczyć firmę, którą on buduje od kilkunastu lat.

- Rozpoczęliśmy współpracę z tym panem w 2020 roku. Na początku biznes szedł mu świetnie, miał prestiżową lokalizację - przy placu Jana Nowaka-Jeziorańskiego w Krakowie, czyli przy Dworcu Głównym, Galerii Krakowskiej i wyjściu do Rynku Głównego. Punkt-marzenie. Wówczas chwalił nas publicznie, można nawet powiedzieć, że rozkręcił autorską kampanię promocyjną naszej franczyzy. Problem zaczął się, gdy zarządca terenu zażądał wymiany przyczepy na bardziej reprezentacyjną.

Przyczepa miała być dziewięcioletnia i podniszczona przez wandali. - Przedstawiliśmy ofertę wymiany na nową. Kategorycznie odmówił, wypowiedział umowę i wtedy zaczął na nas wylewać pomyje – relacjonuje Krzysztof Olesiak.

Jak dodaje, próbowali negocjować z Galerią Krakowską, by opóźniła nieco start franczyzy w sezonie, tak by mężczyzna mógł zebrać pieniądze na nową przyczepę. - Odmówili. Zostaliśmy ze związanymi rękoma - mówi Krzysztof Olesiak.

Franczyzobiorca swojej wersji przedstawić nie może, bo ma sądowy zakaz wypowiadania się na temat Sweet Gallery. Warszawski sąd w ubiegłym roku – na wniosek adwokatów Olesiaka, wydał postanowienie o zabezpieczeniu w procesie o naruszenie dóbr osobistych spółki. To forma prawna, której używa się, zanim proces – z reguły długotrwały - wystartuje, by do czasu jego zakończenia pozwany nie kontynuował potencjalnego naruszania dóbr osobistych, m.in. w przestrzeni publicznej. Możemy więc tylko napisać, że według jego relacji sprawa miała się inaczej, próbował ratować biznes.

Owemu franczyzobiorcy Sweet Gallery wytoczyło też proces o zniesławienie (słynny art. 212 k.k.). Sąd sprawę umorzył i skierował z własnej inicjatywy do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu innego przestępstwa, ściganego z oskarżenia publicznego.

Opinie na temat franczyzy są skrajne - część przedsiębiorców ich wychwala, inni twierdzą, że zostali wykorzystani, wpędzeni w długi i omamieni obietnicą niskich kosztów wejścia do franczyzy, które znacznie rosły po podpisaniu umowy. Ci drudzy deklarują, że rozważają złożenie wniosku do prokuratury przeciwko spółce za nieuczciwe praktyki.

- Jak na razie sprawa jest na etapie wstępnym, bo część osób jest tak spłukana, że nie stać ich na wysupłanie 200 zł na zrzutkę dla adwokata - słyszymy.

Waluta: euro. W portfelu brak nawet złotówek​

- Zaproponowano mi lokalizację przyczepy w Bratysławie na Słowacji. Płatności w obowiązującym tam euro, dobre miejsca, jedno pod Kauflandem. Uwierzyłem, że te punkty przyniosą zysk. Ile ja zrobiłem kilometrów z Olsztyna do tej Bratysławy, żeby tam coś uhandlować! Musiałem na Słowacji zarejestrować firmę, opłacać hotele. Okazało się, że w okolicy dominuje społeczność romska, z inną od naszej kulturą, nie wydawali pieniędzy na lody. Jeśli udało mi się wyciągnąć 100 euro obrotu dziennie, to było wszystko - relacjonuje Marek Garela.

Mężczyzna prowadził też punkty handlowe w innych miejscach, m.in. w Gdańsku. - Chciałem sprzedawać lody, ale te otwiera się tylko w sezonie, czyli od wiosny do jesieni. Poza sezonem musiałem otworzyć kołacza, choć mnie to nie interesowało i poza tym - on się dużo gorzej sprzedaje. Ale nie mogłem odmówić, bo zabraliby mi lokalizację. Kołacz nie schodził, a rebranding przyczepy na ten towar kosztował mnie kilkanaście tysięcy. Miałem problem, żeby na to zgromadzić fundusze.

Jego kolejne zarzuty dotyczą opłat za lokalizację i cen za towar (lody). Zatowarowanie - zgodnie z umową franczyzową, trzeba robić w Sweet Gallery.


