Jak rasowy współczesny dziennikarz, mógłbym napisać krzykliwy nagłówek: „Przemówił do mnie Jezus.”
A teraz już serio, chodzi o historię, która od kilku dni nie daje mi spokoju.
W ostatni weekend byłem na kursie przedmałżeńskim, w kameralnym, odizolowanym ośrodku na Podlasiu. Sporo było rozmów o Bogu, miłości i małżeństwie, ale szczególnie utkwił mi jeden wątek: że Jezus do nas przemawia, a my możemy mówić do niego. Że to relacja, w której można się otwierać albo zamykać drzwi. Słuchałem tego wszystkiego trochę z boku, przeżywając własny emocjonalno-teologiczny rollercoaster: co jest prawdą, co do mnie trafia, a czemu się wewnętrznie sprzeciwiam.
Ponieważ nie było tam internetu, zabijałem nudę wychodząc na papierosa, a właściwie na te podgrzewane wkłady GLO. Zwykłe papierosy rzuciłem już dawno, ale te wciąż zdarza mi się palić, choć docelowo też chcę z nimi skończyć.
Któregoś razu stoję na zewnątrz, palę i z przyzwyczajenia sięgam po telefon. Internetu brak, ale odruchowo klikam Facebooka. I mimo że offline, coś się załadowało z pamięci czy coś. W każdym razie widzę post: jakiś medyczny przypadek, nowotwór płuc, zdjęcie po operacji. Dziwne. Zamknąłem.
Następnego dnia....podobna sytuacja. Znów telefon, znów jakieś zapisane treści… tym razem guzy na płucach. Pomyślałem: co jest? Skąd takie rzeczy? Algorytm naprawdę nie miał jak mi tego podsunąć. A jeśli już to prędzej reklamy szlugów niż coś co od nich odwodzi.
Jeszcze tego samego dnia...trzeci raz. I znowu coś w tym klimacie.
W międzyczasie dalej trwały rozmowy, historie ludzi, ich wiara, modlitwa, poczucie oparcia. Mimo mojego dystansu do instytucji Kościoła, zacząłem dostrzegać autentyczność tego, co przeżywają, oni naprawdę żyją w swojej prawdzie i rozmawiają z Bogiem, modlą się, przeżywają to i na prawdę im lepiej. Pomyślałem: nic nie zaszkodzi spróbować, a to pomodlić się, pogadać z Bogiem, potraktować to wszystko choć na chwilę serio.
I wtedy dopiero po takim otwarciu głowy przyszło mi skojarzenie, olśnienie.
Te wszystkie „przypadkowe” obrazy płuc i medyczne rzeczy… i moje myślenie o rzuceniu palenia. Nagle złożyło mi się to w jedną całość. Jakby ktoś, jakkolwiek to nazwać, próbował mi coś pokazać, dać sygnał: „stary, skończ z tym”.
Jeszcze tydzień temu sam bym się z tego śmiał. Pewnie część z was też się uśmiechnie pod nosem albo wręcz wytoczy mocną bekę i będzie jazda, jak to na cohones. I jasne, to może być zwykły zbieg okoliczności, efekt podświadomości, przypadkowa interpretacja.
A może jednak coś więcej?
Tego nie wiem, ale wiem że nie pójdę już do sklepu po kolejną paczkę szlugów.