Jak na razie najciekawsza, najbardziej "treściwa" recenzja jego filmu, jaką czytałem.
wyborcza.pl
"Dziki" jest dziki, "Dziki" jest zły. 1 stycznia mamy już najgorszy film roku
Konkurenci będą musieli się napocić, by nowy wytwór Macieja Kawulskiego przebić - "Dziki" to film nie tyle nieporadny, co spartaczony na każdym kroku.
Zacznijmy od podstaw, czyli scenariusza. Jakiś tam chyba jest, bo poza Kawulskim podpisał się pod nim też Rafał Lipski – scenarzysta
"Kuleja. Dwóch stron medalu". Akcja "Dzikiego" dzieje się w Karpatach jakiś czas po Bitwie pod Wiedniem. W 1684 roku papież Innocenty XI wysyła Janowi III Sobieskiemu w uznaniu zasług odznaki zaszczytne: złoty miecz na pięknie zdobionym pasie, aksamitny kapelusz z wysadzaną perłami gołębicą oraz złotą różę dla Marii Kazimiery.
Jak na razie sama prawda, można by więc przypuszczać, że film zalicza się do kina historycznego. Może pod względem czasu i miejsca akcji, ale raczej niczego innego.
Dziki jak Mowgli, ale z Karpat
W filmie dowiadujemy się, że w drodze papieskie podarki zostały zrabowane przez karpackich zbójców, a ściślej – bandę Dzikiego (Tomasz Włosok). Ten był już w okolicy żywą legendą: niemową, który pierwsze lata życia spędził samotnie w leśnej głuszy, wśród dzikich zwierząt. Czyżby karpacka "Księga dżungli"?
Mowgl… Dzikiego w lesie znalazł Maciej (Leszek Lichota), góral, który za wojenne zasługi dostał tytuł i kawałek ziemi. Sam pod opieką miał już córkę, Antoninę, chłopca oddał więc na wychowanie lokalnej guślarce Vesnie (Agata Buzek) – skrzyżowaniu Jaruchy ze "Starej Baśni", Horpyny z "Ogniem i mieczem" oraz wszelkich możliwych skojarzeń na temat szamanizmu, jakie przychodzą wam do głowy. Czy ma to jakiekolwiek umocowanie w kulturze XVII-wiecznych Karpat? Wątpliwe, ale dawni górale z pewnością wyznawali pewien rodzaj animizmu, także niech już tam będzie, że Vesnie zamiast do zwykłej znachorki i guślarki bliżej do szamanki z czasów Piastów.
Mały Dziki rozwijał się nieźle, ale pierwsze kontakty z rówieśnikami nie były najłatwiejsze. Jednemu chłopcu odgryzł palec, ale spokojnie – kolejnego dnia byli już najlepszymi kolegami. Z grupy najbardziej wyróżniała się Hanka, która z wiekiem wyrosła na niezłe ziółko. Pewnego dnia, gdy nastoletni Dziki nad strumieniem zapoznawał się z córką Macieja, Antoniną (debiutująca Angelika Włoch), jego znajomi z bandy ukradli szlacheckiego konia. Wyszła z tego niezła chryja, ale na szczęście Dziki doznał nagłego objawienia niczym Paweł w drodze do Damaszku i pobiegł przyjaciołom z odsieczą, przy okazji zmieniając biom, porę roku i czas dnia. Przyjaciół uratował, ale cena była wysoka – cała grupa nie mogła już schodzić do wsi i na kilka lat skryli się w górach, gdzie zajęli się rabunkiem i hulanką.
Z tą zmianą pór roku to oczywiście żart. W scenariuszu Dziki po prostu doznał niewyjaśnionego przez resztę filmu mistycznego olśnienia, a że jego rozmowa z Antoniną nagrywana była prawdopodobnie latem w gęstym, zielonym lesie, a scena kradzieży – w ponurą jesień na mglistych halach, to trudno je w pierwszej chwili połączyć.
Kolorystyczny chaos, fatalna muzyka
Może jednak nie jest to wcale wina czasu zdjęć, a fatalnej korekcji kolorów? Dystrybutor chwali się, że "Dziki" to pierwsza polska produkcja kręcona wielkoformatową kamerą ARRI ALEXA 65, której Christopher Nolan używał m.in. w
"Oppenheimerze", a Denis Villeneuve w
"Diunie". Zdjęcia naszych gór nigdy nie miały być na ekranie piękniejsze i bardziej imponujące. I może byłyby, bo autor zdjęć Bartek Cierlica wykonał przyzwoitą robotę, ale kompletnie położyły ją dodane w postprodukcji filtry. Obraz raz jest bajecznie zielony, raz zgniło-szary, albo pomarańczowo-niebieski. Nic się w tym kupy nie trzyma – wygląda tandetnie i męcząco, jak z taniego kina przygodowego z wczesnych lat 2000.
Fatalna jest też muzyka Mateusza Schmidta i New Age’owego multiinstrumentalisty Ape’a Chimby. Brzmi to ni ludowo, ni mistycznie, trochę afrykańsko i północno-amerykańsko, czasem bałkańsko czy wiedźmińsko, bo nie sposób nie skojarzyć części zaśpiewów z utworami
zespołu Percival Schuttenbach do gry "Wiedźmin 3". Z tym, że tamta muzyka była przy swej ludowości emocjonująca i świeża, a ta jest zwyczajnie męcząca, bo gra przez CAŁY FILM! Nie ma ani chwili ciszy. Ciągle coś brzęczy, buczy, jazgocze, zawodzi i kwęka. W innym kontekście czy po prostu z umiarem mogłoby to działać, ale po godzinie seansu po prostu zaczyna boleć głowa.