- Przestrzeń handlowa, którą wynajmowała dla mnie firma powiązana ze Sweet Gallery, kosztowała miesięcznie 1800 zł. Kolejna osoba, która po mnie postawiła przyczepę w tym miejscu deklarowała w rozmowie ze mną, że zapłaciła ponad tysiąc zł więcej za ten sam punkt - dodaje.

I jeszcze: jak się samemu wynajmowało punkt handlowy, na przykład w galerii, to można było wypowiedzieć umowę z miesięcznym wyprzedzeniem. A Sweet Gallery gwarantowała sobie opłatę za cały sezon, nawet jak ktoś w trakcie zrezygnował. Mógł ktoś inny na jego miejscu postawić przyczepę, ale poprzednik i tak musiał płacić - kwituje Marek Garela.

Jego współpraca z franczyzą zakończyła się karami finansowymi. - Dostałem dwa razy sądownie po 50 tys. zł z tytułu złamania zakazu konkurencji. Za to, że "podebrałem im punkt" oraz za to, że zgodnie z umową powinienem był zaprzestać sprzedaży lodów przez rok od zakończenia franczyzy. Tylko co ja miałem zrobić? Przecież zainwestowałem krocie w te przyczepy. Musiałem się z czegoś utrzymać - kwituje mężczyzna.

Zarzuty wobec Sweet Gallery o podbieranie wygórowanych prowizji za lokalizacje, proponowanie nierentowych punktów, restrykcyjne umowy powtarzają się w relacjach innych osób.

Nam też stawiają warunki​

Mechanizm, jaki Garela oraz inni byli franczyzobiorcy, z którymi rozmawiamy, zarzucają franczyzie, ma polegać m.in. na tym, że:

  • przy podpisaniu umowy trzeba wpłacić zadatek (ta forma opłaty wstępnej jest bezzwrotna) w wysokości zazwyczaj 10 tys. zł. Firma deklaruje, że pobiera go, bo musi rozpocząć produkcję przyczepy, a zdarzało się, że ludzie się rozmyślali już po podpisaniu umowy. Tyle że część osób nie uzyskuje w banku leasingu na przyczepę, więc zadatek ten im przepada. Biznes nawet nie wystartował, a pieniądze przepadły, mimo iż obiecywano im pomoc w uzyskaniu kredytu.
  • Kupują przyczepę za oszczędności albo udaje im się pozyskać zaufanie banku i leasing, są jednak związani zakazem konkurencji. Oznacza to, że przez rok od zakończenia współpracy ze Sweet Gallery, nie mogą prowadzić w niej handlu podobnym towarem, już jako samodzielni przedsiębiorcy. Jeśli zatem franczyza im nie wypali, zostają z drogim sprzętem albo wysokimi ratami leasingowymi, który potem albo próbują sprzedać na rynku wtórnym za bezcen, albo zabiera im je bank i przeznacza na aukcje. Także za bezcen w porównaniu z ich zobowiązaniami

Pytamy spółkę o zakaz konkurencji i 50-tysięczne kary umowne.

- Ma nas chronić przed osobami, którym udostępniamy know-how, a one za trzy miesiące uznają, że jednak wolą działać na własną rękę, bo już się wiele nauczyły i otworzą konkurencyjną działalność. Co ważne, on nas nie chroni tylko przed mikroprzedsiębiorcami, ale także makro. Mieliśmy już przypadki, że byli franczyzobiorcy, wykorzystywali zdobytą wiedzę i gotowe rozwiązania, do budowania konkurencyjnych sieci na dużą skalę. Zresztą tę karę umowną zmniejszyliśmy obecnie do 20 tys. - wyjaśnia Krzysztof Olesiak.

Dodaje, że 99 proc. osób, które do nich trafia, to ludzie niezaznajomieni z rynkiem gastronomicznym.

- Uczymy ich wszystkiego od podstaw. Do tego nie pobieramy od nikogo opłaty licencyjnej, jak przy innych franczyzach dostępnych na polskim rynku. Umiejętności, które zyskują, to cały wachlarz: od przygotowania sosów do kebaba, przez udostępnienie wzorów umów dla pracowników, podręczniki, obsługę połączenia z platformami z jedzeniem na dowóz czy wdrożenia HACCP (system sanepidowski)

Pytamy dalej - jeśli zatem zainteresowani podpisaniem umowy franczyzowej są "świeżakami" w branży gastro, jak mają poznać, czy sugerowana im lokalizacja jest rentowna?

