Morskie opowieści

Dzihados

UFC
Middleweight
Cohones
MMARocks
Nr4wmii.png


dUcPY4K.png


dR09SVQ.png


YwA2xnp.png


mdbVkmC.png


f2Q5zYC.png



u98bfTa.png


88BMtxP.png


zV7OPYT.jpeg



iYDSxrH.png


c7DsHKQ.png


MTRaWcg.png


aklkYHL.png


NXJVccC.png



czerwone-niebo-o-wschodzie-slonca-to-moze-byc-wskazowka-co-do-pogody-ale-to-moze-tez-byc-mit.jpg
 
Last edited:

Dzihados

UFC
Middleweight
Cohones
MMARocks
VxSb1Tk.png


JNtpUvH.png


SR1U4yO.png


kJtcsbm.jpg


RQ6WCTE.png


TIiQjoV.png


LXsylsz.png


I na końcu coś na ogrzanie ;)
viGMXlZ.png



EDIT: dziś popływane i to na genakerze, jeszcze parę razy i chyba cięzko bedzie zeglowac bez tego...


EDIT: dziś bez genakra, ale byłem sam, wiatr bardzo nierówny

Sj23IZp.jpg


fhNKj0z.jpg


R9EE7tY.jpeg


88C2BIG.jpeg


eqHe2u2.jpeg
 
Last edited:

Dzihados

UFC
Middleweight
Cohones
MMARocks
Pożeglowane
ZEtzzg3.jpg



x0Ik5IR.png


Genaker nas dzis położył. Dmuchnęło znikąd, pół sekundy i gleba :) Ale czad! :)

Tutaj balastówki - też je może ładnie pociągnąć
6iBujvB.png


QqsVkUf.png
 
Last edited:

Dzihados

UFC
Middleweight
Cohones
MMARocks

Ze wspomnień Kapitana kapitanów....
20 lipca 1927 roku „Lwów” wyruszył w rejs na Maderę. W składzie załogi żaglowca znalazł się też starszy syn kapitana.
– Widocznie bardziej przeszkadzałem w domu, niż pomagałem mamie w pielęgnacji młodszego rodzeństwa. Zresztą ojciec już kiedyś rozważał kwestię zabrania mnie na morze. Tym razem swojego syna wysłał w rejs dyrektor Garnuszewski i to on namówił ojca, bym i ja zamustrował. Właściwie nie pamiętam dobrze przebiegu rejsu, bowiem niewiele czasu wolnego pozostawił ojciec do mojej dyspozycji. Pamiętam, jak co jakiś czas wpadał do kabiny i rzucał okiem na moje notatki. Sprawdzał rachunki i poprawność rozwiązania zadań. Wyznaczał do opanowania kolejną partię materiału i znikał, by zajmować się sprawami statkowymi. Jeśli coś zrobiłem źle lub czegoś nie rozumiałem – wiedziała o tym cała załoga. Ojciec wykrzykiwał, że nie potrafię zrozumieć najprostszych rzeczy, że jest mu wstyd za mnie itd. Muszę jednak powiedzieć, że podczas tego rejsu nauczyłem się więcej, aniżeli w szkole, w czasie normalnych zajęć. Pewnego dnia, a była wspaniała pogoda, ojciec wpadł do kabiny i kazał mi się natychmiast rozbierać. Byłem przerażony. Nawet nie pytałem dlaczego, bo to i tak nie miałoby najmniejszego sensu. Rozbierać się – to znaczy rozbierać się. Wybiegłem na pokład, na dziób, gdzie stało już kilku uczniów. Jeden z nich trzymał w ręku linę. Co czułem? Nie wiem. Na pewno byłem sparaliżowany strachem i rozwojem sytuacji. Przecież ty nie umiesz pływać! – krzyknął wtedy ojciec. Jak na komendę podbiegli do mnie uczniowie, obwiązali mnie liną, a ojciec, własnoręcznie, wyrzucił mnie za burtę Sam uchwycił koniec liny i wykrzykiwał jakieś polecenia. Kiedy jednak się wynurzyłem i ledwie zaczerpnąłem powietrza, ojciec popuścił linę, a ja zanurzałem się pod wodę. Co krzyczał, jakie wydawał mi polecenia – nie wiem. Nie mogłem ich słyszeć. Rozpaczliwie wymachiwałem rękoma, starałem się utrzymać na powierzchni i chyba udało mi się to w końcu, bo od tamtej pory, po prostu, umiem pływać!
Wśród rodzinnych pamiątek Konstantego Maciejewicza juniora znajduje się list.
„Ocean Atlantycki, 20 sierpnia 1927 r., Kochana mamusiu! Jesteśmy zdrowi. Nie chorowałem na morzu. (…) Widzieliśmy jesiotry i rekiny. Ja jeden na całym statku złowiłem rybę i sam ją zjadłem. Żałuję, że nie zabrałem wędki, ale pan doktor pożyczył mi swoją. (.. .) W rocznicę, kiedy «Lwów» przekraczał równik, odbyły się zawody sportowe. Był boks, biegi i skoki. Teraz robię łódkę z kawałka drewna. Już się opaliłem. Codziennie kąpię się z tatusiem, kiedy rano szlauchem myją pokład”.
Właśnie wtedy „Lwów” wszedł w strefę pasatu. Kapitan polecił rozwinąć wszystkie żagle i statek jakby skoczył z miejsca. Kochał tę spokojną, wspaniałą żeglugę. Całe dnie spędzał wówczas na pokładzie. Opalał się lub prał albo cerował bieliznę. Jakby zapominał o wszystkim, co go otaczało. Zachowywał się nadzwyczaj swobodnie. Nawet nie krzyczał. Sprawiał wrażenie człowieka, który nie dostrzega faktu, iż znajduje się na statku, odpowiada za jego nawigację oraz bezpieczeństwo ludzi. Jak twierdził, były to nieliczne okresy w jego zawodowym życiu, kiedy czuł, że jest spokojny.
Rejs dobiegał końca. U bram Bałtyku, jak zazwyczaj bywało, „Lwów” zmagał się z silnym sztormem. Karol O. Borchardt pisał:
Do wieczora 3 października, pomimo rzuconych 4 kotwic i motorów idących «całą naprzód», zdryfowało nas 14 mil od miejsca zakotwiczenia.
Wieczorem 4 października wiatr nieco zelżał. Przyszła z tym nadzieja, że może nastąpi zmiana kierunku wiatru. W napięciu doczekujemy świtu. Na wschodzie ukazuje się pasmo czystego nieba. Staje się coraz jaśniej. Teraz widać, pomimo miecionej nad pokładem wody, białą kipiel tworzoną przez rozbijające się o skały fale za rufą. Coraz bliżej, coraz wyraźniej.
I nagle wiatr zmienia kierunek. «Lwów» zaczyna się odsuwać od skał za rufą, które przesunęły się za jego lewą burtę. Po chwili wiatr ścicha na tyle, że słyszymy przeraźliwy krzyk komendanta stojącego od niepamiętnych już godzin na mostku. «Macaj» czarny od spalin wydobywających się z komina przed mostkiem, w sadzą pokrytej swej starej bekieszy, którą nakładał zawsze w sztormową pogodę, wygląda upiornie. Z daleka widzimy rząd jego białych zębów, gdy dochodzi do nas ostatni dźwięk jego krzyku – CHALERAAA!!
Skamienieliśmy, nie wiedząc, jakie nowe niebezpieczeństwo zobaczył i co jeszcze gorszego nam zagraża? (…) Runęliśmy wszyscy w kierunku rufy, by własnymi piersiami odeprzeć niebezpieczeństwo grożące naszemu żaglowcowi. (…) Aż wreszcie, gdy byliśmy już na rufie, zrozumieliśmy. «Macaj» krzyczał
– Chalera! Mewy głodne!
Rzeczywiście, nad smugą piany za «Lwowem» zjawiło się stado mew w poszukiwaniu pożywienia.
Oficer wachtowy wyznaczył kilku ludzi do przyniesienia z kuchni odpadków oraz najstarszego chleba do połamania go na kromki dla mew.....

055-Macajowa-toaleta-poranna-e1520790514870.jpg


117-macaj-z-synem-na-Lwowie-e1520791181255.jpg
 
Top