Mniej realizmu, więcej impresji?
Stroje i fryzury też zdają się inspirowane wszystkim i niczym. Trochę jest tu historii i XVII-wiecznych realiów, trochę fantazji o Słowianach i Wikingach. Ba, góral Maciej ewidentnie dzieli stylistkę z Ragnarem Lothbrokiem z serialu "
Wikingowie" – wygolone boki, warkocz na karku i końcu gęstej brody.
Podobną fryzurę ma Dziki, ale niestety, gdy wciela się już w niego Włosok, jego włosy wyglądają komicznie. Jeśli Kawulski kierował się zasadą: mniej realizmu, więcej impresji, która fajnie wygląda na ekranie, to mógł dopilnować, by główny bohater faktycznie wyglądał fajnie – nie wygląda.
Znana skądinąd zasada "rule of cool" – nieważne, czy ma to sens, byle dobrze wyglądało – chyba przyświecała Kawulskiemu jako główna myśl artystyczna. Zabił ją jednak brak kompetencji. Ze wszystkich bohaterów najlepiej wyglądają dorosła Hanka (Zofia Jastrzębska) i jej kolega z gangu, Stasiek (Sebastian Dela). Zresztą ta dwójka, razem z Lichotą i Buzek, stara się aktorsko cokolwiek pokazać, ale scenariusz nie daje im ku temu zbyt wiele okazji, a kulawy montaż psuje resztę.
Ten aspekt "Dzikiego" jest chyba najgorszy. Film przez ponad dwie godziny ogląda się jak teledysk, w którym fabuły i motywacji bohaterów trzeba domyślać się z kontekstu niezbornie przelatujących po sobie scen. Montaż psuje też sekwencje akcji, a może właśnie ukrywa nieudolną choreografię? Trudno powiedzieć, bo na ekranie po prostu nic nie widać!
Najczęściej ze sceny na scenę nie zgadzają się czas i miejsce, światło i kolory, ale nierzadko zwyczajnie nie wiadomo, co się właściwie dzieje, bo postaci pojawiają się i znikają jak w narkotykowym majaku. Pod tym względem Kawulski okazuje się gorszy nawet od późnego Vegi. A to już sztuka.
Zdaję sobie sprawę, że podobnie chaotyczny wydaje się ten tekst, ale trudno jest ustrukturyzować opis czegoś tak chaotycznego. Na koniec zatem główny temat filmu – jego filozoficzne podłoże, głębokie jak złote myśli z reklamy Tatry i Harnasia. Narratorka z offu czasem stara się nakreślić kontekst tego, co właśnie widzimy. W teorii to wielce przydatny zabieg, zwłaszcza w tak nieskładnym filmie. Niestety, jej kulawa poezja o rzeczach wielkich, pierwotnych, dzikich i cnych dodaje do całości dodatkową warstwę kuriozów.
Nawet nie "tak zły, że aż dobry"
Najgorszy poza montażem jest z tego wszystkiego i tak Sebastian Fabijański. Ten wciela się tu we francuskiego inkwizytora wysłanego przez Kościół w celu odnalezienia papieskich skarbów i skaptowania bandyckich grup działających w okolicy. Jego "Łowca z Carcassonne" to szaleniec, zły i niegodziwy tak, że na jedno jego podłe spojrzenie kiśnie mleko. Fabijański aktorsko szarżuje tak bardzo, że Jan Sobieski przydzieliłby go do husarskiej jazdy. To postać-karykatura; aktor może i świetnie się na planie bawił, ale popis dał gorszy niż na gali Fame MMA.
Film Kawulskiego nie klasyfikuje się nawet w kategorii "tak zły, że aż dobry". To seans do cna męczący i nieciekawy, nie nadaje się nawet do oglądania dla zabawy przy piwie ze znajomymi. Na głos zaśmiałem się tylko raz – i to dopiero na ostatniej scenie. Tej nie zdradzę, podobnie jak kilku najgorszych (i najgłupszych) wątków scenariusza – ten tekst mogą przecież czytać dzieci i osoby o słabych nerwach.
Mimo tych wszystkich wad kibicuję "Dzikiemu", i to nie tylko pod względem
nominacji do Węży – nagród dla najgorszych filmów. Chcę, by film w kinach poradził sobie jak najlepiej. Nie dlatego, że życzę sobie, by biznesmen Kawulski wciąż próbował udowadniać nam, że potrafi robić filmy – sobie tego udowadniać nie musi, bo wierzy w to absolutnie.
Chciałbym natomiast, by polskie kino przekonało się do kina gatunkowego, luźniejszego podejścia do rodzimej historii. Chciałbym nową wersję "Janosika" (ale błagam, nie jako sequel "Dzikiego") czy serialu "Czarne chmury". "Kos" Pawła Maślony pokazał, że jest w narodzie potrzeba na ekscytujące i rozrywkowe kino historyczno-przygodowe. Jeśli "Dziki" poniesie klęskę, być może przez wiele lat żaden kompetentny twórca nie podejmie podobnego ryzyka.