- My tych punktów nie narzucamy, dajemy jedynie propozycję, a jeśli ktoś nie czuje się do nich przekonany, szukamy dalej. Aż połowa franczyzobiorców, którzy mają lody, wybiera swoje punkty. Każdy z naszych klientów ma taką możliwość i wówczas ma o połowę niższą opłatę franczyzową - deklaruje Krzysztof Olesiak.

Dlaczego część franczyzobiorców musi prowadzić też kołacza, skoro zależy im tylko na lodach i kiedy się o tym dowiadują? - drążymy.

- Zawsze transparentnie informujemy o charakterze lokalizacji. Są zarządcy, którzy oczekują, że będziemy wynajmować od nich przestrzeń handlową przez cały rok. Trudno się im dziwić, chcą mieć zapewnioną 12-miesięczną rentowność. Są też tacy, którzy zmieniają zdanie i wówczas nie mamy możliwości negocjowania. Jesteśmy tylko pośrednikiem w znajdywaniu tych lokalizacji i musimy się do przedłożonych warunków dostosować.

Z Wielkiej Brytanii do Częstochowy, cel: spełniać marzenia​

Maciej Maciejewski, były franczyzobiorca z Częstochowy, przedstawia inny obraz. Żeby otworzyć własny biznes, wcześniej pracował wiele lat na Wyspach. Wrócił w rodzime strony i zainwestował oszczędności - w kołacza, kebaba i lody.

- Próbowałem sam podpisać umowę na wynajem lokalizacji w M1 Częstochowa. Rozmawiałem z dyrekcją obiektu, byli chętni. Miałem na to zgodę zarządu Sweet Gallery. Jednak później zmienili zdanie. Wkroczyli do rozmów, podpisali umowę z galerią, a następnie ze mną. Musiałem im płacić prowizję, oczywiście wyszło drożej, niż gdybym podpisał umowę bezpośrednio z zarządcą. A potem okazało się, że jak z franczyzy zrezygnuję, to tracę prawo do tej lokalizacji, jako już osoba niezależna na rynku.

Konfrontujemy zarzuty ze spółką. Ile wynosi prowizja za dzierżawę punktu handlowego?

- Wynajmem lokalizacji zajmuje się dla nas spółka, która pobiera ją w wysokości od 50 do 200 zł. Ujawniamy tę wartość na prośbę franczyzobiorcy. Są przypadki, kiedy trzeba przez pierwszy rok doliczyć więcej za czynsz, ale wówczas nie jest to związane z prowizją, a z przyłączem prądu, za który my płacimy, i to my bierzemy na siebie wszystkie formalności. Przyłącze prądu jest inne dla kebaba (dużo bardziej wymagające) niż dla lodów. Franczyzobiorca się tym w ogóle nie zajmuje, ale ma pretensje: czemu czynsz jest wyższy niż u sąsiada? Ano dlatego, że sąsiad już to spłacił albo wystarczy mu niska moc - przekonuje Krzysztof Olesiak.

Lista spalonych punktów franczyzy Sweet Gallery​

Maciejewski to ten "drugi były franczyzobiorca" wymieniany przez Sweet Gallery, który jest aktywny w portalach społecznościowych na tematy franczyzowe. W socialach wszystkim doradza, by zakładali samodzielny biznes gastronomiczny, a jeśli decydują się na franczyzę, to uprzednią konsultację z prawnikiem. Choć i to - jego zdaniem - może nie być wystarczające, by uchronić się przed kłopotami.

Razem z innymi tworzy listę zamkniętych lub nierentowych lokalizacji - obecnie ma ona 300 punktów. Zbiera też doświadczenia byłych franczyzobiorców SG: - Znam takich, których rodziny spłacają po nich długi.

W długi popadł też Proton Zgrzeba, który handlował kebabem: - W moim przypadku działalność zakończyła się po dziesięciu miesiącach. Przez osiem miesięcy pracowałem sam, codziennie – również w niedziele – po 11, a nawet 12 godzin dziennie. Przy miesięcznych zobowiązaniach przekraczających 7 tys. zł i narastających długach byłem zmuszony złożyć wniosek o upadłość konsumencką.

