Mario ,,dociążator'' Pudzianowski - temat zbiorczy

A co?

Mario już wysłał pozwy do redakcji MMARocks?
Delikatnie mówiąc ,,skrzywdził" paru forumowiczów 1774190853316 (1).png
 
Czyli za niewielkie chłopiska też się zabiera... :wtf2:
Na skraju miasteczka, gdzie zapach benzyny i metanolu mieszał się ze szprycą i czarnym kurzem toru, Mariusz Pudzianowski znany był nie tylko jako siłacz, lecz jako cichy koneser żużla. Gdy inni widzieli warkot silników, on słyszał symfonię – ryk motocykli był dla niego jak refren, a ślizg na łuku jak finezyjna zwrotka.
Wieczorami siadał na drewnianej ławce przy torze Orła Łódź i z zamkniętymi oczami analizował każdy przejazd, jakby degustował rzadkiego browarka. „Ten start – nuty dymu i odwagi, ale finisz nieco gorzki” – mruczał pod nosem, ku zdziwieniu młodych juniorów.
Szczególną słabość miał jednak do początkujących żużlowców. Nazywał ich czule „harcerzami toru” – bo, jak twierdził, uczą się odwagi, dyscypliny i szacunku do maszyny, jakby zdobywali sprawności w jakiejś benzynowej puszczy. Potrafił godzinami obserwować ich zmagania, kibicując z powagą mentora i błyskiem dumy w oku. „Patrzcie na tych harcerzy” – mówił – „jeszcze nieokrzesani, ale już pachną legendą. Tanio skóry nie sprzedają”.
Mówiono, że potrafi rozpoznać zawodnika po samym brzmieniu silnika, jak koneser rozpoznaje rocznik po jednym łyku. I choć jego dłonie mogłyby zgnieść stal, to właśnie delikatność w odbiorze żużlowej sztuki czyniła go legendą nie tylko siły, ale i wyrafinowanego smaku.
1000042223-1-gif.145409
 
Na skraju miasteczka, gdzie zapach benzyny i metanolu mieszał się ze szprycą i czarnym kurzem toru, Mariusz Pudzianowski znany był nie tylko jako siłacz, lecz jako cichy koneser żużla. Gdy inni widzieli warkot silników, on słyszał symfonię – ryk motocykli był dla niego jak refren, a ślizg na łuku jak finezyjna zwrotka.
Wieczorami siadał na drewnianej ławce przy torze Orła Łódź i z zamkniętymi oczami analizował każdy przejazd, jakby degustował rzadkiego browarka. „Ten start – nuty dymu i odwagi, ale finisz nieco gorzki” – mruczał pod nosem, ku zdziwieniu młodych juniorów.
Szczególną słabość miał jednak do początkujących żużlowców. Nazywał ich czule „harcerzami toru” – bo, jak twierdził, uczą się odwagi, dyscypliny i szacunku do maszyny, jakby zdobywali sprawności w jakiejś benzynowej puszczy. Potrafił godzinami obserwować ich zmagania, kibicując z powagą mentora i błyskiem dumy w oku. „Patrzcie na tych harcerzy” – mówił – „jeszcze nieokrzesani, ale już pachną legendą. Tanio skóry nie sprzedają”.
Mówiono, że potrafi rozpoznać zawodnika po samym brzmieniu silnika, jak koneser rozpoznaje rocznik po jednym łyku. I choć jego dłonie mogłyby zgnieść stal, to właśnie delikatność w odbiorze żużlowej sztuki czyniła go legendą nie tylko siły, ale i wyrafinowanego smaku.
1000042223-1-gif.145409
Oho, czyżby polski żużel też doczekało się swojego Kawula? :kawulpokapoka:
 
Back
Top