Ławniczki z procesu Lindsay Clancy przerwały milczenie. Ujawniły, co działo się podczas obrad i dlaczego nie zapadł werdykt.
Lindsay przyznała, że odebrała życie 5-letniej Corze, 3-letniemu Dawsonowi i 8-miesięcznemu Callanowi. Ławnicy mieli ustalić, czy z powodu choroby psychicznej nie ponosiła wówczas odpowiedzialności karnej.
Trzy ławniczki ujawniły, że głosy rozłożyły się w stosunku 11 do 1. Przewodnicząca Roni Carlson twierdzi, że jedyny przeciwny ławnik przyznał, iż ma uzasadnione wątpliwości.
Roni była już w połowie wypełniania formularzy werdyktu, gdy mężczyzna miał oznajmić, że mimo wszystko nie zgodzi się na uznanie Lindsay za nieponoszącą odpowiedzialności karnej.
„Byłam tak podekscytowana” wspominała przewodnicząca. Brak ostatecznego porozumienia nazwała później „strasznym” i „emocjonalnym rollercoasterem”.
Kobiety opowiedziały, że podczas narad dochodziło do gwałtownych kłótni i krzyków, które momentami było słychać przez ściany. Było też dużo płaczu, a po najtrudniejszych rozmowach ławnicy przytulali się.
„Nie próbowaliśmy ustalić, czy zabiła dzieci. Zrobiła to i przyznała się do tego. Próbowaliśmy ustalić, czy w tamtym czasie odróżniała dobro od zła” wyjaśniła Roni.
Ławniczki uznały, że prokuratura nie udowodniła ponad uzasadnioną wątpliwość, iż Lindsay ponosiła odpowiedzialność karną. Jedna z nich podkreśliła, że żaden świadek oskarżenia nie przedstawił jej jako złej matki.
Według kobiet przeciwny ławnik ignorował również raporty toksykologiczne oraz informacje o lekach przekazywane przez pielęgniarki zasiadające w ławie. Sam mężczyzna nie zabrał publicznie głosu i nie odpowiedział na ich zarzuty.
29 września obrona będzie domagać się oddalenia zarzutów. Wtedy może się również okazać, czy prokuratura chce ponownie postawić Lindsay przed sądem.
Czy po tych słowach ławniczek inaczej patrzycie na zakończenie procesu?