Byli i tacy, którym przez konflikt z SG puszczały nerwy i szli na konfrontację. W Puławach spółka wysłała na miejsce ludzi, którzy przymusowo odholowali przyczepę jednego z franczyzobiorców. Zarząd spółki: - To była sytuacja, w której skończyła się umowa franczyzobiorcy – byliśmy zmuszeni do usunięcia obiektu z racji na bezumowne korzystanie z powierzchni.

Artur Cebulski (franczyzobiorca w latach luty 2022 – maj 2023): - Straciłem 100 tys. zł. I tracę cały czas, spłacając leasing za przyczepę, która stoi odłogiem.

Dostał lokalizację przy Bricomarche w Lubaniu (dolnośląskie). - Przychód miałem niezły, ok. 50 tys., ale koszty nie do udźwignięcia. Samo otwarcie miało mnie kosztować 25 tys. zł, a kosztowało 50. Cena zatowarowania była kosmiczna. Do tego opłaty nie zgadzały się z biznesplanem. Przykładowo: opłata franczyzowa miała wynosić 700 zł, a ostatecznie wyniosła prawie 1300 zł [dodajmy, że SG podaje ceny netto i są one też aktualizowane o inflację - red.]. Lokalizacja zaczęła przynosić straty, mimo że zrezygnowałem z pracowników i zasuwałem w tej budce sam. Chciałem jeszcze walczyć o nią, ale postawili obok McDonalda i już nie było o co.

Proton Zgrzeba: Nie znam osoby, która zainwestowałaby na start mniej w ten biznes niż 50 tys. zł. W mojej ocenie skandalicznym elementem tej umowy franczyzowej jest wpłata bezzwrotnego zadatku 10 tys. zł już na etapie podpisania umowy. Ceny przyczep sięgają ok. 170 tys. zł netto. Wszystko to dzieje się majestacie prawa, bo w Polsce od lat nie funkcjonuje ustawa franczyzowa, która chroniłaby słabsze podmioty, jakimi są franczyzobiorcy.

Ile potrzeba na start franczyzy i budki z kebabem?​

Maciejewski wymienia koszty wejścia do franczyzy: wkład własny na leasing przyczepy (ok. 30 tys. zł), zadatek, raty leasingowe (ok. 5 tys. zł), zatowarowanie (kilka tys. zł.), pakiet startowy (podstawowe wyposażenie, jak podkładki, kosze na śmieci, sztućce, serwetki - kilka tys. zł), kasa fiskalna (min. 2 tys. zł), opłata franczyzowa (od 500 do 1000 zł netto) i często kaucja za dzierżawę lokalizacji (np. za dwa miesiące z góry - ok. 4 tys. zł).

Krzysztof Olesiak na zarzut zbyt drogiej przyczepy odpowiada, że za mniejsze pieniądze nie można wyprodukować nic solidnego.

- Słyszę czasem na rynku takie głosy: przyczepę można kupić już za 60 tys.zł. Pytam zatem, czemu nikt ich nie kupuje? Produkuję przyczepy wysokiej jakości, które mają przetrwać lata w dobrym stanie: są w nich cztery turbowentylatory, a sam okap kosztuje 10 tys. zł. Rozumiem, że to jest miejsce pracy i tam musi być odpowiednia temperatura, bo tam pracują ludzie, którym się należą godne warunki zatrudnienia. Kolejny zarzut: że ja na tym zarabiam. To ja się zapytam inaczej: a z czego miałbym zapłacić ludziom, którzy ją dla mnie wyprodukują?


Damian, franczyzobiorca z Wielkopolski, dla którego Kebab Bafra jest dodatkową gałęzią działalności, jest w grupie zadowolonych: Nie mam zastrzeżeń do współpracy ze Sweet Gallery, biznes jest dochodowy. Kluczem do powodzenia jest w mojej ocenie realne oszacowanie kosztów przed podjęciem decyzji. Trzeba mieć świadomość przyszłych zobowiązań podatkowych czy wobec ZUS-u, przedsiębiorczość to są poważne sprawy. Wielu ludzi jednak tej wiedzy nie ma, a inwestuje oszczędności życia.

