" Z pewnością masz za sobą eksperymenty z planowaniem celów
noworocznych. Jeśli tak, to pewnie niemała część z nich zakończyła
się niepowodzeniem (to nie jest przypadek, że w połowie lutego
siłownie są już nieco bardziej puste). Po latach eksperymentów
z różnymi metodami trzymam się takiej, która powoduje, że osiągam
między 60 a 120% założeń, które sobie stawiam.
Zacznij od określenia celów rocznych. Rekomenduję nie więcej niż
5 celów, choć w duchu transparentności przyznam, że akurat w tym
roku mam ich 7. Przykładowe cele na bazie poprzednich lat mogą wy-
glądać, np. tak:
■ Zrobić przynajmniej X treningów;
■ Spędzić w podróży przynajmniej X dni;
■ Opublikować X tekstów;
■ Spłacić kredyt hipoteczny poniżej kwoty X;
■ Przeczytać X książek;
■ Zarobić X złotych.
I tak dalej. To jest najprostsza część tego ćwiczenia, niczym nie
różniąca się od klasycznych postanowień noworocznych. Dlatego…
Rozbijamy cele roczne na cele na pierwszy kwartał. Jednocześnie,
nie dzielimy celu książkowego na 4, tylko staramy się zrobić nieco
więcej, niż wynika z podzielenia celu rocznego na równe kwartały.
Jeśli więc założyliśmy, że chcemy przeczytać 40 książek w 4 kwar-
tały, to zakładamy, że w pierwszym czytamy 14 książek zamiast 10,
dzięki czemu, gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, ustawimy się
na ścieżce przekroczenia celów. Robimy tak, bo często rzeczywistość
stawia opór naszemu planowaniu. Jednocześnie, pilnujemy, żeby
spiętrzenia w jednych celach nie kolidowały nam z innymi. Jest więc
całkowicie OK, żebyśmy pierwszy kwartał konstruowali wokół czyta-
nia książek i podróżowania (jeśli mamy zwyczaj czytać w podróży).
Jednak ze spiętrzeniem celów treningowego i dotyczącego pisania
poczekajmy na drugi kwartał, bo prawdopodobnie będziemy mniej
trenować i pisać w podróży, które zaplanowaliśmy na Q1.
Następnie z celów na Q1 wyodrębniamy to, co zamierzamy zrobić
w styczniu. Punktem wyjścia może być podzielenie kwartału na trzy równe miesiące. Zwykle jednak, wychodzi inaczej, bo są potrzebne
działania, które pomogą nam zrealizować to, co zakładamy w krótkim
terminie, takie jak rezerwowanie podróży, kupno książek, wstawienie
do kalendarza treningów itd. Może się też okazać, że równy podział
nie ma sensu, bo zaplanowaliśmy sobie zero dni wolnych w styczniu
albo dwutygodniowy urlop w lutym.
Nie ma sensu już teraz planować lutego – na to przyjdzie czas
w ostatni dzień stycznia, gdy będziemy podsumowywać, jak
nam poszedł pierwszy miesiąc i zastanawiać się, co musimy
w lutym i marcu zrobić, żeby zrealizować cele na pierwszy kwartał
(zapominamy o celach rocznych, a szczególnie o tym, że cele na Q1
są zawyżone).
Następnie, z celów na dany miesiąc wyodrębniamy to, co mamy zro-
bić w tym tygodniu, żeby dowieźć dany miesiąc, biorąc pod uwagę
to, jak nam się zapowiada tydzień – może bierzemy wolny piątek
i wyjeżdżamy, więc zrobimy o jeden trening mniej? Może, ponieważ
będziemy w samolocie, uda nam się trochę więcej poczytać?
Ostatnie dwie kolumny to po prostu „Do zrobienia dziś” oraz
„Zrobione”, a więc klasyczna lista „Do zrobienia”. Ostatnia rzecz to
ustawienie w kalendarzu godzinnego spotkania z samym sobą na
koniec każdego miesiąca i 30-minutowego na koniec każdego
tygodnia, w ramach którego planujemy następny interwał. Wszystko
to układa się w sprawną kaskadę, w ramach której nie musimy
koncentrować się na niczym dalekosiężnym – dopóki sprawnie
odhaczamy rzeczy na liście. Ponieważ mamy w nasz plan wbudowane
bufory, to naturalne potknięcia (kontuzja uniemożliwiająca treningi
przez 2 miesiące) nie psują nam, na ogół, całego roku. "
Pierwszy raz widzę sensowne podejście do celów noworocznych
