Może zachęcę do sięgnięcia po klasykę kina gangsterskiego tym wpisem z "Po godzinach".
Film na CDA w wersji Knapika:
Lata temu w Polsce na którymś z festiwali gościem był Julien Temple. Możecie nie kojarzyć nazwiska, ale jego teledyski i filmy już raczej tak. To on robił słynne „Do You Really Want to Hurt” Culture Club, on nakręcił klip Stonesów do piosenek „Undercover of the Night” czy „She’s Hot”. Stworzył wybitne dokumenty jak choćby legendarny „Wielki rock’n’rollowy szwindel” czy poruszający film o Joe Strummerze „Niepisana przyszłość”. Temple próbował też swoich sił w fabułach. Zrobił kuriozalnie zabawne „Ziemskie dziewczyny są łatwe”, niedoceniony i wyśmiany swego czasu „Absolute Beginners”. Oraz film o którym chciałem napisać kilka słów. Film nazywał się „Bullet”.
- Pamiętam jak na planie „Bulleta” zjawił się Mickey Rourke. Był w fatalnym stanie, i przechodził jeden najtrudniejszych okresów w życiu, chlał, ćpał, uważał się za boksera i największego twardziela na świecie. Bałem się, jak wówczas większość, reżyserów współpracy z nim. Ale gdy tylko pojawił się Tupac, Mickey zmiękł. Ten chłopak miał w sobie autentyczną twardość ulicy, która Rourke mógł tylko podrabiać. To dobrze ustawiło naszą współpracę. - wspominał w rozmowie.
Poza tym, że Mickey przechodził ciężki okres w życiu (w zasadzie był to koniec jego spektakularnej kariery a na powrót do kinowych filmów przyjdzie mu czekać do „Zapaśnika” z 2008 roku), był jeszcze jeden powód dla którego tak mocno zaznaczał swoją obecność na planie. „Bullet” oparty był na scenariuszu, który napisał (jako sir Eddie Cook) i o którego realizację zabiegał kilka lat. Sprawa ciągnęła się tak długo, że gdy w końcu zaczęły się zdjęcia Rourke był starszy od swojej filmowej postaci o siedem lat (filmowy Bullet ma trzydzieści pięć lat, podczas zdjęć Rourke miał czterdzieści dwa lata).
Historia jest tu prosta. Butch „Bullet" Stein wychodzi z więzienia. Odsiedział osiem lat. Na wolności witają go bracia i koledzy z gangu. Resocjalizacja słabo działała na Bulleta - od razu po wyjściu z więzienia wraca do starych przyzwyczajeń - heroiny, wymuszeń, napadów i przemocy. O Bulletcie pamięta też jego dawny wróg - Tank (w tej roli Tupac Shakur), który ma z nim do wyrównania rachunki. Finał tej historii łatwo przewidzieć.
To co odróżnia „Bulleta” od innych filmów o ulicznych gangach, to niemal reporterska zaciętość z jaką Temple pokazuje brud nowojorskich ulic. Nie ma tu miejsca na blichtr, przepych życia bogatych gangsterów. Jest syf, trefna heroina, brudne chodniki i trupy wyrzucane z melin przez okna. W tym świecie szanse na happy end są równe zeru. Dlatego też „Bullet” uchodzi za jeden z najbardziej przygnębiających filmów gangsterskich. Życie się nie zmieni. Bohaterowie nie dostaną drugiej szansy. Policja też im nie pomoże, bo i po co. Policji na rękę jest to, że chłopcy się pozabijają. Mniej roboty.
Nie jest „Bullet” najlepszym filmem świata. Narracyjnie jest bardzo nierówny. Wyniesiony z dokumentów sposób realizacji, Temple niepotrzebnie momentami miesza ze scenami symbolicznymi a nawet wizyjnymi. Miało to zapewne dodać głębi opowieści, ale tylko odciąga uwagę od tego co w tym filmie jest najważniejsze. A najważniejsza jest opowieść o bagnie, z którego nie da się wyjść. Nie istotne jest kto pomogą i wyciąga dłoń. Bagno wciąga i odbiera. Najpierw resztki człowieczeństwa a potem życie.
Prace nad „Bulletem” (przerywane w wyniku problemów finansowych) trwały dwa lata. Gdy w końcu udało się film ukończyć, Tupac został zamordowany. „Bullet” trafił do dystrybucji dwa tygodnie po jego śmierci. W kinach sukcesów nie odniósł, za to stał się wielkim hitem na rynku VHS, a dziś cieszy się statusem filmu kultowego. Zasłużenie. Bo mimo iż trudno nazwać go filmem do końca udanym, to ma w sobie to coś, co sprawia, że się o nim pamięta. I myśli o kilku scenach, nawet jeśli nie kupiło się całości.