Pytany o lokalizacje odpowiada, że jedną wybrał sam, drugą poleciła mu spółka. - Trzeba je dokładnie sprawdzać. Firma jest w Warszawie, nie jest w stanie dokładnie zbadać rentowności punktów w regionie. Należy więc tam pojechać samemu, obserwować natężenie ruchu, oszacować dominujące grupy wiekowe – czy przeważa młodzież, czy może seniorzy. Ci drudzy za kebaba nie zapłacą. Czasem trzeba włożyć samemu wysiłek w rozreklamowanie lokalizacji, jak to w biznesie. I jeszcze jedna, fundamentalna sprawa: naprawdę warto mieć poduszkę finansową. W biznes porażka jest niejako wpisana w samą istotę sprawy, bo są czynniki, na które nie mamy wpływu.

Maciejewski: SG ma dział komercjalizacji, który reklamuje jako ten, który zajmuje się sprawdzaniem rentowności lokalizacji. Zajmuje się tym też osobna spółka. Wejście we franczyzę ma być co do zasady relatywnie bezpieczne, bo powierza się oszczędności podmiotowi doświadczonemu na rynku, który pobiera za to opłaty. A tymczasem wiele lokalizacji, które SG podsuwa, powinno być na starcie uznane za podwyższonego ryzyka, bo wcześniej stali w tych miejscach ludzie, którzy na nich polegli.

Kiedy rozmowy zamienią się w czyny?​

Ustawy franczyzowej nie ma od lat, mimo że dyskusje na temat potrzeby jej szybkiego uregulowania zdawały się przyspieszać w 2023 roku. Wówczas media obiegły informacje na temat sieci Żabka, która na franczyzobiorcach miała wymuszać podpisanie weksla in blanco, czyli zobowiązania do spłacenia długu na nieznaną kwotę.

Wyborcza.biz opisywała wówczas historie ludzi, którzy kończyli franczyzę w Żabce z długami sięgającymi kilkaset tys. zł. Potem nastąpiła jednak zmiana władzy, a z nią prace ruszyły na nowo. Obecnie są one na etapie spotkań w Biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z udziałem wszystkich zainteresowanych stron.

Obecnie umowa franczyzowa ma formę nienazwaną. Dominują w niej umowa zlecenia.

- Są zawierane na tzw. wzorcu umownym, czyli ustalonym przez jedną ze stron - w tym przypadku przez podmiot dominujący – franczyzodawcę. Bez wątpienia takie ukształtowanie treści zdecydowanie stawia na pozycji uprzywilejowanej franczyzodawcę, bowiem daje możliwość de facto ukształtowania tego stosunku prawnego w sposób pożądany i dla niego korzystny. Po drugie, niejednokrotnie daje franczyzodawcy uprawnienie do jednostronnej zmiany treści warunków umowy - wyjaśnia mec. Piotr Ziółkowski, radca prawny.
Ty masz chłopie wykupioną subskrybcje na wyborczej? Oj...
A do franczyz mam mieszane emocje coś jak z kredytami frankowymi.
Niby można powiedzieć: idź do dobrej kancelarii to powiedzą aby w życiu takiej umowy niepodpisywać.
Tylko tak jak w przypadku franków dużego wyboru nie ma (wahania kursu nie są głównym powodem dla którego można nazywać tamte umowy gadzinowymi)...
...od ropucha, po sieci kebabów aż po franczyzy, gdzie trzeba na start wyłożyć kilkaset tysięcy złotych.
O McDonald też krążą legendy, chociaż tam chyba jest 1,5 mln zł na start.


Tylko przeglądałem też te grupy fejsowe różnego typu franczyzobiorców: panie i panowie nie dokońca rozumieli nawet konsekwencje podpisania weksla in blanco...

Chociaż jak już się czepiać reklam: firmy bukmacherskie są gorsze od sieci kebabów.

Ciekawe co miałby tam wykładać?

Notatniki na biurko?
Magistra ma więc wykładać może, a co? Chłopski rozum. Powiem tak: słuchając Pudziana trudniej zbankrutować niż na słuchaniu innych kołczy. Naprawdę nie jest najgorszy. Chłopie jak ja lubię sobie czasem kupić Forbesa na olxie, albo włączyć te pseudobiznesowe-kołczingowe kanały. Inne i lepsze słownictwo, ale mental Pudziana.

My się tutaj naśmiewamy z Pudziana, ale tak w latach 1995 do około 2006 roku: no takie mądrości pudzianowe miało wielu przedsiębiorców.
 
Back
Top